Krwawy szlak, rozdział Dziewiąty: Upragnione spotkanie, 2/2

Chatka gypsy zdecydowanie nie była wyjątkową budowlą. Wprawdzie, jak na co najmniej ascetyczne standardy bagiennej wioski prezentowała się całkiem okazale, jednak w porównaniu do domów z dawnych czasów, czy nawet ich resztek, które dotąd minęli, przywodziła na myśl tylko jedno słowo - ruina.

Była to sporej wielkości drewniana konstrukcja, sklecona z nierównych, dawno już spróchniałych drewnianych dech, obwiązanych sznurami, by nie rozleciały się od razu. Nie miała okien ani komina, jeżeli nie liczyć sporej ilości nieplanowanych przerw między deskami, a całością dawno już zdążyły zawładnąć wilgoć i mech, porastający ją niczym rozległa blizna po dotkliwych poparzeniach. Do tego, budowla była tak mocno pochylona w jedną stronę, że zdawało się, iż tylko sekundy dzielą ją od zawalenia się. Na razie jednak chatka, a rozwodzenie się nad jej stanem nie miało zbyt wiele sensu, skoro i tak nie było komu jej naprawić. Pozostało jedynie wejść do środka, i zmierzyć się z tym, co mogło się tam znajdować.

Pierwszy próg przekroczył Daniel, otwierając przy tym niemalże wypadające z zawiasów drzwi. Ku jemu zdziwieniu, z wnętrza chatki zamiast spodziewanego zapachu rozkładu i wilgoci, przywitał go duszący, ale przyjemny zapach nieznanych mu ziół i licznych kadzideł.

Pomieszczenie, mimo małych zewnętrznych rozmiarów, zdawała się wewnątrz bardzo obszerna, choć głównie ze względu na mnóstwo dymu, oraz prawie kompletną ciemność, rozświetlaną tylko przez kilka małych świec. A właściwie nie tyle świec, ile podpalonych patyków, które włożone w szklane butelki lub ułożone na talerzykach, miały pełnić funkcję oświetleniową.

Wrażenie sztucznej głębi potęgował jeszcze niewysłowiony bałagan, dosłownie królujący w całym pomieszczeniu. Na ścianach i podłodze pełno było ułożonych w nieładzie magicznych przedmiotów wszelkich kultów i wyznań, od krzyży, przez laleczki woodo, po przedmioty kompletnie nikomu nieznane, wykonane w większości z drewna, słomy lub miękkich minerałów. Nie brakowało także innych przedmiotów, jak biżuteria, książki, ubrania, sztućce, doniczki, narzędzia leżące luzem patyki i kamienie, czy też zwyczajny kurz i pajęczyny. Do tego wszędzie, czy to na licznych meblach, ścianach, czy nawet suficie, nabazgrane było mnóstwo znaków, obliczeń i inkantacji, zapisanych wszelkimi możliwymi językami. Drugie tyle notatek niewątpliwie znajdowało się także na kartkach, których również nie brakowało w niesamowitym rozgardiaszu.

Najbardziej jednak uwagę wchodzących zwróciły artefakty. Znajdowało się pośród nich wszystko, od lampek i latarek, przez składane noże, pułapki i wędki, po kalkulatory i telefony komórkowe. Część z nich leżała w honorowych miejscach, specjalnych stołach i na podwyższeniach, inne walały się wszędzie wraz z całą resztą rupieci, a jeszcze kolejne wyraźnie służyły jako przedmioty codziennego użytku, ustawione tak, by akurat były pod ręką.

Na widok tych ostatnich, wyłowionych z mroku czujnym i doświadczonym okiem, szabrownicza natura Daniela aż w nim zawyła. Jego oczy zaświeciły się jak lampki, a ręce niemal same ruszyły ku skarbom, chcąc pochwycić dla siebie ładny drobiazg. W porę jednak w jego głowie odezwał się głos rozsądku, który nakazał mu się zatrzymać. Przecież wszystko co tutaj było, należało już do kogoś, choćby i nie używała tego zbyt często. Jakie miał prawo, żeby wejść do niego i brać coś, co należy co ma juz właściciela? Wyprawa wyprawą, ale przecież nikt nie powiedział, że tutejsza gypsa ma zamiar walczyć po ich stronie. Nie, zdecydowanie powinien się teraz powstrzymać, szczególnie po tym wszystkim, co dotąd otrzymał, a przecież nie musiał dostawać nawet tego. Nie powinien nawet prosić o nic więcej, a chciał jeszcze kraść. Aż skurczył się ze wstydu na tę myśl. Zresztą, kradzież raczej nie spodobałoby się gypsie, a przecież miał ją w końcu prosić o pomoc.

Daniel przekroczył więc próg chatki, trzymając ręce przy sobie, a za nim zrobiła to pozostała dwójka. Mimo wpadającego przez drzwi światła, nie widzieli zbyt wiele. Poruszali się właściwie po omacku. Przeszli jakoś kilka kroków, ale potem wszyscy utknęli w labiryncie klamotów i mebli, uniemożliwiających dalszą drogę. Daniel odpuścił więc bezowocne łażenie i zawołał na całą izbę:

-Halo! Jest tu ktoś?! Pani gypso, słyszysz mnie?! Chcemy porozmawiać!

W pierwszej chwili odpowiedziała mu cisza. Dopiero potem usłyszał czyjś głos, dochodzący zza jego pleców.

-Może więc powinniście najpierw mnie zawołać, a dopiero potem wchodzić do mojego domu? – Wszyscy jak oparzeni odwrócili się w stronę, z której dochodziły te słowa. Ujrzeli wtedy kobietę, stojącą w drzwiach i opierającą się o chwiejną framugę. Ton, jakim wypowiedziała te słowa był ostry i obcesowy, ale i podszyty lekkim rozbawieniem nad całą sytuacją. Widać, mimo pozornego zdegustowania, nie spodziewała się innego obrotu sprawy.

Cała trójka bliżej przyjrzała się nowej postaci. Mimo, że ta zasłaniała sobą sporą ilość światła, dało się zauważyć, że to już niemłoda osoba. Miała jasne, choć poprzetykane rzadką siwizną blond włosy, owalną, pomarszczoną twarz z małym nosem, ładną, mimo wyraźnego zaniedbania, oraz brzydkie, spracowane ręce. Po dłuższej chwili obserwacji Daniel ze zdziwieniem zauważył, że była to ta sama kobieta, która wcześniej tego dnia prała jego ubrania w balii. Teraz zaś stała przed nim, lekko uśmiechnięta na progu własnego domu, i mierzyła ich spojrzeniem zza półprzymkniętych, figlarnych oczu o fiołkowej tęczówce.

-Przepraszamy. – odezwał się z zakłopotaniem Ash. – Byliśmy pewni, że…

-Że taka szycha jak ja całe dnie spędza w swoich pałacu, zamknięta na świat? – Przerwała mu nieciekawa jego wyjaśnień, po czym ruszyła w głąb pokoju. – Ahhh, pięknie by było. Ale niestety Ash, muszę rozczarować i ciebie i twojego towarzysza. Nie jestem ani taka, jak inne osobistości, które miałeś okazję w życiu widzieć, ani już na pewno nie taka jak te, które twój kolega sobie wyobraża. Owszem, mam parę ciekawych zdolności, ale i tak pracuję tutaj tak jak wszyscy, jem tak jak wszyscy, oraz dostaję to co wszyscy. Nie zapominaj, ze mieszkamy w dwunastoosobowej wiosce. Tutaj po prostu nie ma miejsca na specjale traktowanie, czy to dla gyps, rycerzy, czarodziejów, czy kogokolwiek innego.

-Naprawdę? – odparła ponuro Binna, patrząc na otaczające ich skarby – Mieszkasz bardzo dostatnie, biorąc pod uwagę, że pozostałe jedenaście osób śpi w szałasach.

-Och, nie bądź już taka w małostkowa. – odpowiedziała na to kobieta, uśmiechając się jeszcze trochę szerzej, i podchodząc bliżej do swojej rozmówczyni. – Temu, że mieszka mi się odrobinę lepiej, nie mogę zaprzeczyć, ale to miejsce to wszystkie dodatki, jakie otrzymuję. Zresztą, rozejrzyj się dookoła. – zatoczyła dłonią krąg dookoła stert kartek, przewróconych mebli i zabytków. - Czy to miejsce wygląda ci na bajkowy zamek? Albo chociaż domowy zakątek? Uwierz mi, dla mnie takie nie jest. Mam tę chatkę, bo mogę lepiej rozwijać tu swój dar, a nie dlatego, że miałam taki kaprys, by się wywyższać. Kto jak kto, ale ty naprawdę powinnaś zrozumieć potrzebę rozwoju uzdolnionych osobistości, Margaret.

-Słucham? – odpowiedziała Binna, wzdrygnąwszy się ze zdziwienia, gdy usłyszała to imię. – Skąd ty znasz moje imię? Nawet Daniel, czy Mark…

-Nie znali go, wiem. – gypsa znów weszła rozmówcy w słowo, kompletnie nie przejmując się wyraźnie zasadami dobrego wychowania. – Nie znał go także twój ostatni doradca, wódz wioski którą dwa dni temu minęliście, twój parę lat temu dogodnie spłodzony na boku synek, ani też jego ojczulek-idiota. Tak, o tym incydencie też wiem. No już, nie rób wielkich oczu, to i tak już przeszłość, a twój bękart ma się przecież dobrze. Zaś wracając do ciebie, wiem, że twojego imienia nie poznał nikt, odkąd nauczyłaś się tych kilku magicznych sztuczek, założyłaś swój klan i zaczęłaś przemierzać świat z grupką podwładnych. Niemal nikt go już teraz nie zna, bo i ty nie chcesz go znać. Starasz się zapomnieć, rozumiem. Ale ja wiem o tobie więcej niż byś chciała. Znam też dużo ciekawsze smaczki z twojego życia, uwierz mi. – to mówiąc, uśmiechnęła się tak drapieżnie, że cała trójka poczuła się niczym z nożem przyciśniętym do gardła - Wiem skąd są twoje moce, wiem jak zaczął się twój klanik, a także wiele więcej. A swoją drogą „Binna”? Naprawdę nie mogłaś wymyśleć lepszego pseudonimu, niż imię jakiejś głupiej postaci z twojego dziecięcego opowiadania? Ale już mniejsza o to, przejdźmy lepiej do konkretów. – Okręciła się na pięcie i podeszła do jednego z biurek, przy którym usiadła na jedynym krześle, splatając przy tym dłonie razem i podpierający nimi podbródek. Swoim gościom z kolei pozwoliła stać.

Po zakończeniu tej krótkiej tyrady, gypsa odczekała spokojnie, aż otrząsną się z lekkiego szoku, w jaki wprawiła ich swoim małym pokazem. Bo po jej krótkim wywodzie wszyscy faktycznie poczuli dziwnie przyśpieszone tętna i trzęsące się dłonie; a szczególnie Binna, której zrobiło się tak słabo, że omal nie ugięły się pod nią kolana. Zrobiła się też kompletnie czerwona, co starała się nieudolnie ukryć pod kapturem. Ale to nie kolor twarzy Binny był teraz najważniejszy. Wszyscy w tym momencie myśleli raczej o fakcie, że moc gypsy była o wiele potężniejsza, niż dotąd przypuszczali. Przewidywanie przeszłości, zdawało im się dotąd małą, praktyczną sztuczką, mogącą posłużyć do drobnych pomocy, takich jak odnalezienie ich celu. Teraz zaś, widząc jak w kilka chwil nakreśla ona całą historię Binny i odkrywa sekrety, których oni nawet nie przypuszczali, wszystkich przeszył dreszcz. Uświadomili sobie, że kobieta ta może zobaczyć cokolwiek tylko zechce, jakąkolwiek część ich życia, i dowiedzieć się o nich wszystkiego. Nawet nie znali jej imienia, ona zaś teraz już wiedziała o nich więcej, niż ktokolwiek inny. Nawet jeśli nie mogła zobaczyć tego, co chcieliby ukryć, to ilu ich sekretów mogła łatwo się domyśleć mimo to, i ile drobiazgów, czy brudnych sekrecików wyszło przed nią światło dzienne, bo nigdy nie pomyśleli, że nie powinni byli je ukrywać? Zresztą, nawet gdyby zamaskowali przed nią każdą, nawet najmniejszą tajemnicę, to wciąż przecież znałaby ich wtedy na wylot, tak jak znać powinni ich tylko najbliżsi i najbardziej zaufani przyjaciele, a nie obce kobiety, których nigdy wcześniej nie widzieli. Nie znali nawet jej imienia, a ona mogła opowiedzieć im całe ich biografie. Ile ich słabości poznała? Jakie sekrety już odkryła? Jakich myśli nigdy nie powinni byli ujawniać, a ona je wychwyciła? Te, i dziesiątki innych myśli, przechodziły właśnie przez głowy całej trójki, mrożąc ich plecy zimnym potem, podczas gdy kobieta siedziała spokojnie naprzeciw nich, i patrzyła prosto w oczy każdego po kolei, uśmiechając się niczym jastrząb, z upiorną wyższością. Widać było, że dobrze znała już ich myśli, a i oni nie byli pierwszymi, którzy wyciągali na jej temat podobne wnioski.

-A więc? – Spytała wreszcie, gdy przedłużające się milczenie zaczęło działać jej na nerwy. – Coś cicho się zrobiło, więc domyślam się, że zaczęliście wyciągać jakieś wnioski co do moich zdolności. I co o nich myślicie? Przydadzą się wam?

-Tak… Definitywnie – odpowiedział Daniel, starając się panować nad drżeniem własnego głosu. – Muszę przyznać, że są naprawdę… niezwykłe. Możesz użyczyć nam swojej pomocy w pewnej sprawie?

-No cóż… Jak widzicie, znam was już dobrze, w tym także wasz interes do mnie. Z pomocą mojego daru, zdążyłam dokładnie prześledzić wasze losy i dowiedzieć się, skąd pochodzicie oraz dokąd zmierzacie. Wiem więc, czego chcecie. I zgadzam się wam pomóc, ale najpierw, chciałabym się czymś z wami podzielić. Najpierw ty - wskazała palcem na Daniela - Podejdź do mnie, chłopcze.

Wywołany posłusznie uczynił kilka kroków, zbliżając się bardziej do stołu. Gdy podszedł bliżej, zobaczył, że od jego strony ustawiony jest tam malutki pieniek, który ze względu na ogólną ciemność pozostawał niewidoczny z jego poprzedniej pozycji. Daniel usiadł na nim, i spojrzał na twarz swojej gospodyni, która znów się uśmiechnęła, odsłaniając przy tym swoje zniszczone, żółte zęby.

-Od jak dawna wiedziałaś, że się zbliżamy?

-Mniej więcej w momencie, w którym przekroczyliście granicę drzew. Codziennie rano sprawdzam, co działo się w naszej okolicy poprzedniego dnia, więc gdy tylko odkryłam, że obozowaliście w naszej okolicy, natychmiast zaczęłam dokładnie sprawdzać, coście za jedni. A gdy tylko dowiedziałam się, że zmierzacie do lasów, natychmiast kazałam przygotować lazaret i ognisko, by pomóc wam przejść przez te bagna. Myślałam nawet o wysłaniu kilku przewodników, ale było już za późno.

-Więc wiedziałaś, że nie damy sobie tu rady? To znaczy, że potrafisz przewidzieć także przyszłość?

W odpowiedzi usłyszał najpierw krótki, nieprzyjemny chichot, przywodzący na myśl wyższość, graniczącą ze wzgardą. Dopiero potem kobieta przemówiła.

-Skądże. Nikt nie może zobaczyć tego, co dopiero będzie, bo to co będzie zależy dopiero od nas. A aby przewidzieć, że nie dacie sobie rady na tych terenach, nie potrzeba było mi żadnej magii. Tak samo jak na to, by domyśleć się, że popędzisz tu, gdy tylko będziesz mógł się wyprostować. Wystarczyło tylko znać się nieco na ludziach i tym, co ich otacza. A ja na ludziach znam się wyjątkowo dobrze. Od jakiegoś czasu staję się sławna z tego, że potrafię opowiadać o dawnych czasach, ale to tylko jedna z moich zdolności. Moją inną, i szczerze mówiąc, dużo ciekawszą mocą, jest szlifowana od wielu lat wiedza z zakresu psychologii, nauki o ludzkiej naturze. Jeszcze w tamtym świecie pieczołowicie zgłębiałam jej arkany, ale odkąd zyskałam swój dar, urosła ona ponad wszelką miarę. Mogę teraz z łatwością przejrzeć na wskroś każdego człowieka. Jego pragnienia, marzenia, nadzieje, natura i instynkty, właściwie nie mają przede mną żadnych tajemnic. Także o tobie mogłabym powiedzieć kilka ciekawych rzeczy, jeśli tylko chcesz je usłyszeć. Co ty na to?

Daniel przez chwilę nie mówił nic, bo nie miał pojęcia, czy powinien się zgodzić. Teraz jeszcze bardziej pogłębiła się w nim myśl, jak potężna jest siła jego rozmówczyni. Nie tylko wiedziała o nim wszystko, ale potrafiła także doskonale to wykorzystać. To, jak ma na imię, po co przybył i jaka jest jego historia, było tylko wierzchołkiem. Ona zdawał się wiedzieć także rzeczy, których nie wiedział on sam. Zdawać siebie sprawę z tego, czego on naprawdę pragnie, dokąd zmierza i czy ma dość woli, by osiągnąć swój cel. Wiedzieć kim naprawdę jest, kim był, oraz wbrew jej słowom, także kim będzie. W jej figlarnych oczach odbijała się niesamowita, niczym niezmącona pewność, że doskonale to wszystko wie. Tak jakby trzymała w rękach klucz do jego duszy, i mogła go użyć jak tylko jej się podoba.

-A więc? Chcesz dowiedzieć się co w tobie widzę?

-Tak. - Odparł, czując rosnącą gulę w gardle i spływającą po boku głowy kroplę potu. - Powiedz mi, co widzisz.

-Dobrze więc. - Powiedziała kobieta, uśmiechając się jeszcze szerzej. Jasne było, że z góry wiedziała, co odpowie. – Na początek, podaj mi swoją dłoń.

Daniel zebrał się na odwagę i powoli wyciągnął rękę w stronę kobiety. Ta uchwyciła ją niczym jastrząb zdobycz, i zaczęła dogłębnie oglądać, jednocześnie macając każdy jej milimetr. Zwróciła uwagę na pot, spojrzała na odciski od trzymania miecza, wyczuła blizny na górnej części, zwróciła uwagę na ich rozmiar i kształt, przestudiowała ogólny poziom zniszczenia.

-Widzę, że jesteś młody. Tak samo ciałem, jak i duchem. Widzę też, że jesteś wojownikiem, i przez wiele lat miałeś nauczyciela, który jednak nie doprowadził cię do perfekcji. O, to ciekawe. Przeszedłeś już przez walkę, prawdziwą i okrutną, w której zginęło wiele osób. A mimo to nie widziałam tego w twojej przeszłości. Czyżbyś chciał to ukryć? Albo nawet samemu o tym zapomnieć?

Daniel nie odpowiadał. Nie wiedział zresztą co. Tymczasem kobieta ciągnęła dalej, z coraz większą pasją patrząc w ręce chłopaka.

-Ale wojaczka to nie wszystko. Chodziłeś kiedyś do szkoły. Dawno, może nawet bardzo dawno, ale chodziłeś. Jeszcze w tamtym świecie. Pewnie i tego nie pamiętasz. A szkoda, wyraźnie się starałeś. Znałeś też człowieka, który naprawdę cię nienawidził, i chyba był na bakier z prawem, bo przypalał cię zapalniczką. Mógł to być twój opiekun lub bliski, sądząc po ilości oparzeń. Miałeś także dziewczynę lub matkę, która bardzo cię kochała, mimo, że sama była dosyć… żałosna. Przynajmniej ja bym to tak nazwała, skoro aż tak pieczołowicie opatrywała ci poparzenia, a nie miała dość woli, by poprosić kogokolwiek o pomoc z twoim prześladowcą.

Kobieta wreszcie skończyła mówić, pozostawiając Danielowi chwilę na otrząśnięcie się ze zdziwienia, jakie zrobiło na nim to przedstawienie. Nie mógł wprawdzie potwierdzić wszystkiego co powiedziała kobieta, ale nie zmieniało to faktu, że wrażenie jakie to na nim wywarło było ogromne. Jeszcze przez długą chwilę patrzył na swoje zniszczone, pełne ran i odcisków dłonie, nie mogąc uwierzyć, że naprawdę powiedziały kobiecie aż tak wiele.

-Naprawdę wyczytałaś to wszystko z moich rąk?

-Zgadza się. - Odpowiedziała, uśmiechając się z wyższością. - To, oraz jeszcze kilka drobiazgów, o których nie wspomnę.

-Ale jak? Jakim cudem same moje ręce tyle ci powiedziały?

-Długo by gadać. - Odparła, przesuwając palcami po blacie. - Niech wystarczy ci wiedzieć, że wszystko co robisz, pozostaje na twoich dłoniach. Czasem tylko na chwilę, a czasem już na zawsze. Odbija się w nich poprzez blizny, odciski i rany, które potem bystre oko i czuła dłoń może dokładnie odczytać. Jednak to nie w dłoniach kryje się to, co najważniejsze. One pokazują tylko kim byłeś. Z kolei to kim jesteś także można odczytać, tyle że nie na skórze, a w oczach. - Gwałtownie nachyliła się ku twarzy Daniela, patrząc bardzo, bardzo głęboko w jego źrenice. Chłopak poczuł od tego, jak ze zdenerwowania kurczy mu się żołądek, udało się jednak nie cofać wzroku ani ciała. - Wiesz, co widzę w twoich oczach, Daniel?

-C-co takiego? - Zapytał, starając się powstrzymać gigantyczną chęć odsunięcia się jak najdalej od przewiercających go na wskroś źrenic. Zniósł jednak presję, i dalej pozostawał w miejscu, mierząc się z nią wzrokiem. – Co widzisz… - zająknął się, bo wyschnięte na wiór usta utrudniały mu mówienie. – Co widzisz w moich oczach?

-Widzę w nich ból. – powiedziała, ze szczerą pasją w spojrzeniu nachylając sie ku chłopakowi. - Olbrzymie, niewysłowiony pokłady bólu, wszczepione w każdą twoją cząstkę. Widzę w nich gniew, strach i wszechogarniające poczucie straty. A dalej, za tym, wciąż jeszcze da się wyczuć niedawną śmierć, niezaschniętą krew, skrzące się w oczach łzy. Ale to wszystko to tylko tło. Bo na pierwszym planie jest coś większego, i dużo niebezpieczniejszego. Coś, co nas obu przeraża znacznie bardziej, niż gniew, strach i krew. Przede wszystkim, widzę w twych oczach ogień. Ogień tak olbrzymi, że zdaje się nie mieć końca. Ogromny, gigantyczny wręcz pożar, który pochłania cię od wewnątrz, popieląc powoli każdą twoją komórkę. Ten ogień zabrał już wielką część ciebie, i wciąż jeszcze trawi. Widzę ogień, który pochłania wszystko co kochasz, i jeśli nie będziesz ostrożny, nie zostawi ci nic. - Nagle kobieta nachyliła się w stronę Daniela i zaczęła szeptać mu wprost do ucha. Potrzebował całej siły woli, by nie cofnąć się jak najdalej. - Odebrano ci sny, a ty nie możesz przestać nienawidzić tych, którzy je zabrali. Szukasz zemsty. Mówisz, że to dla poległych, że ta odpłata to twój obowiązek. Ale kłamiesz. Wiem o tym. Może sam tego nie rozumiesz, ale tak naprawdę chcesz zemsty nie dla nich, tylko dla siebie. Bo liczysz, że dzięki temu ten ogień zniknie. Wiedz, że się mylisz. Zemsta niczego nie zgasi. Ten żar musi sam się wypalić. A do tego czasu musisz żyć, i uważać, bo inaczej ból, który w sobie nosisz może zniszczyć wszystko, co ci pozostało. Ogień, który tak cię rani, z czasem zniknie, ale to od ciebie zależy, ile strawi, nim to się stanie. Pamiętaj o tym, bo inaczej pozostanie ci jedynie pustynia popiołów, i zimnym wiatr rozsypujący wydmy.

Umilkła, po czym spojrzała prosto w przerażoną twarz Daniela. Ten jednak nie miał sił, by znów wytrzymywać jej wzrok. Serce biło mu teraz tak mocno, że bał się, że zaraz rozgniecie się o ściany jego własnej klatki piersiowej, całe ciało pokrywała mu gęsia skórka i zimy pot, a oddech przyśpieszył niepomiernie, tak że ledwo mógł panować nad własnym ciałem. Gdyby nie duma, chyba straciłby w tym momencie przytomność, upalony kadzidłowym swądem. Tymczasem gypsa odsunęła swoją twarz od jego, znów uśmiechając się swoim naturalnym, drapieżnym uśmieszkiem. Poza jej pełną wyższości satysfakcją, nic nie wskazywało na to, jak przerażającą wiadomość otrzymał właśnie jej rozmówca.

-Dobrze – powiedział wreszcie Daniel, starając się jak najszybciej opanować rozdygotane ciało. Był kompletnie blady, ale kobieta i tak uznała, że zachował się w pewnym sensie dzielnie. - Czy możesz teraz odpowiedzieć na moją prośbę?

-Prośbę? O nic mnie nie prosiłeś.

-Przecież mówiłaś, że wiesz, czego chcę.

-Chcę to usłyszeć od ciebie. Poproś mnie, jeśli czegoś sobie życzysz.

W głowie Daniela podziw i strach mieszał się już z lekką irytacją.

-A więc dobrze. – Wciąż roztrzęsiony chłopak wziął głęboki wdech. - Proszę, powiedz mi, jaką trasę obiera Wisenhert w czasie swego corocznego zbierania podatków?

Kobieta, wciąż tak samo uśmiechnięta, wyciągnęła spod stołu prowizoryczną mapę kraju. Mapa była nabazgrana byle jak, ale za to znajdowała się na czystej, białej, nawet niepogniecionej kartce, co stanowiło rzadkość. Biegła po niej cienka ciągła linia, podpisana "trasa Wisenherta."

-Proszę. Wedle życzenia.

Daniel spojrzał na prezent z lekkim zdziwieniem.

-Miałaś ja przez cały ten czas?

-Owszem.

-Więc, po co było to wszystko?

-Nie mamy tu zbyt wielu gości. Przykro byłoby mi, gdybyście odeszli zaraz po przyjściu. – Powiedziała, po czym podsunęła mu kartkę bliżej, w taki sposób, by wyraźnie dać mu do zrozumienia, że rozmowa została zakończona. Daniel przyjął mapę i zwinął ją w rulon, po czym grzecznie odszedł od stołu. Nie mógł jednak pozbyć się wrażenia, że z niego zakpiono.

-A teraz - Ciągnęła kobieta, wskazując na Asha. - Twoja kolej.

Drugi chłopak również podszedł do stołu, i zajął miejsce wcześniej okupowane przez Daniela, nic jednak nie powiedział. Gypsa zbliżyła swoją dłoń do jego dłoni, ten jednak nagle cofnął się, jakby miała go poparzyć.

-Dziękuję. – Powiedział twardo i zdecydowanie. - Nie mam ochoty zagłębiać ani w moją przyszłość, ani w przeszłość. Chcę tylko dowiedzieć się, czy dostanę to, czego chcę.

Kobieta spojrzała na niego, a jej oczy wyrażały głębokie zaskoczenie, pomieszane z rosnącą ciekawością. Był to wzrok typowy dla ludzi, którzy myśleli, że widzieli już wszystko, i nagle spotkali coś kompletnie nowego. Bynajmniej nie dała się jednak wybić tym z rytmu.

-Dobrze więc. W takim razie wiedz, że na waszym następnym przystanku dostaniesz swój łuk. Możesz jednak bardzo tego pożałować.

-Co masz na myśli?

-Jak mówiłam, znam się na ludziach. Dlatego dobrze wiem, że gdy będziesz miał swój wymarzony oręż, pójdziesz dalej za tą karawaną. Ale co byś zrobił, gdybyś go nie dostał?

Ash opuścił nieco wzrok, tak jakby chciał nakazać kobiecie milczenie. Ta jednak nie przejęła się tym gestem.

-A więc? Co zrobiłbyś, gdyby manufaktura nie zapewniła ci łuku? Brnąłbyś dalej?

Cisza. Ash uparcie odmawiał powiedzenia czegokolwiek.

-No, co byś zrobił, Ash? Czy brnąłbyś dalej czy nie? Dalej, powiedzże coś! Nie lubię gadać do ścian. Brnąłbyś, czy byś zawrócił? Wracałbyś do wioski? A może ruszył dalej, swoją własną drogą, bez nikogo? Stworzył własny łuk i zaczął samemu trenować? Albo od razu założył własny klan, stworzył oddzielne państwo i swoją własną manufakturę? Albo co się będziemy rozdrabniać, od razu przenieś na księżyc i zacznij żyć z ufoludkami! Albo może, no cóż, tylko może, ale myślę, że zrobiłbyś coś innego. Wiesz o czym mówię, co nie? Zrobiłbyś właśnie to, co poprze...

Nim skończyła mówić, Ash nagle gwałtownie podniósł głowę i spojrzał prosto w oczy jasnowidzącej, a jego spojrzeniu było coś, co sprawiło, że nawet ona zamilkła.

-Zamknij się kobieto. – powiedział to tonem tak wściekłym, że zdawało się, że nawet burza ucichłaby pod jego dźwiękiem. Na pewno zrobiła to gypsa. Mimo to, on nadal krzyczał – Zamknij się, słyszysz?! Nie waż się o tym wspominać, do kurwy nędzy!!! – krzyknął po raz trzeci, ale w tym ostatnim okrzyku było coś innego niż tylko gniew. Była w nim raczej rozpacz i kompletny ból. Tyle szczerej, absolutnej nędzy i strachu, że jego rozmówczyni spuściła jedynie wzrok i nie powiedziała już, co mógł hipotetycznie zrobić Ash. On za to mówił, ale jego głos był już pełen wyłącznie zimnego, wyrachowanego gniewu.

-Uważaj na swój język, kurwo. Nie ty jedna miałaś dookoła siebie nieprzyjazny świat, rozumiesz? Myślę, że tak jeżeli twój dar naprawdę jest taki potężny. Więc lepiej uważaj na słowa, i naprawdę dobrze przemyśl, to z kim masz zamiar nimi zadrzeć.

Nie odpowiedziała nic. Przez chwilę patrzyła jeszcze na blat, wzrokiem osoby, która zrozumiała, że posunęła się za daleko. Potem kompletnie zmieniła temat.

-Gdy dostaniesz łuk, kieruj się na zachód. Unikaj pustyń.

-Dziękuję za radę, ale zrobię to, co uznam za słuszne. Nie potrzebuję twojej pomocy.

-Przecież wiesz, co cię czeka, jeżeli…

-Nie dbam o to! – Krzyknął, po czym wstał i wyszedł, nie oglądając się na kobietę. Gdy trzaskając drzwiami opuścił izdebkę, ona wciąż patrzyła na swoje ręce, wzrokiem pełnym szczerej skruchy.

Binna wyszła porozmawiać z Ashem, Daniel zaś wciąż stał na swoim miejscu, nie bardzo wiedząc, co powinien teraz zrobić. W końcu zdecydował, że nie ma juz po co tu dłużej stać, i udał się do wyjścia. Gdy jednak miał już wychodzić, gypsa wyrzekła do niego jeszcze jedną radę.

-Uważajcie. I na siebie i na niego. Wszyscy. – Powiedziała. Potem nie miała już zamiaru odpowiadać na żadne pytania.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania