Krwawy Szlak, rozdział trzydziesty dziewiąty - Kłótnia 1/2

Następnego ranka, Daniel wstał nieco wcześniej niż zazwyczaj. Nienaturalny deszcz znów bębnił o szyby, ale tego dnia był już znacznie słabszy. Najwyraźniej ta dziwaczna pora deszczowa w środku pory suchej powoli dobiegała końca.

Daniel siedział w swoim pokoju, umilając sobie poranek kolejną dawką ćwiczeń. Nadal nie mógł ukończyć pierwszego etapu, ale zaczynał mieć wrażenie, że czuje to, o czym mówił podręcznik. Może jednak te ćwiczenia miały pewien sens?

Zaczynał mieć nawet wrażenie, że ustawiona na stole moneta drgnęła o milimetr, gdy zamachał na nią palcem. To był właśnie test, po którym miał wiedzieć, że ukończył pierwszy etap szkolenia. Na moment ogarnęła go ekscytacja, ale zaraz pojawiły się też wątpliwości. Był już zmęczony i mógł ulec autosugestii. Powtórzył całą sekwencję, starając się zebrać jak najwięcej mocy i przesunąć monetę kawałek dalej. Znów miał wrażenie, że się poruszyła, ale znów nie był absolutnie pewien. Ruch był bardzo mały, naprawdę mógł być tylko wytworem jego wyobraźni.

Już miał zacząć trzecie podejście, gdy ktoś nagle w pokoju rozległo się pukanie do drzwi. Daniel odwrócił się, myśląc, że to Azail chce zaprosić go na poranny posiłek.

– Proszę!

Gość podniósł ostrożnie drzwi i odstawił je na bok. Oczom Daniela ukazał się nie Azail, a Erina, stojąca przed nim w swoim kuchennym fartuchu.

– O hej. Dzisiaj to ty wołasz na śniadanie?

Dziewczyna nie odpowiedziała. W ogóle się nie poruszyła, jakby słowa Daniela w ogóle do niej nie dotarły. Chłopak zaraz dostrzegł, że coś jest nie tak.

– Wszystko w porządku?

Nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Jego przyjaciółka dalej stała w bezruchu, z otwartymi ustami, jakby próbowała coś powiedzieć. Daniel podniósł się odrobinę w zaniepokojeniu, praktycznie nie zauważając słabego bólu, który temu towarzyszył.

– Halo? Erina?!

– Uhmmm… Tak Daniel. – Odezwała się wreszcie. W jej głosie słychać było wyraźne zmartwienie. – Śniadanie gotowe. Azail prosił mnie, żebym to ja cię dzisiaj zawołała.

– Okej… – Daniel podniósł się i ruszył powoli w stronę drzwi, w których wciąż stała dziewczyna. Wiedział, że chce mu coś powiedzieć, ale cały czas milczała. Nie miał pojęcia, co lepszego może zrobić, niż zakończyć tę głupią sytuację.

Przeszedł obok niej, starając się jak najszybciej znaleźć na korytarzu. Moment, w którym dosłownie przechodził jej koło nosa, zdawał się podziałać na nią otrzeźwiająco.

– Daniel…?

– Tak?

– Niedługo nas opuszczasz, prawda?

Daniel zatrzymał się po środku korytarza. Czuł, jak nagłe ciepło ogarnia cały jego żołądek. Ze wszystkich możliwych pytań, na pewno nie spodziewał się tego.

Ale miała rację. Dzisiaj mijał czwarty dzień od czasu, gdy po raz pierwszy wstał i spotkał się z resztą Wyzogoty przy stole. Powiedział wtedy, że opuści ich, gdy tylko wyzdrowieje. Twierdził, że ile dni to zajmie? Pięć, sześć? Tydzień? Nie pamiętał. Ale nie ulegało wątpliwości, że ten dzień był już bliski.

Był gotów? Oczywiście, że nie. Plecy nadal go bolały, chodzenie sprawiało mu trudność, przy każdym większym wysiłku łapała go zadyszka. Był już w stanie normalnie funkcjonować w przytułku, ale jakie to było w ogóle porównanie do wyprawy, jaką chciał odbyć? Jego plan zakładał wyruszenie gdzieś na koniec świata, błądzenia po stepach, walkę z potworami i Bóg wie, co jeszcze. Nie mówiąc już o tym, że miał sam stanąć przeciwko człowiekowi, którego nie mógł zabić z czterema wspólnikami. Cholera, jakim cudem kiedykolwiek myślał, że to może się udać?!

Spojrzał Erinie w twarz i zastygł. Co miał jej odpowiedzieć? Przez jego głowę przechodziły mu tysiące myśli.

– Tak. Muszę iść.

Przez chwilę miał wrażenie, że głos, który usłyszał, nie należał do niego. Nie potrafił uwierzyć, że tymi czterema słowami mógłby od tak przypieczętować swój los.

– Więc… zamierzasz iść? – spytała niedowierzająco Erina.

Skinął głową. Nie musiał tego robić. Właściwie to nie był już nawet pewien, czy dalej chce odejść. A jednak nie cofnął już raz wypowiedzianych słów.

– Tak – powtórzył, dziwiąc się własnemu spokojowi. – Pójdę. Pójdę i zabiję Wisenherta.

– Niby po co? – W głosie dziewczyny słychać było szczere zdziwienie. – Przecież gdybyś tutaj został, on by cię nie znalazł. Nigdy nie odwiedza Wyzogoty.

– O to właśnie chodzi – powiedział, starając się zachować zdecydowany ton. – To ja chcę odnaleźć jego. Cztery tuziny ludzi nie zginęły po to, żebym mógł się tutaj ukrywać.

– Możesz zginąć!

– Mogę też poprawić świat.

– Tutaj też go poprawiasz! Azail sprowadził cię tu, bo chciał, żebyś został Świetlistym. Czy to ci nie wystarczy?

– Czekaj, co?

Erina zasłoniła usta dłonią, zdając sobie sprawę z tego, co powiedziała.

– No… tak. Ja zawsze upierałam się, by być Służącą, a jego już zobowiązała rola prowadzącego. Wiele razy mówił nam, że ma nadzieję, że zdecydujesz się zająć tę brakującą pozycję.

Daniel gwizdnął przez zęby. Teraz wszystko miało nagle sens. Targanie go po mszach, opowieści o Świetlistych, lekcje religii. Był szczerze zdziwiony, że sam tego dotąd nie zauważył.

– Więc jednak. Na tym świecie nie ma nic za darmo. Nawet życie ratują ci interesownie.

– Przestań. Możesz przecież odejść. Poza tym, co w tym złego? Dlaczego nie wystarcza ci sam fakt, że możesz tu żyć, pracować i być bezpieczny, tak jak my wszyscy?

Daniel westchnął. Znał odpowiedź na to pytanie. Nie wiedział tylko, czy naprawdę chce, żeby Erina je usłyszała. Sama jego decyzja odejścia, choć jeszcze nie finalna, wydawała się dla niej trudna do przyjęcia. To co miał zamiar powiedzieć, było znacznie gorsze.

Westchnął cicho, po czym uznał, że znów zaszedł za daleko. Czas, by się wycofać, dawno minął.

– Widziałaś kiedyś człowieka duszonego na śmierć żyłką? Tuż przed twoimi oczyma, wśród zwłok trzech innych osób, wiedząc, że zaraz możesz do nich dołączyć?! Ja widziałem. Byłem tam, bezradny i samotny, a następnego ranka obudziłem się zakrwawiony, próbując przyjąć do wiadomości, że nigdy już nie zobaczę swojego ojca. Jak po czymś takim mam po prostu odejść i udawać, że nic się nie stało?

Daniel otarł łzę, która ukradkiem wypłynęła z jego oka. Cieszył się, że Erina nie może jej zobaczyć.

– Po tym, jak mój ojciec umarł, czułem w sercu pustkę. Wyruszyłem na tę wyprawę, bo chciałem ją czymś zapełnić. Tyle przeszedłem, ale nadal ją czuję, pomimo wszystkiego co się dotąd wydarzyło. Gdybym teraz odszedł, gdybym zostawił to w takim stanie… Zawsze bym ją już czuł. Nie chcę spędzić reszty życia, budząc się każdego dnia ze świadomością, że nie dopełniłem swoich obowiązków.

Gdy Erina go słuchała, szczery strach pojawił się na jej twarzy.

– Nie będzie tak przez resztę życia. Z czasem zapomnisz… – powiedziała, ale chyba nawet sam sobie nie wierzyła.

– To nieprawda. Uwierz mi. Nie możesz tego wiedzieć, ale uwierz mi na słowo. Odejście byłoby jak zabicie mojego ojca po raz drugi. Jakbym dołączył się do zbrodni Wisenherta.

Erina siedziała z szeroko otwartymi ustami. Daniel spuścił wzrok, żałując, że wpędził ją w taką sytuację.

– Daniel, ty… Ty naprawdę tak myślisz?

– Tak Erina – To była prawda. Tak właśnie myślał. A mimo to nie opuszczało go dziwne wrażenie, że ją okłamuje. – Wiesz, co odróżnia dobrych ludzi od złych? Ci dobrzy działają, a ci źli twierdzą, że to ponad ich siły. Gdybym nie próbował powstrzymać Wisenherta, byłbym taki jak on, nawet jeśli on ma jakieś swoje motywy. Albo jesteś potworem, albo potwory zabijasz. Nie ma tu trzeciej drogi.

Gdy skończył mówić, czuł jakby wielki ciężar opadł z jego barków, ale wcale nie poczuł się od tego lepiej. Raczej jakby zamienił jeden ciężar na inny, wcale nie lżejszy od poprzedniego. Erina wciąż siedziała naprzeciw niego, znów dysząc w ten okropny sposób, który zastępował jej płacz.

– Już rozumiem… Już wszystko rozumiem. Ty jesteś po prostu nienormalny.

– Co?

– Chcesz iść całą tą drogę, zabijać tych wszystkich ludzi, może nawet zniszczyć cały ten kraj… I po co? Dla swojej głupiej zemsty!

– Muszę to zrobić – stwierdził Daniel, urażony do żywego. – Muszę tam iść, natychmiast, gdy wciąż mam świeży trop! Wolisz żebym siedział tutaj, modlił się za inwalidów i marnował sobie życie w tym…?!

Zdał sobie sprawy z tego co powiedział dopiero, gdy zobaczył zmianę na twarzy Eriny.

– W porządku – rzuciła dziewczyna lodowato. – Jeśli tego właśnie chcesz, idź, zgub się gdzieś na szlaku i zgiń. Nie będę cię zatrzymywać.

– Erina, ja…

Ale dziewczyna już go nie słuchała. Wstała i wyszła, na odchodne rzucając jeszcze jedną uwagę.

– A jeśli chodzi o ślady, to wiedz, że Wisenhert ostatni raz przejeżdżał tędy ponad trzy miesiące temu. Jakbyś nie wiedział, z obrażeń jakie otrzymałeś ludzie z reguły nie budzą się szybko. Miłego tropienia.

Erina wyszła, przewracając na wyjściu drzwi. Nagle w pokoju zrobiło się niesamowicie cicho.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania