Krwawy Szlak, rozdział dwudziesty szósty - Ostatni Postój

Następny dzień mijał powoli, na rutynowym brnięciu do przodu. Martin jechał swoim samochodem, ale robił to równie powoli, jak pozostali maszerowali. Mógłby wpuścić do swojego pojazdu wszystkich i pojechać znacznie szybciej, ale nawet nie śniło mu się, by to robić. W samochodzie siedzieli ludzie światli, a hałastra i niewierni powinni maszerować. Tak nakazał Kenbra.

Miejsce w wehikule zaproponował tylko Wirmirowi. Starzec jednak odmówił.

Koniec końców, niewiele się zmieniło. Słońce nie paliło już tak mocno, nie trzeba też było obawiać się głodu czy odwodnienia, piasek nie drażnił każdego milimetra skóry, ale sytuacja w gruncie rzeczy pozostawała taka sama. Śniadanie, marsz, obiad marsz, sen, marsz. Wszyscy byli zmęczeni i wściekli, każdy miał wyraźnie dosyć. Tylko myśl, jak blisko byli już Wisenherta, dalej trzymała ich na duchu. Nikt nie chciał nawet myśleć, co zrobią potem…

Drugi obóz rozbili późnym wieczorem, na małej, opuszczonej stacji benzynowej. W środku znaleźli wciąż mniej więcej pełen kosz na śmieci. Była w nim paczkę starych aspiryn, kilka luźnych psich chrupek i mnóstwo papieru. Wszystko było już od wielu lat po terminie, ale i tak nie wahali się przed zjedzeniem tego. Z papierów zaś rozpalili ognisko, które podsycili benzyną ze wciąż działającego dystrybutora. Martin próbował wykonać także koktajle mołotowa, nie mieli jednak żadnych szklanych butelek. Mimo to, Daniel napełnił łatwopalnym płynem jedną z plastikowych. Tak tylko, na wszelki wypadek. Dla wszystkiego mogło się jeszcze znaleźć jakieś zastosowanie.

Noc była chłodna, za dawno wybitymi oknami szalała burza i wiatr. Ciężkie krople deszczu uderzały rytmicznie w dach opuszczonej stacji. W nocy napotkali też kilka paskudnych potworów, przypominających węże z odnóżami na skroniach. Jednak gdy Daniel rzucił na podłogę kilka grubych petard, wszystkie uciekły, gwiżdżąc z przerażenia.

Pełną wartę pełnił wtedy Wirmir, ale nie spał właściwie nikt.

Czterdziesty czwarty dzień wyprawy rozpoczął się od cichej pobudki i przeliczenia zapasów. Gdy okazało się, że brakuje jednego worka z warzywami, wszyscy nieomal skoczyli sobie do gardeł. Wymienili kilka przekleństw, posypało parę się ciosów, padły bezpodstawne oskarżenia. Potem znaleźli worek pod ladą.

Nikt nawet nikogo nie przepraszał. Po prostu ruszyli dalej.

Kolejny dzień podróży zaczął się równo o godzinie dziesiątej, jak wskazywał noszony przez Martina zegarek. Pochód trwał w ciszy, niechętnie. Wszyscy myśleli tylko o jednym: ile drogi mogło jeszcze zostać?

Późnym popołudniem trafili do pierwszej wioski od czasów wyjścia z Miasta. Teraz wydawało się, że minęły od tego całe wieki.

Widzieli ją jeszcze z oddali, na długo nim którykolwiek z mieszkańców zdołał ich dostrzec. To było dziwne miejsce. Składało się głównie z małych, kwadratowych domków, wykonanych z drewna i pofalowanej blachy. Budynki były ustawione w równych rzędach, jedno obok drugiego, tworząc coś na kształt alejki. Z tego co widzieli, to właśnie w nich żyła większość ludzi. Były tam też normalne budynki, ale zdecydowana większość z nich leżała odłogiem. W użyciu były jedynie dwa, a i one z lekka symbolicznie. Jednym był sporej wielkości bank, drugim zaś niewielki sklep spożywczy. Ten pierwszy służył jako coś w rodzaju gigantycznego pokoju dziennego, drugi zaś jako szopa na narzędzia. Wyglądało na to, że ludzie powodu woleli żyć w swoich małych drewnianych domkach, zamiast w prawdziwych ruinach.

W wiosce nie mogło być więcej niż czterdziestu mieszkańców. Między domami znajdowało się kilka pól uprawnych, znalazły się też owce i kozy, upchnięte w małej zagrodzie. Na samym środku miasta stał bardzo toporny pomnik Wisenherta, z podpisem "Ku Pamięci Jedynego Prawdziwego Władcy". Monument był już raczej stary, a miękki piakowiec jakim go wykonano wyraźnie się rozsypywał. Mimo to, dało się zobaczyć podobieństwo.

Mężczyźni wkroczyli do miasta ostrożnym, powolnym krokiem. Dookoła nie widzieli nikogo, kto wyglądałby groźnie. Kilka kobiet i niektórzy mężczyźni patrzyli na nich z nieukrywanym zaciekawieniem, nikt jednak ich nie zatrzymywał. Nikt nie pytał też o dziwaczny ładunek, wieziony przez Martina.

- Nie zatrzymujmy się tutaj. - szepnął po pewnym czasie Ash, gdy byli już w połowie drogi. - Nic tu po nas, a nie ma sensu ryzykować.

- Nie – odparł Daniel. – Wisenhert bez wątpienia jest już niedaleko. Nie chcę stanąć naprzeciwko niego bez informacji. Rozdzielimy się i powęszymy nieco.

- Jesteś tego pewien? – szepnął tamten, patrząc uważnie na Martina. Ten jednak nie powinien móc ich usłyszeć, schowany bezpiecznie w swoim samochodzie. - Zadawanie ludziom dociekliwych pytań, szczególnie przez trójkę uzbrojonych ludzi, bo on ani ci dwaj wariaci raczej z nami nie pójdą, może kiepsko się skończyć. Jedno zbyt dogłębne pytanie i ludzie zaraz coś wyczują. A wtedy albo zaczną kłamać, albo może dojść do rękoczynów. Ludzie tutaj nie wyglądają mi na zabijaków, ale nawet jeśli damy im radę, to chyba nie chcesz tu mieć masakry, co nie Daniel?

- Więc co proponujesz? – zapytał z przekąsem - Wisenherta możemy spotkać nawet jutro, a nie ma mamy nawet pojęcia, gdzie się znajduje, ani ilu ma ludzi. Mamy tak po prostu brnąć do przodu i liczyć na szczęście? A może cofnąć się nieco i znowu spytać gypsę? Bo jeśli dalej będziemy robić to co teraz, to w każdej chwili możemy skończyć jako trupy, natchnąwszy się na niego po środku pola. A mniemam, że tego wolałbyś uniknąć.

- Prawda. Ale to nie zmienia faktu, że…

- Ash.

- Co?

Wskazał głową na stojącego kawałek za nimi mężczyznę. Trwali w dyskusji na tyle głęboko, że nie zauważyli nawet, iż Martin zatrzymał swój samochód i zacząć prowadzić z kimś rozmowę. Oboje przystanęli, lekko zaskoczeni tym faktem. Martin stał właśnie w drzwiach jednego z domków i rozmawiał z grubawym, niskim i uśmiechającym się głupawo mężczyzną, który też z resztą wyglądał tak, jakby zaraz miał się przewrócić.

Chłop mówił coś, szybko i w zdenerwowaniu wskazując Martinowi drogę do środka. Ten gestem nakazał pozostałej piątce zrobić to samo.

Podeszli do drzwi, w samą porę by usłyszeć samą końcówkę rozmowy Martina.

- Czekaj, nie zamykaj jeszcze drzwi. Tamta piątka za tobą to także moi ludzie. Przenocujemy tutaj.

- Jak to tak? - Powiedział mężczyzna w drzwiach, a jego twarz aż rozpromieniała od pychy, jakby właśnie dokonał niesamowitego wyczynu. - Panie, toż to wszyscy będziecie u mnie spać?! Cała czwórka z Manufaktury o mój dach się uprasza?!

- Ano cała. Tak się składa, że nie chcemy tu robić sobie szumu, bo i tak jesteśmy już spóźnieni z dostawą. Z jednej chaty zawsze szybciej odejść, nie trzeba się zbierać całą gromadą i czekać, aż każdy pożegna swojego gospodarza.

Wtedy odwrócił się w stronę Daniela i reszty.

- A wy na co czekacie? Wchodźcie wreszcie. Nie będę cały dzień stał w progu!

Twarz grubego mężczyzny zrobiła się nagle jeszcze bardziej czerwona. Uczynił on taki gest, jakby łapał powietrze albo walczył z zawałem. Daniel w pierwszej chwili pomyślał, że martwi się o swoje zapasy, ale już pierwsze słowa usłyszane po wejściu do środka wyprowadziły go z błędu.

- Maria, wodę szykuj i dzieciaki gdzie wypraw! Zaszczyt nas kopnął psiakrew, królewskich gości mamy! Szybko, szybko, nie można takim panom kazać czekać! Jużci, co stoisz i gały wywracasz?! Do kuchni, ale raz! A wy bachory na dwór iść, już! Dorośli rozmawiają, żadnych smarkaczy ma tu nie być! Natalia! Irmir! Ty też Kleofas! Jużci z domu! W diabły iść, już!

Mężczyzna uwijał się jak w ukropie. Przesuwał krzesła, przeganiał dzieci, to wyciągał, to wkładał z powrotem wszystko z każdej półki, szafki i walizki, jaką miał w domu, krzyczał i machał rękami na wszystko, wszystkich i każdego z osobna, zdzierając sobie przy tym gardło, tworząc nieludzką kakofonię i generalnie utrudniając całą gościnę tak bardzo, jak to tylko było możliwe. Zajęło to dobre dziesięć minut, nim poprzez ogólny raban udało mu się w końcu wyrzucić dzieci na zewnątrz, zagnać żonę do kuchni i ustawić na stole cztery szklanki, dwa obtłuczone kubki, dwa plastikowe kubeczki i kilka butelek po coca-coli z absolutnie nieodgadnioną zawartością.

- A was, panowie, tu proszę usiąść, proszę śmiało. - Zaczął przyjaźnie mężczyzna, kompletnie ignorując fakt, że wszyscy zdążyli już dawno zająć swoje miejsca i przyjrzeć się dokładnie jego mieszkaniu. Była to bardzo mała, drewniana budowla, złożona z kilku ciasnych pokoi. W tym w którym siedzieli, mieścił się głównie stół i kilka krzeseł, zajmujący ponad osiemdziesiąt procent przestrzeni pomieszczenia. Było tam też parę szafek i półek, pełnych najróżniejszych przedmiotów. Był to właściwie mniej dom, a bardziej rodzaj namiotu z drewnianymi ścianami oraz kawałkami dykty oddzielającymi poszczególne pokoje. Na tych tu i ówdzie widniały różne plakaty i portrety, ale Daniel nie zauważył znaków żadnej religii.

- Może tak życzą sobie państwo wody, herbaty? Nawet cola się znajdzie, a i mamy także co mocniejszego, ale domyślam się, że na służbie to nie przystoi.

- Jesteśmy w tym momencie po służbie - odparł Martin. - Mimo to podziękuję, herbata wystarczy.

- Ja bardzo chętnie bym o nieco wody z miętą poprosił, jeżeli jest taka możliwość. – stwierdził grzecznie Wirmir, starając się chwycić postawioną przed nim szklankę tak, by nie skaleczyć się o miejsce, gdzie niegdyś było ucho. – A dla nich – wskazał swoich dwóch podopiecznych, wspólnie oglądających ten sam kubek – Sama zimna woda.

- Ależ naturalnie, naturalnie. Ino tylko do tej mięty na wrzątek pan poczeka, bo to ciągle wystudzony jeszcze. A dla ciebie młodzieńcze? - zwrócił się do Daniela

- Wody. I to wszystko.

- Dobrze, oczywiście. - powiedział gospodarz, nalewając Danielowi z jednej z butelek. - A więc dokąd to droga panów wiedzie? Cóż to za cuda zapakowane są to tego samochodu?

- Droga wiedzie do stolicy, jak co roku – odpowiedział Martin. - Zdać trzeba towar, zapłatę otrzymać i znów do domu ruszać. I tak co roku, póki piach nie przykryje. A co do zawartości: przykro nam, ale nie możemy powiedzieć. Tajemnica gildyjna.

- Ach, wy mądrale. Zawsze tacy ważni. – chłop nagle zaśmiał się rubasznie, uderzając się w kolano. - Takie gryzipiórki, takie tajemnicze, a przy jednym stole z chłopami wieczerzają! O widział to kto?! No ale dobrze, każdy ma swe tajemnice, nico mi do nich nosa pchać. Powiedz mi jeno, jeśli to tylko nie kolejna tajemnica waszmościów, czemu to wam tak śpieszno tej wiosny? Przecie to Wisehert, pan nasz, niech mu chwała będzie, z ledwością wczoraj tu przejechał, trakt ciepły jeszcze, jak żegnał się z nami. A to normalną koleją to wy i dwa księżyce przecie po nim jesteście, a tu nie dość, że tuż za nim, to jeszcze tak pędzicie, że jeszcze byście go złapali, jakbyście nie zatrzymywali się na noc. O co więc chodzi?

Ash, Daniel i Wirmir w jednej chwili uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo. Świadomie czy nie, Martin bardzo zbliżał ich właśnie do ich celu.

- Widzisz Brotjew, ostatnio w naszej gildii zaszły pewne zmiany. Od teraz, zamiast dostarczać towar aż do stolicy, tracąc przy tym czas i zapasy, dostarczamy go Wisemhertowi do rąk własnych, a on wiezie go gdzie chce. Tak jest prościej.

Daniel zatrzymał się w połowie oglądania postawionej przed nim butelki. To nieprawda. Martin właśnie skłamał. Kłamał i to dla dobra jego wyprawy. Tylko czemu.

Cóż, oczywiście nie chce narażać swojego gospodarza i samego siebie, odpowiedział mu cichy głosik rozsądku w głosie. Ten jego przyjaciel to raczej kiepski wojownik, a i tak nie miałoby sensu teraz atakować kogoś, kogo już prawie się pozbyło.

Tak, przytaknął cichemu głosowi rozsądku. To miało sens. Zdecydowanie miało.

Mimo to, jakoś niespecjalnie potrafił w to uwierzyć.

- Oooo, bardzo mądrze! – krzyknął tymczasem mężczyzna. - Tak to na pewno do jutra go dorwiecie, na sto procent! – zaśmiał się raz jeszcze, znów odkrywając nieco pożółkłe zęby.

- A… Ilu ma ze sobą ludzi? Jak są uzbr... Ymph! - jęknął Daniel, gdy Wirmir kopnął go w kostkę. Mimo to zamilkł, a jego towarzysz podziękował w duchu Kenbrze, że w swojej mądrości ocalił chłopka przed samodzielnym przepytywaniem mieszkańców.

- Ilu wziął ludzi? - zamyślił się przez chwilę Brotjew, krzyżując krzaczaste brwi. - No, będzie nasz synek najstarszy, jego kolega, co tu był, i jeszcze jeden jakiś, co to z innej wioski być musiał. No to razem ich czterech jest. A co to, takie ważne, komu tą waszą broń dacie do wożenia?

Cała czwórka spojrzała po sobie nerwowym wzrokiem. Daniel zagonił ich właśnie w niezły dołek. Co teraz odpowiedzieć? Mniejsza z facetem, ale co odpowiedzieć Martinowi?!

- Nie, to w sumie nie takie ważne… Ja tylko, widzisz… interesuję się. – wyplątywał się chłopak - Tak, z ciekawości. Rzadko się ich widzi, to miło jest wiedzieć.

Daniel uśmiechnął się tak szeroko, jak tylko mógł. Brotjew wydawał się mniej więcej przekonany, ale Martin spojrzał na nich z pewnym zdziwieniem.

- A, rozumiem! No, nic dziwnego, Wisenhert ma świetną drużynę, pełną wojaków na schwał. Samych zuchów dobiera, ot co! Nie by inne co było niż zuchy w tym kraju hehehe… A poza tym, to ostatnio ponoć kilka nowych koni zyskał, co teraz razem ze swoimi wozi. Słabe te szkapy tera, chude i smutne jak siedem nieszczęść, ale to jeszcze się zmieni. Dopiero będzie miał swoją drużynę, jak się patrzy, jak te chudziny porządnie wytrenuje.

Daniel wzdrygnął się mimowolnie, a Wirmir zajął się nagle dogłębnym oglądaniem szklanki. Oboje wiedzieli, skąd się te chude szkapy wzięły w jego drużynie.

W tym samym momencie do pokoju weszła żona mężczyzny, niosąc na tacy trochę w większości świeżego jedzenia, kilka przekąsek w postaci przeterminowanych ciastek i wypełnione wrzącą wodą blaszane naczynie, wyglądające jak wiadro wygięte w kształt dzbanka.

- O, woda wreszcie gotowa! Dobrze panowie, oto wasze napoje. Woda z miętą dla waszmościa, herbatę dla młodzieńca i… o boże mój, przepraszam najmocniej! A co z panem?! Na śmierć zapomniałem o panu niech mnie diabli porwą! Co sobie życzysz panie Ash, herbaty, wody? Może i alkohol jaki? Nie masz ty jeszcze tego wieku, ale co tam. Tyle się nie widzieliśmy, to chyba trochę można, nie? A przecież w tych czasach, to…

Mężczyzna zamilkł nagle w pół słowa i spojrzał na Asha z miną, jakby uświadomił sobie właśnie coś bardzo dziwnego.

- Panie Ash… Ale czemu pan… Nie z Wisenhertem chodzi? Jak to, pana do Miasta przenieśli czy ki diabeł?

Wszyscy tam obecni spojrzeli na Asha z rozdziawionymi ustami. On też zresztą popatrzył się najpierw na nich, potem na swojego gospodarza, który zamilkł powoli, jakby wyczuwając ciszę, która miała zaraz zapaść.

- Co to się stało? - zapytał po chwili Brotjew. - Źle co powiedziałem? Panie Ash no, dawno się już znamy, nie masz mi chyba tego za złe?

-N-nie. Nie mam. – wycedził powoli Ash. - Daj mi proszę, herbaty z cukrem, jeśli masz. I wlej do niej tyle tego mocniejszego, ile tylko ta szklanka może pomieścić.

Brotjew zrobił, co mu kazano i o nic już nie dopytywał. Chłopak podniósł zaś naczynie do ust i powoli, małymi łykami zaczął je opróżniać. Już czuł, że ma teraz wiele, bardzo wiele do wytłumaczenia.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania