Krwawy szlak, rozdział piąty: Czas burzy

Całkowity czas pochodu: 0

Już w trzy dni po rozmowie w kantynie i uzgodnieniu planu, wszystko było gotowe. Stojąc na placu przed wejściem do dawnej fabryki Daniel z niemałą satysfakcją patrzył na otoczonych tłumem gapiów prawie trzydziestu mężczyzn i dwadzieścia kobiet, ustawionych tuż przed nim i Binną. Wszyscy ściskali w jednej ręce pakunki z jedzeniem, w drugiej zaś cały arsenał prowizorycznej broni. Wprawdzie większość z tejże stanowiły prymitywne włócznie i kamienie wrzucone w skarpety, to jednak wcale nie ostudzało młodzieńczego entuzjazmu chłopaka.

-Wydaje się, że wszystko gotowe, czyż nie? – zwrócił się do stojącej obok niego Binny.

-Raczej tak. A więc czas się żegnać. – odparła jego przyjaciółka, po czym westchnęła w sposób, który w ciągu ostatnich dni zdążył bardzo dobrze zapamiętać. Czuł się naprawdę winny, ilekroć go słyszał. Binna przypominała mu w ten sposób o olbrzymim poświęceniu, jakiego jej zdaniem dla niego dokonała. Chodziło o to, że dwa dni wcześniej Daniel zaczął przekonywać ją, wciąż zresztą uważał że bardzo słusznie, by zostawiła w wiosce wszystkich, którzy są zbyt słabi na umyśle, za starzy lub zbyt młodzi, by iść razem z nimi. Wszystkich, którzy byliby dla nich ciężarem. Kobieta oczywiście była początkowo kategorycznie przeciwna tej idei, jednak Daniel bardzo uparcie na nią naciskał. Powtarzał do znudzenia, że to co robią jest zbyt niebezpieczne, że nie mogą dawać się opóźniać, oraz że nie mają dość jedzenia, by zabierać tylu ludzi. Twierdził także, że wyprawa na jaka się porywają jest zbyt niebezpieczna i nie powinni narażać tak wielu ludzi. Binna z kolei uparcie twierdziła, że jest ich królową i za nic w świecie nie może opuścić własnych poddanych. Nieprzerwanie dowodziła, że ryzyko to coś, co jest wpisane w naturę ich społeczności, a jedzenie przecież zawsze jakoś zdobywali, niezależnie od tego, jak wielu ich było. Argumenty obu stron trafiały więc w próżnię. Zaczęło to całą serię sprzeczek, walk i utarczek, które trwały, zdawałoby się bezkońca. Ostatecznie jednak, Binna dał się przekonać, gdy głos w całej sprawie zabrał Dante, drugi z ocalałych z niedawnej potyczki. Udało mu się namówić ją do tego ruchu głównie dzięki apelacji do własnego żołnierskiego doświadczenia, oraz do władczych obowiązków swojej królowej. Twierdził, że dobry władca nie wyruszałby na wojnę, na jaką zdecydowanie szli, biorąc z sobą chłopów, czy piekarzy razem z żołnierzami. Całymi godzinami perorował, o narażaniu ich na niebezpieczeństwo, dawnych trudach w walkach i konieczności osłanianiu ich, a także wielu logistycznych trudnościach, jakie potykał ich pochód. W dwójkę, po bardzo długim czasie ostatecznie złamali opór kobiety. Wiedzieli jednak, że ona długo jeszcze będzie im to pamiętać.

Odseparowanie zdrowych na umyśle od szaleńców okazało się dość sporym poświęceniem. Oznaczało porzucenie blisko połowy ich osady. Dla Binny ta wiadomość była jeszcze większym ciosem, jednak Dante umył od tego ręce, zrzucając odpowiedzialność na Daniela, a on sam nie miał zamiaru kogokolwiek przepraszać. Powtarzał sobie, że zrobili tylko to, co było konieczne.

Teraz zaś, gdy stali naprzeciw gotowej do wymarszu zbrojnej kolumny temat porzuconych wciąż pozostawał między nimi kościom niezgody. Przez długi czas obaj milczeli, po czym Daniel zdecydował się powiedzieć coś na pojednanie.

-W porządku. – mruknął w końcu cicho. - Już nie raz zostawiałaś ich samych.

-Ale po raz pierwszy odchodzę na tak długo. I tym razem nie ma przy nich nikogo innego z osady. – odparowała, z nieudolnie skrywaną urazą.

-Ale mają wioskowych. Poza tym, to i tak zbyt niebezpieczna wyprawa, mówiłem ci to nie raz. Lepiej dla nich, że ich zostawiłaś. - powiedział Daniel, szeroko i bardzo przekonującą się przy tym uśmiechając. Sam jednak zaczynał już wątpić w słuszność tej decyzji.

Binna dla zachowania pozorów przyznała mu rację, ale zaraz potem obaj spojrzeli w stronę odrzuconych ludzi. Wszyscy stali w bezpiecznej odległości, w większości na czworaka lub w kucki, i bacznie obserwowali ich załzawionymi oczyma, w których odbijały się niezrozumienie i strach. Obaj na ten widok poczuli się jeszcze gorzej, lecz żadne z nich nie wyraziło swoich obiekcji na głos. Daniel odwrócił wzrok i spojrzał na stojącą przed nim armię i kręcących się dookoła niej gapiów. Nie wiedzieć czemu na ten widok poczuł dziwny spokój. Po jeszcze chwili wahania uznał też, że nadszedł już czas na jego przemowę, którą od trzech dni skrupulatnie układał, właśnie na ten moment.

Z ukłuciem nerwów w żołądku wszedł na specjalnie przygotowany w tym celu pieniek, z którego górował nad otaczającym go tłumem. Z tej perspektywy raz jeszcze spoglądając na otaczających go ludzi, i bardzo głęboko odetchnął. Nim skończył wypuszczać nosem powietrze, na całym placyku zapanowała głucha cisza. Na widok ich skupionych na nim oczach w żołądku Daniela ze stresu przebiegła błyskawica skurczy, nie mógł jednak teraz okazać słabości. Ponownie nabrał pełny haust powietrza, i tak spokojnie jak tylko mógł, powiedział:

-Żołnierze! Przyjaciele! Towarzysze broni! Już dobre kilka lat dzielę z wami szlak. Poznałem już każdego z was, a każdy z was poznał mnie. Wszyscy wiemy, że podczas naszej wędrówki przez świat bywały chwilę piękne, jak i bywały momenty naprawdę trudne. A jednak, mimo pewnych przeciwności, nasza mała osada nigdy nie zaznała prawdziwej próby. Zawsze szliśmy przed siebie, tnąc mijane potwory niczym pergamin, biorąc to czego nam brakowało z otaczających nas ruin i wierząc, że wielka Binna prowadzi nas mądrze i słusznie. Nasza setka była potęgą pośród pustki, a każdy jej członek zasypiał i wstawał pewien, że nie grozi mu nic, czego byśmy razem nie przezwyciężyli. Było tak bardzo długo, i były to piękne czasy. Czasy urodzaju, szczęścia i radości. Czasy, w których mogliśmy czuć bezpieczeństwo. Sezon światła, które świeciło jasno, oraz wspólnoty, której nikt nie mógł zniszczyć. - umilkł na krótką chwilę, by dać słuchaczom krótką chwilkę na przemyślenie jego słów. Sam zresztą też ją na to wykorzystał, no niemal ze zdziwieniem uświadomił sobie, jak wiele było w nich prawdy. Nigdy nie myślał jak szczęśliwe były za nim chwile, a dopóki tego szczęścia nie utracił, wcale ich go dostrzegał. Teraz jednak nie miał czasu an rozmyślania. Słuchacze czekali. - Niestety, te czasy już minęły. Wraz z minięciem wąwozu, zostawiliśmy tamte dni za sobą. Dziś nad naszą małą osadą zebrały się ciemne chmury. Po raz pierwszy w naszej historii, na horyzoncie pojawił się nowy potwór. Potwór, jakiego dotąd nie widzieliśmy. Przebrzydła kreatura o dwóch rękach, dwóch nogach i całkowicie ludzkiej twarzy. - na to wspomnienie na placu zdawało się zrobić jeszcze ciszej niż dotychczas. Ludzie patrzyli na Daniela, dzieląc jego potężną nienawiść.- A jednak gorsza, niż wszystkie nieludzkie twory, jakim musieliśmy stawić czoła! Potwór ten nosi imię. A brzmi ono: Wisenhert. Ten, który zabił trzech naszych przyjaciół, Marka, Bonhrta i Fabia. Ten, który gonił i ranił uciekających przed nim ludzi. Ten sam, który niedługo potem odebrał nam jedzenie, kosztowności i broń, a wraz z nią chciał odebrać i naszą godność… Ale to nie wszystko! - Bo przede wszystkim, Wisenhert to ten który za wszystko to zapłaci! Ten, który za krew naszych przyjaciół odda swoja własną! Ten, któremu wydrzemy z rąk naszą broń i odzyskamy naszą godność! TEN KTÓREGO DOSIĘDNIE NASZA ZEMSTA! – Ostatnie zdanie Daniel wykrzyczał tak głośno, jak tylko mógł, ale zaraz zagłuszył go krzyk i wiwaty ponad setki innych gardeł. Nawet obserwujący z odległości szaleńcy dołączyli się do chóru. Gdy tumult ucichł, Daniel kontynuował - I właśnie dlatego, od dziś rozpoczyna się nowy czas! Sezon trudów i walk, które zakończy dopiero krew naszego największego wroga! Czas, gdy rządzić nami będzie gniew i siła! Granice wyznaczy nasza krew i nasza broń!! To nasz czas, chwila naszego blasku!!! Przyjaciele, DZIŚ WŁAŚNIE ROZPOCZYNA SIĘ CZAS NASZEJ ZEMSTY!!! - Wykrzykując to, wyszarpał z pochwy swój miecz, i skierował go prosto w niebo, na co odpowiedział mu ogłuszający ryk pół setki żądnych krwi żołnierzy i życzących im powodzenia mieszkańców wioski. - Rozpoczyna się dziś, a zakończy go dopiero Wisenherca krew! - dodał, na co odpowiedziała mu kolejna salwa ryków i wiwatów. - A więc ruszamy! Po sprawiedliwość! Po odkupienie! Po zemstę! Dalej! Za mną! Po zemstę! - wykrzyczał, po czym ruszył na zachód. A za nim poszło stu pięćdziesięciu ludzi, z których cywile odstąpili dopiero na granicy miasta, wciąż jeszcze żegnając ich wiwatami i życzeniami powodzenia.

Gdy i te ucichły w oddali, Binna przystąpiła do Daniela.

-Czy nie sądzisz, że trochę przesadziłeś?

Daniel uśmiechnął się. Trochę do niej, a trochę sam do siebie.

-Nie, nie sądzę. Sądzę że w tej sprawie nie można już przesadzić.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania