Krwawy Szlak, rozdział trzydziesty piąty - Zmiany 3/3

Daniel leżał na łóżku w swoim pokoju, dysząc ciężko. Choć ostatni posiłek bardzo go wzmocnił, samodzielne wejście po schodach wciąż było dla niego tytanicznym wysiłkiem. Mimo to kusiło go nieco, by wstać i zobaczyć resztę Wyzogoty, choć na razie było to raczej niemożliwe. Nie tylko z powodu ran; zdecydowanie nie chciał też napotkać innych mieszkańców tuż po tym, jak zwrócił się do nich w taki sposób.

Gdy odpuścił sobie plan ze spacerem, zaczął zamiast tego zastanawiać się nad swoją sytuacją. Nie wyglądała tak naprawdę najlepiej. Sześć dni to niewiele, szczególnie biorąc pod uwagę, jak poważne były jego obrażenia i jaką drogę miał do przejścia. I to, co miał spotkać na jej końcu.

Na myśl o tym Daniel aż drgnął z przerażenia. Był ranny, ledwo chodził, nie miał odpowiedniego ekwipunku, a do tego jego lewe oko wciąż nie chciało się otworzyć. Jakim cudem właściwie chciał wygrać przeciw Wisenhertowi w takim stanie?

- Nie – powiedział sam do siebie. – Nie mogę tak leżeć. Muszę mieć plan.

Wziął głęboki wdech i z trudem podniósł się do pozycji siedzącej, przy akompaniamencie skrzypienia wiekowego drewna. Następnie rozejrzał się po pokoju, aż dostrzegł pusty stół pod ścianą. Wstał, i ignorując absolutny protest wszystkich mięśni, pokuśtykał do mebla. Gdy już się tam dostał, usiadł ciężko na znajdującym się nieopodal stołku i oparł całym ciężarem ciała na drewnianym blacie. Dopiero wtedy zauważył, że nie ma nic do pisania. Na szczęście Azail akurat zostawił niedaleko nóż, którym tego ranka przecinał jego więzy. Daniel chwycił narzędzie i przy jego pomocy zaczął wycinać w meblu kolejne plany. Stół wiele na tym nie tracił, i tak wyglądał już jak kompletna ruina.

Daniel rżnął cierpliwie. Wyskrobał jeden plan, potem drugi, następnie kolejny, następny i jeszcze jeden. Wszystkie były mniej więcej takie same: pozbawione sensu, sklecone na szybko i głupie. Wszystkie zakładały, że pójdzie na Wisenherta z kamieniem lub naostrzoną gałęzią i cudownym zrządzeniem losu zabije go z zasadzki. Każdy był tak samo bezsensowny. Wisenhert miał uzbrojenie, konie, artefakty, swoich ludzi, był w lepszym zdrowiu, a do tego znajdował się daleko stąd. Daniel tymczasem, nie miał nic.

Chłopak oparł się o blat, czując uderzenie gorąca w swojej głowie. Próbował naskrobać nożem kolejny plan, był jednak tak samo kretyński jak pozostałe pięć. Poczuł, jakby zaraz miał znowu zemdleć. Wstał i otworzył niedalekie okno na całą szerokość, ale nagły i potężny podmuch okazał się być dla jego słabego ciała niczym taran. Nogi nagle ugięły się pod nim, posyłając go na ziemię, przy oślepiającej fali bólu.

Wstał, wysilając przy tym całe ciało znacznie bardziej niż powinien. Z najwyższym trudem usiadł z powrotem przy stole, gdzie znów próbował coś wymyśleć. Niestety, w jego głowie panowała pustka. Poczuł, jak zaczyna szlochać; zanosi się suchym, żałosnym płaczem. Zaraz jednak potrząsnął głową, odganiając od siebie depresyjne myśli.

- Starczy - sapnął do siebie. - Koniec ronienia łez. Koniec rozpaczania. Mam co robić.

Wbił koniuszek swojego noża we własną pięść i odetchnął bardzo głęboko przez zaciśnięte zęby. Nóż był za tępy, by wejść głęboko w skórę, lecz poczuł dreszcz, który pozwolił mu nieco otrzeźwieć. Przekręcił ostrze w swojej rance, zawył cicho.

Terapia zadziałała. Biała niczym kreda twarz znów nachyliła się nad mapą i zaczęła studiować, jak wygląda sytuacja. Łzy momentalnie wróciły mu do oczu.

Wtedy drzwi za nim uderzyły lekko o podłogę. Odwrócił się i zobaczył Azaila, wchodzącego właśnie do pokoju, ze starym pożółkłym brulionem w dłoniach.

- Dzień dobry Daniel – rzucił swobodnie, jakby sytuacja przy śniadaniu w ogóle nie miała miejsca.

- Dzień dobry. Jeśli przyszedłeś odwodzić mnie od moich planów, to miło było porozmawiać.

- Nie, nie dlatego przerywam ci niszczenie stołu. Choć nie powiem, jeśli tak ci się śpieszy na tamten świat, to byłoby miło, gdybyś choć naszym meblom pozwolił nieco posłużyć.

Daniel spojrzał na niego z przekąsem.

- Jak sobie życzysz. Ten starszy od nas obu, zaplamiony krwią, spróchniały i równy jak pasmo górskie, a zapewne także napromieniowany stół na pewno źle znosi dźganie go nożem. Nie chcę narażać was przecież na konieczność przyniesienia z ruin kolejnego, też nawet go nie odkurzając.

- Dziękuję - odparł Azail, ignorując dziecinne zaczepki. - Dla grupy złożonej wyłącznie ze starców i kalek, przyniesienie kolejnego w istocie nie byłoby proste, cieszę się więc, że nie będziesz dziurawił go bardziej, niż jest w obecnym stanie. Jeśli życzysz sobie coś napisać, skorzystaj z węgla. - To mówiąc, wyjął z kieszeni małą czarną bryłkę i rzucił ją Danielowi. - On aż tak nie zaszkodzi stołowi, a ty będziesz mógł go zetrzeć, jeśli będziesz chciał coś zmienić.

- Dziękuję. Chętnie skorzystam - wrócił do swojej pracy, teraz przy pomocy otrzymanej bryłki. Tworzone przez niego symbole dalej nie miały zbyt wiele sensu, ale pisał cokolwiek, byleby uniknąć dalszej rozmowy z Azailem.

- Co to właściwie jest? – zapytał w pewnym momencie starzec. – Nad czym pracujesz?

- Plan. Próbuję zaplanować trasę, którą stąd wyruszę. Staram się także obliczyć miejsce, w którym obecnie znajduje się Wisenhert. Niegdyś pomagała mi w tym prawdziwa mapa, na której cała jego droga wraz z przybliżonymi datami została naszkicowana na papierze. Niestety Wisenhert zabrał ją razem z całą resztą mojego dobytku. Teraz muszę radzić sobie w ten sposób.

- Więc naprawdę nie zrezygnowałeś z odejścia? Mówiąc szczerze, miałem nadzieję, że zmienisz zdanie, gdy ochłoniesz po wydarzeniach przy stole,

- Nie było po czym ochłaniać - stwierdził sucho Daniel. – Mówiłem co myślę, szczerze i z rozmysłem. Moim zadaniem jest zabić Wisenherta i ani moja sytuacja, ani nic co się dotąd wydarzyło tego nie zmieniają. Pójdę tam i zakończę, co ja i moi ludzie zaczęliśmy. Albo umrę próbując.

- I naprawdę wierzysz, że możesz tego dokonać? Niechętnie to mówię, ale twoja sytuacja nie wygląda najlepiej. Poza tym, Wisenhert zachował przecież twoje życie. Czemu ty tak bardzo chcesz odebrać jego?

Daniel spojrzał na niego zirytowanym wzrokiem.

- Azail, proszę cię. Myślałem, że kwestia moich motywacji i celów została już zamknięta. Jeżeli zamierzasz trzymać mnie tu siłą, możesz na powrót przywiązać mnie do łóżka, oczywiście jeśli dasz radę. Jeśli nie, proszę, pozwól mi samodzielnie decydować o swoim losie.

- I nie zamierzasz nawet pozostać tu, aż całkowicie się wykurujesz?

- Już mówiłem. Za kilka dni wykuruję się wystarczająco.

- Gdybyś pozostał tu aż będziesz gotów, on sam w końcu by do ciebie przybył, a ty byłbyś zdrowszy.

- Azail, na litość boską.

- Dobrze – westchnął starzec, widząc, że nie ma żadnej szansy, by przemówić Danielowi do rozumu. Wtedy wreszcie wyłożył trzymany w dłoniach zeszyt na stół, tuż obok Daniela. Ten nawet nie spojrzał.

- Powiedz, jak oceniasz swoje szanse w tym starciu?

- Bywało już gorzej.

-Wisenhert ma więcej ludzi.

- Nie muszę atakować wprost! Mogę zabić go kuszą, otruć, albo napaść udając oddanie pokłonu!

- Masz truciznę albo kuszę?

- Na razie nie.

- Rozumiem. Muszę przyznać, to dosyć trudna sytuacja. Bez broni, bez wsparcia, bez pancerza, daleka, trudna droga, potężny przeciwnik. Nie sądzisz, że nie będzie łatwo?

- Życie jakoś rzadko ma w zwyczaju dawać mi łatwe zadania – praktycznie odwarknął Daniel.

Tutaj Azail uśmiechnął się i przysunął brulion odrobinę bliżej Daniela.

- A co, gdybym ci powiedział, że możesz znaleźć sposób na to, by znacznie polepszyć swoją sytuację? Mógłbyś zdobyć mnóstwo mocy, prostym, szybkim i bardzo potężnym sposobem.

Daniel nawet nie podniósł wzroku.

- Wiesz, ostatnim razem, gdy pewna kobieta mówiła do mnie w ten sposób, nie skończyło się to dla mnie najlepiej. Ani dla niej, jak zgaduję. Ja wylądowałem tutaj, a ona zapewne umiera właśnie z głodu lub cierpi najdłuższą karę śmierci, jaką udało się wyobrazić jej katu. Powiedz, na pewno chcesz ryzykować znalezienie się w podobnej sytuacji?

Ta odpowiedź odrobinę zbiła Azaila z tropu, ale zaraz kontynuował, niezrażony wyznaniem Daniela.

- Spokojnie. Nie mam zamiaru dać ci tajemniczego zlecenia, adresu twierdzy, mapy z zaznaczonym skarbem ani niczego równie niejasnego. Ja mam dla ciebie po prostu książkę. - To mówiąc, przysunął tom jeszcze bliżej Daniela, tak, że dotknął on jego łokcia. Nagabywany westchnął z irytacją i wziął wreszcie zeszyt do ręki.

- Więc próbujesz powiedzieć, że ta książka bezpośrednio mi pomoże? Niby jak? Jeśli w środku nie ma magicznej maści pozwalającej w trzy dni naprawić zaślepione oko, to naprawdę wątpię, by na cokolwiek mi się to przydała. Bo wszystkie cudowne porady jak dotąd wydawały się raczej mnie spowalniać.

- Otwórz i zobacz. To dużo prostsze, niż przekomarzanie się ze mną.

Daniel posłuchał. Jego oczom ukazała się pierwsza strona, pokryta topornymi rycinami, przedstawiającymi ludzi z kwadratów i kół w różnych wymyślnych pozach, trzymających w rękach rozmaite przedmioty. Każdy rysunek opatrzony był wnikliwym opisem lub wielopunktową instrukcją. Daniel przerzucił kilka stron, ale każda wyglądała podobnie. Długo wertował wzrokiem książkę, starając się coś z tego zrozumieć.

- Co to jest? Co to za jakieś bazgroły? Poza kwiatu, szyja węża, zgięcia, ukłony, przysiady. Próbujesz zachęcić mnie do porzucenia pościgu i wzięcia lekcji tańca?

Azail, jak zawsze, nie zareagował na zaczepkę.

- To nie jest taniec – mówił jak do niewiele rozumiejącego dziecka, za które zresztą zapewne Daniela uważał. - Zeszyt, który tak beztrosko trzymasz, to podręcznik do sztuk magicznych. Znaleźliśmy go jakiś czas temu w ruinach jednego z wielu domów, które zniszczyła wojna.

- Muszę cię zmartwić, Azail. Nie jestem magiem. Jedyną magiczną postacią jaką w życiu spotkałem była moja matka, ale ona była przyszywana i nie mam po niej żadnych genów. Był też wprawdzie Kapłan, ale z nim nie chcę mieć nic wspólnego i nie przyjąłbym jego mocy nawet, gdyby mi jakąś ofiarował. Dziękuję ci za twoje dobre chęci, ale nie mam żadnych umiejętności magicznych.

Azail spojrzał na Daniela, jakby ten właśnie stwierdził, że przecież woda nie może od tak spadać z nieba.

- Daniel, czy twoja matka kiedykolwiek tłumaczyła ci, skąd pochodzi magia?

- Co? Nie, skądże. Nie sądzę zresztą, żeby sama to wiedziała. Czy magia nie jest czymś, z czym po prostu się rodzisz?

Azail pokręcił głową, na poły zaskoczenia, na poły na zaprzeczenie.

- Nie wiem, jakie zdolności posiadała twoja matka, ale mogę cię zapewnić, że ani ona, ani Kapłan nie byli urodzonymi magami. A to dlatego, że magia nie bierze się od ludzi. Jedynymi, którzy potrafią przekazywać magię, są istoty pochodzące spoza tego świata, jak Kenbra, Illo i wielu, wielu innych. Dysponują one zdolnościami, których my nie rozumiemy i potrafią śnić o rzeczach, które dla nas stają się rzeczywistością. Twoja matka, nawet jeśli o tym nie wiedziała, posługiwała się takim właśnie stworzeniem. Zapewne małym i słabym, ale mocno z nią związanym, zapewne nawet oddanym wyłącznie jej. Kapłan zaś korzystał z mocy Kenbry i to ona pozwalała mu dokonywać cudów, które oglądałeś. I każdy może tego dokonać, jeśli tylko zdoła pozyskać dla siebie względy takiego ducha. Jeśli postąpisz według wskazówek z tej książki, jeden z nich zapewne wkrótce przybędzie także do ciebie. A ty będziesz mógł wykorzystać jego moc, by stanąć naprzeciw Wisenherta.

Daniel popatrzył na swojego rozmówcę z powątpiewaniem.

- Więc jeśli ta magia jest tak potężna, dlaczego modlicie się do Illo, a nie któregoś z tych duchów? Dlaczego każdy nie czci swojego ducha?

Azail raz jeszcze otworzył szeroko oczy, szczerze zaskoczony niewiedzą Daniela.

- Dzika magia jest bardzo niebezpieczna. W połowie prawdziwe, szalone, nieraz zdesperowane duchy potrafią być absolutnie nieobliczalne. Bogowie są pewniejsi i oferują więcej, niż tylko zaspokojenie twoich egoistycznych zachcianek. W normalnych warunkach nigdy nie proponowałbym nikomu próby ujarzmienia ducha, ty jednak nie masz dość czasu, by czekać, aż Illo ci się objawi. Co mogłoby zając całe miesiące, jeśli w ogóle by się wydarzyło. Dlatego zamiast niego, oferują ci ten zeszyt.

Daniel popatrzył na prezent bez przekonania. Wyraźnie widać było, że się waha.

- Gdy go odnaleźliśmy, były przy nim także zwłoki, mające na sobie dziesiątki blizn wielkości pięści, rany postrzałowe i nieludzko rozległe poparzenia, a wszystko to zbyt stare, by mogło być przyczyną zgonu. – Przekonywał dalej Azail. – Co oznacza, że człowiek, który go wykonał, musiał posiadać niesamowitą siłę. Według jego zapisków zabił, okradł i zjadł dzięki swoim technikom dziesiątki ludzi, niektórych uzbrojonych w pistolety czy noszących zbroje. Niestety, jego umiejętności nie zawierały odporności na bakterie i zapewne właśnie to go zabiło. Ale mniejsza z tym. Teraz liczy się twoja wyprawa i to, jak ten podręcznik może ci w niej pomóc. Jeśli spędzisz kilka godzin dziennie, starając się opanować te ruchy, jeśli dasz sobie czas, by wszystko to poskładać, na pewno uda ci się zdobyć niewyobrażalną moc. W kilka dni nie staniesz się oczywiście niepokonany, jestem jednak pewien, że z czasem twoja siła znacznie wzrośnie.

- Dlaczego mam ci wierzyć na słowo?

- Nie musisz mi wierzyć. Po prostu przemyśl, co ci powiedziałem. Studiując ten zeszyt możesz wiele osiągnąć, a czy masz cokolwiek lepszego do roboty?

Daniel nic nie odpowiedział, więc Azail wstał i wyszedł, zostawiając chłopaka samego z jego myślami.

Daniel długo jeszcze siedział na łóżku, patrząc na podartą okładkę i zniszczone stronice zeszytu. Gdy dotykał zżółkniętych kartek, nie czuł żadnego nienaturalnego ciepła ani mrowienia, ale coś w sposobie mówienia Azaila nie pozwalało mu wątpić, że staruszek mówił prawdę. Mógł się mylić, ale z całą pewnością nie kłamał. Daniel zastanawiał się nawet, czy nie poprosić o wycieczkę do miejsca, gdzie znaleziono to dzieło, ale zaraz odrzucił ten pomysł. Był zbyt zmęczony, a widok byle trupa nic mu przecież nie udowodni.

Daniel popatrzył na drzwi, za którymi jakiś czas temu zniknął Azail, po czym znów spojrzał na zeszyt. Nie wiedział, czy wierzy starcowi, ale czemu miałby jednak nie spróbować? I tak miał tu na razie pozostać, więc czemu nie ma się przygotować?

Zgoda, pomyślał do siebie, jak gdyby wciąż rozmawiał z Azailem. Wypróbuję ten twój zeszycik. Ale wiedz, że nie liczę na wiele. Nie wierzę, że od tak po prostu można być magiem.

Potem trzymał zdezelowaną książkę w dłoniach jeszcze przez jakiś czas, nim wreszcie zdecydował się otworzyć ją na pierwszej stronie. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że znów popełnia tragiczny błąd, poddaje się manipulacji. Nie mógł też jednak zaprzeczyć, że czuł pewną ekscytację, patrząc na tą cienką, małą skarbnicę wiedzy, która miała rzekomo dać mu tyle mocy. Po chwili jego oczom ukazał się wypisany dużymi, ozdobnymi literami tytuł:

Magia i Czarnoksięstwo. Poziom pierwszy – Przyzywanie mocy.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania