Krwawy Szlak, rozdział dwudziesty siódmy - Przed Burzą

Czas pochodu: 41 dni

Stan pochodu: 6

Następnego dnia, wszyscy wstali jeszcze przed pierwszym świtem i opuścili swojego gospodarza nie robiąc najmniejszego zamieszania. W kilka minut później byli już na trasie, właściwie od razu dostrzegając cel swojej wędrówki, malujący się nieprzyjemnie na samym skraju ich pola widzenia.

Wirmir modlił się przez całą drogę, bardziej miętosząc niż ściskając w dłoniach swój różaniec. Ash bez przerwy poprawiał nerwowo łuk, ciągle sprawdzając ilość strzał w kołczanie. Idący obok Martin nie robił nic. Nawet jeden mięsień jego twarzy nie zdradzał najmniejszej oznaki tego, że o czymkolwiek wiedział.

Nawet szalony duet Wirmira szedł jakiś rozdrażniony, przygarbiony i skamlący. Wydawali się wiedzieć co się dzieje nawet lepiej, niż na instynktownym poziomie szaleńca, który wyczuwa wrogą atmosferę.

Daniel nie robił nic. Szedł tylko obojętnie obok, poprawiając nietęgo swój miecz.

Atmosfera była daleka od bojowej.

Miasto przed ich oczami rosło powoli, jak pęczniejący wrzód, który już niedługo musi wreszcie eksplodować. Nie minęło dużo czasu, gdy byli już u bram. To był moment, by się zatrzymać.

Daniel stanął kilkanaście metrów od granicy miasta, a Wirmir i Ash tuż obok, wpatrzeni w siebie głupkowato. Dotarli. Ich ostatni przystanek, miejsce finałowej bitwy. Miejsce, o którym żaden z ich trójki nie myślał już w sumie jako o poważnym, możliwym do osiągnięcia celu. Popatrzyli na Martina. Stał obok, czekając cierpliwie, aż się do niego odezwą. Wiedział, że mają mu coś do przekazania, więc stanął tylko z boku. Czekał, aż oni wykonają swój ruch.

Wirmir i Ash popatrzyli po sobie głupkowato. No właśnie, co powiedzą mu teraz? Cofnij się proszę odrobinę, a my pójdziemy na chwilę, żeby coś załatwić? Tylko nie zdziw się, jak wrócimy cali czerwoni, pokaleczeni i pół żywi, bo to dotyczy zbierania jagód?

No właśnie, nie wiedzieli co dalej, nie mieli pojęcia, co powiedzieć. Aż do tej chwili, nie wpadli na żaden pomysł.

Ale Daniel wiedział. Wiedział bardzo dobrze, i to już od długiego czasu. Był więc spokojny, tym samym kamiennym, spartańskim spokojem, w jakim pogrążony był jego niegdysiejszy Przewodnik.

- A więc to tutaj - odezwał się wreszcie, zachowując kamienną twarz. Martin uśmiechnął się do niego sztucznie.

- W istocie, to tutaj. Nadszedł czas, bym spotkał się z Wisenhertem, królem Nowej Macedonii. I choć dziwię się, że to mówię… naprawdę myślę, że powinniście pójść razem ze mną. Zobaczyć się z tutejszym królem. Zapewne nie macie dokąd się udać, a on jest gotów przyjąć każdego wojownika, nawet jeśli nie pochodzi z waszego środowiska.

Martin liczył, że jego oświadczenie zrobi wrażenie na Danielu i jego przyjaciołach. Jeśli nie ze względu na możliwość bliskiego podejścia do Wisenherta, to przynajmniej przez sam fakt, że ich dumny towarzysz zchodzi nagle ze swojego pantałyku i postanowia dać im tak cenną okazję i honor. Gest, o jaki zdecydowanie by go nie poderzewali.

Pomylił się. Daniel nie wydawał się wcale zaskoczony, w ogóle nie zareagował na jego słowa. Dalej jedynie patrzył, przyjmując jego wyznanie z zimną obojętnością.

Martin się zdziwił, ale nie zniechęcił. Miał też inne pomysły na to, by przykuć ich uwagę.

- Władca tutejszych ziem zapewne poszukuje nowych wojowników, by wcielić ich do swojej armii. Od niedawna ma także dodatkowe konie, jak to stwierdził Brotjew. Jestem pewien, że wspaniale nadawalibyście się na jeźdźców dla nich. Stale bylibyście wtedy blisko króla, nie odstępując od niego na krok, a także zdobywając jego wieczny szacunek i zaufanie. Nie mówiąc już o nagrodach, które na pewno czekałyby na was, gdybyście dołączyli do jego armii. Nowa broń, lepsze jedzenie, pancerze i najlepsze lekarstwa to zaledwie kilka z nich. Na pewno cieszyłoby was też pełne wojskowe szkolenie i własne miejsce na świecie po tym, co wydarzyło się na pustyni.

I tym razem, nie udało mu się przemówić do swoich słuchaczy. Daniel skrzywił się nieco na wzmiankę o pustyni, ale to była jego jedyna odpowiedź. Jeśli rozumiał, na co Martin próbuje go naprowadzić, to bardzo dobrze to ukrywał.

On jednak jeszcze się nie poddał. Tym razem wyciągnął swoją trzecią i jak mu się wydawało, najlepszą kartę.

Jeśli do niego dołączycie, na pewno będziecie też mieli okazję zobaczyć stolicę, wspaniałe miasto położone wiele kilometrów stąd. A musicie wiedzieć, że jest to miejsce, w którym…

- Martin.

- Tak?

- Daj już spokój.

Mężczyzna przytaknął ze zdziwieniem. Widział już, że nie uda mu się dociągnąć ich do swojego pana razem ze sobą. Trudno. Nie oczekiwał się takiego obrotu sprawy, ale i na niego był przygotowany.

- W porządku – powiedział, wyciągając dłoń w stronę Daniela. - W takim razie ruszam. Idźcie w swoją stronę i oby Kenbra strzegł was na waszej drodze. Do zobaczenia, mam nadzieję.

Daniel uścisnął prawicę Martina i potrząsał nią przez długi, niezręczny moment. Trwało to zdecydowanie więcej czasu, niż powinien normalny uścisk. W końcu, chłopak przemówił. Jego głos był twardy, rzeczowy i niepokojąco pewny.

- Martin, pamiętasz pustynię?

Były przewodnik, wciąż z dłonią w uścisku Daniela, poczuł się nagle zbity z tropu. Nie pozwolił sobie tego okazać, ale pytanie Daniela mu się nie spodobało. Zachował jednak spokój. Znał każdą ścieżkę, jaki mógł podjąć teraz Daniel i był gotowy na każdą z nich, niezależnie od sposobu, w jaki miałaby przebiec.

A przynajmniej, tak myślał.

- Pustynię? – powiedział absolutnie spokojnym głosem - Owszem, pamiętam.

- To co się tam stało, to tragedia, prawda?

- W istocie… Tylu ludzi zginęło wtedy na nic.

- Owszem. Gdybyśmy tylko nie spotkali tych przeklętych trupów. Wielka szkoda, czyż nie?

- Jak najbardziej. Wielka. - odparł Martin i zębatki w jego mózgu nagle zaczęły się kręcić. Robiły to jednak wolno, zbyt ociężale. Umysł byłego Przewodnika zaczęły wtedy przenikać wstęgi niepewności, ale pierwsze wypływające z nich wnioski przybywały zbyt późno. A to dlatego, że był to właściwie pierwszy moment, gdy Martin w ogóle pomyślał, że mógł w istocie być w błędzie. Że mógł nie przewidzieć jakiegoś ruchu kilku żałosnych, niewprawionych w knuciu spisków dzikusów.

Ale dopiero poznawał to uczucie.

A żeby je zrozumieć, było już wtedy o wiele za późno.

- To straszne, że nie znałeś tego miejsca, czyż nie? – kontynuował Daniel, dalej potrząsając jego dłonią - Że nigdy nie słyszałeś o nim od innych Przewodników, że nie ostrzegł cię o nim Kapłan. Tak jak fakt, że wskazałeś je jednemu z naszych ludzi. I że w porę nie zauważyłeś, że są tam trupy.

Martin już zrozumiał, co się dzieje. Nie czekał nawet, aż Daniel skończy swoją przemowę. Rzucił się natychmiast, by wyjąć broń, ale zachwiał się, gdy Daniel szarpnął potężnie jego drugą ręką, wciąż tkwiącą w teraz żelaznym uścisku. Martin był oczywiście silniejszy i bardziej doświadczony, potrzebował więc tylko kilku sekund, by wyrwać dłoń i dostać się do swojego oręża. To kilka sekund trwało jednak zbyt długo. Nim udało mu się je zdobyć, Daniel miał już w rękach swoją broń, już ustawiał się w wyuczonej, znanej mu doskonale pozycji. Nim Martin zdołał choćby chwycić za cokolwiek, co znajdowało się w jego uzbrojeniu, Daniel przymierzał się już do ciosu. Nim zdążył to wyciągnąć, on już brał zamach do swojego pierwszego ciosu. Nim zrobił cokolwiek, co dałoby mu szansę na przetrwanie, było już za późno. Dwa pchnięcia w brzuch i cięcie przez gardło zostawiło go z tętnicą eksplodującą ciepłą, karminową falą i żołądkiem, którego cała zawartość wylewała się pod jego stopy. Łapał się już bezradnie szyję, jego palce dotykał rozerwanych, zniszczonych skrawków jego żołądka, nie miał jednak szans, by to przeżyć.

- Ale powiedz mi jedno. – szepnął Daniel, nachylając się nad gasnącymi już zwłokami. - Wtedy, w wąwozie, twierdziłeś, że nigdy wcześniej nie byłeś na wyprawie. A skoro tak, to skąd znał cię ten człowiek, który nas nocował? W jaki sposób cię rozpoznał? Skąd niby wiedział, kim byłeś?

Daniel patrzył na Martina tak, jakby rzeczywiście oczekiwał na te pytania odpowiedzi. Ale on, rzecz jasna, odpowiedzieć nie mógł. Leżał jedynie na ziemi, drżącymi palcami próbując bezsilnie zatrzymać krwawienie. Umierał, wiedział o tym. Umierał szybko, bezradnie, nie mając nawet szansy wykorzystać żadnego ze swoich stu genialnych planów i tysiąca mądrych nauk. Na nic zdała się jego broń, lata nauki, strategia i wiara. Mimo wszystkich tych rzeczy, miotał się tylko krótką chwilę w agonii, po czym szybko, cicho znieruchomiał. Odszedł do swojego Kenbry, pana i stwórcy, którego wolę tak wiernie wykonywał całe swoje życie.

Daniel powstał, ocierając swój miecz o skrawek koszuli. Popatrzył raz jeszcze na swojego niegdysiejszego Przewodnika. O wszystkich jego słowach, poglądach, decyzjach. A w szczególności, o jego religii.

Daniel nigdy nie wierzył w żadnego Boga. On zaś gorąco i szczerze wierzył w jednego, w Kenbrę. Czy dzięki temu umieranie było dla niego łatwiejsze? Czy gdy jego żołądek został przebity przez ostrze, myślał o Kenbrze, oglądającego go z kosmosu? Czy odmawiał w głowie siedem świętych nakazów, danych im od Króla Spoza Ziemi? Czy szukał błędu, jaki popełnił? Czy łatwiej było mu umrzeć, wiedząc, że po drugiej stronie czeka jego pan i wielka, zbiorowa świadomość, której zaraz stanie się częścią?

Daniel nigdy nie miał się tego dowiedzieć i wcale go to też nie obchodziło. Przestąpił nad jego ciałem, posuwając się dalej ku wiosce.

Cała reszta ruszyła za nim bez słowa. Na żadnym z nich śmierć Martina nie zrobiła większego wrażenia. Ani na zawsze współczującym Ashu, ani na uprzejmym i podstarzałym Wirmirze, a już na pewno nie na nic nie rozumiejących szaleńcach. Wszyscy wszakże dosyć już widzieli tego w czasie całej swojej wyprawy.

Tak oto, odszedł Martin. Ostatni przystanek na drodze do ich starcia.

Teraz prawdziwa walka mogła się rozpocząć.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania