Krwawy szlak, rozdział dwudziesty trzeci - Zaraza

Pierwszy na powierzchnię wyszedł jakimś sposobem Rob. Zaraz potem padł na kolana, sapiąc z przerażenia. Zaraz za nim wypełzł Martin, nerwowo oglądając swoje dłonie i stopy. Trzeci ukazał się Dante. Gdy tylko przeszedł przez skalną szczelinę, z miejsca rzucił się na Martina z pięściami.

- Co to kurwa miało być?! – krzyknął, pchając go na ziemię. - Co to ma być do diabła?! Wiedziałeś o tym! Wiedziałeś, że tam są, ty skurwysynie!!!

Uderzył mocno Martina w twarz, po czym poprawił cios okutym butem. Na jego obuwiu pojawiły się krwawe ślady, ale i tak kopał dalej.

Przy czwartym albo piątym kopnięciu, Martin chwycił go za nogę, i w jednej chwili zabrał na ziemię razem ze sobą. Zaraz potem to on leżał na Dantem, próbując przyszpilić go do ziemi i siadając na jego klatce piersiowej. Przeszkodził mu w tym cios w szczękę, od którego na ziemię polała się krew i poleciały zęby. Martin utrzymał się jednak na miejscu i spróbował złapać obie ręce Dantego, już zapadając ciosy swoją. Walka trwała tak jeszcze przez chwilę, nim obu walczących chwycili i rozdzielili osadnicy, którzy zdążyli już zebrać się dookoła.

- Puśćcie mnie kurwa! – wrzasnął na to Dante. - Puśćcie!

- Nie, nie dotykajcie ich! Nie róbcie tego!

- Co tu się dzieje do diabła?!! - nagły okrzyk rozległ się tak niespodziewanie, że i Dante i Martin przestali się szarpać, po czym spojrzeli w stronę głosu. Był to oczywiście Daniel. Wyraźnie zmęczony, brudny i patrzący z lekk nieprzytomnie, ale i tak z zamiarem zajęcia się sporem. Binna zaś pokazała się w ogóle.

- Panie Daniel, niech oni ich puszczą! Niech puszczą ich natychmiast! – wykrzykiwał dalej Rob. Coś w jego głosie sprawiło, że Daniel niemalże bez namysłu skinął trzymających. Ci odstąpili bez słowa, na wszelki wypadek odsuwając się jeszcze na kilka kroków. Każdy położył też dłoń na swojej broni. Z doświadczenia wiedzieli, że zaraz może się okazać bardzo przydatna.

Daniel wystąpił ostrożnie dwa kroki przed zgromadzenie, ostrzegawczo prezentując wszystkim swój obnażony miecz. Miał zamiar najpierw zapytać o wersję Martina, ale widząc, że ten potrzebuje jeszcze chwili, postanowił zacząć od Dantego. Oczywiście, nie tracąc tego drugiego z oczu.

- Co ma znaczyć ta bijatyka? Co tu się dzieje?!

- Byliśmy w jaskini. - powiedział roztrzęsiony Dante, drżącymi palcami masując obolałą szczękę. - Tej, o której mówił nam Rob. W środku praktycznie nic nie ma. Tylko kilka trupów.

- Pytałem o to, dlaczego walczyliście. Co mnie obchodzą trupy?!

Dante uśmiechnął się. W wyjątkowo niepokojący sposób.

- To nie były zwykłe trupy, Daniel. One były chore. Zakażone jakąś zarazą. Pieprzonym morem!

Na to stwierdzenie wszyscy odsunęli się jeszcze o kilka kroków, szepcząc nerwowo pomiędzy sobą. Daniel miał ochotę zrobić to samo, ale wiedział, że to nie chwila na okazywanie słabości.

- Morowe trupy? - spytał nerwowo. - Jesteście pewni, że to nie były zwykłe zwłoki?

- Zwykłe?! – Tym raz Dante zabrzmiał gorzej, niż tylko niepokojąco. Chciałbyś kurwa! Gdybyś tam był, sam byś powiedział, że były morowe! Całe niebieskie, odpadały od nich kawałki ciała i pachniały jak zdechłe ryby. Na pewno miały jakąś chorobę! A teraz wszyscy ją kurwa będziemy mieli!

Gdy Dante skończył mówić, szmery dookoła zauważalnie się wzmogły. Kilka osób pośpiesznie oddaliła się od całego zgromadzenia. Daniel też przełknął ślinę w zdenerwowaniu. W życiu jakie prowadzili istniały setki niebezpieczeństw, ale absolutnie nic nie wzbudzało w ludziach większej trwogi, niż wizja wybuchu epidemii. I to zresztą bardzo słusznie, bo o ile z potworami, głodem czy burzą dało się jakoś walczyć, to w jej obliczu byliby kompletnie bezsilni. Jeżeli Dante mówił prawdę, to mogło pozostać im zaledwie kilka dni, nim wszyscy zginą.

- Martin, czy to prawda? Tam były morowe trupy? - zapytał Daniel, odpowiedź jednak otrzymał od Dantego.

- Nie tylko prawda! To była pułapka! Jebana zasadzka! Ten drań wiedział co tam jest, a i tak kazał nam tam iść! Wiedział kurwa, na pewno to wiedział! Ale i tak kazał nam tam wejść, żebyśmy was pozarażali i wyzdychali jak bydło!! Zrobił to za nich, za swoich ziomków! Tych, cośmy mu zajebali!! Tych skurwysynów, do których tak chce dołączyć!! - po tych słowach wybuchnął głośnym, histerycznym śmiechem. - Co jest, co się nie śmiejesz?!! Śmiej się! Śmiej się kurwa! Wszyscy umrzemy kurwa, wszyscy teraz umrzemy!!! - to mówiąc przechylił się do przodu i zaśmiał się jeszcze głośniej, a z oczu pociekły mu drobne, gorące łzy.

Coraz więcej ludzi zaczęło odchodzić jak najdalej, niektórzy aż po krawędzie doliny, gdzie co bystrzejsi już zaczęli myć ręce i twarze wodą do picia. Niektórzy zrzucali także ubrania i wyciągali dane im w Mieście amulety. Wielu z nich miało nadzieję, że Dante po prostu zwariował, choćby i od widoku najgorszej, najpotworniejszej bestii na świecie.

- Martin, czy to co mówi Dante to prawda?! – spytał Daniel, czując, że grupowa panika zaczyna mu się udzielać. - Naprawdę były tam trupy?! Wiedziałeś o tym?! Jest aż tak źle?!

- Po kolei. - odrzekł na to Martin, który po kilku głębokich wdechach zdążył już odzyskać typowy dla siebie rezon. Mimo to, wciąż był blady, a tego dygotał ze strachu. A przynajmniej Daniel miał nadzieję, że były to objawy strachu. - Po tym jak weszliśmy do jaskini, znaleźliśmy kilka ostrzeżeń wypisanych na ścianach, ale nie były one o zarazie. Gdy zeszliśmy niżej, znaleźliśmy jakąś małą grotę. Jeden z nas wszedł do środka, a tam znaleźliśmy cztery ciała. Wszystkie były dokładnie takie, jak opisał je Dante. Całe niebieskie, lekko nadgniłe, chodziły po nich niezidentyfikowane stworzenia. Zaraz po tym zaczęliśmy uciekać, żeby uniknąć zarażenia. Nikt z nas ich nie dotknął, ale nie mogę zapewnić, że nadal jesteśmy zdrowi. Mogły tam być także pasożyty, albo zainfekowane płyny. Było tam z nami jeszcze dwóch ludzi. Oni także mogą być teraz nosicielami.

 

Daniel wziął głęboki oddech, po czym powoli wypuścił powietrze. Potrzebował całej swojej siły woli, by nie opanowała go panika. Miał wrażenie, że świat dookoła niego zaczyna wirować.

Oparł się całym ciężarem ciała na mieczu, by nie upaść na kolana, a świat nie rozpadł na kawałki. Potrzebował pomocy. Na wszystkich bogów, tak bardzo jej teraz potrzebował.

- Gdzie są ci dwaj? - powiedział powoli i bardzo ostrożnie. Jakby wszystko to mogło się jeszcze nie wydarzyć, jeśli tylko zachowa spokój i podejmie rozsądne decyzje. - Ci dwaj, którzy byli tam z wami?

- Ash stoi przy szczelinie. - odezwał Rob, który był na miejscu od samego początku. Ash zaś faktycznie, wciąż stał przy wejściu do jaskini, słusznie obawiając się kontaktu z kimkolwiek dookoła.

- Chodźcie tu. - powiedział Daniel, wskazując miejsce, w którym siedzieli Martin i Dante. Ten drugi już się nie śmiał. Jedynie siedział w milczeniu.

Teraz podszedł do nich, mijając kilku osadników, którzy rozstąpili się niczym Morze Czerwone.

Wszyscy zarażeni stanęli przed Danielem, starając się zachować jak największy odstęp od siebie nawzajem. Milczeli. Wódz zresztą też.

Po raz pierwszy w życiu, Daniel nie miał najbledszego pomysłu, co może zrobić. Czuł się kompletnie bezsilny. Nawet bardziej bezsilny, niż wiele lat temu, gdy głodny i samotny błąkał się po opuszczonych miastach. Wtedy chociaż łudził się, że odnajdzie kogoś, kto go uratuje.

- W porządku. Zajmę się tym. - powiedział w końcu, chociaż nie miał pojęcia, co właściwie miał przez to na myśli. Ale to było w sumie bez znaczenia. I tak nikt mu nie wierzył. - Przede wszystkim, jaka to choroba? Wiecie cokolwiek na jej temat?

Przez zgromadzenie przeszły nerwowe szmery. Kilku spośród rozmawiających zdawało się chcieć coś powiedzieć, wszyscy jednak się wahali.

W końcu, głos zabrał jeden ze stojących w tłumie mężczyzn.

- To wygląda krwawa łuszczyca. – powiedział, bawiąc się nerwowo palcami. – Brat mój raz mi mówił, że widział raz ludzi, którzy właśnie tacy niebiescy byli, jak raz poszedł na polowanie. Mówił potem, żebym się do nich nie zbliżał, i że jak choroba ta to się zaczyna, to krew jakby zamarza im w żyłach i potem się krwawi, ale tak w środku. Dlatego skóra robi się szara i...

- W porządku - przerwał mu Daniel, nieciekawy wioskowych przesądów. - Objawy nie są na razie ważne. Czy ci ludzie mówili ci coś na temat leczenia i zapobiegania chorobie?

- Tyle tylko, że jak się to złapie, to musisz uważać na wodę, bo jak człowiek nawet trochę wody w ręce weźmie i wypije z rzeki, to potem może nawet cała rzeka być chora. Dlatego tamci ludzie pili tylko miskami i w ogóle nie wchodzili do rzeki, nawet co to by się umyć. W wannie tylko można.

- Ja też nie mogę pomóc. - podjął wątek Martin, gdy mężczyzna skończył. - Nigdy nie słyszałem o chorobie takiej, jak krwawa łuszczyca, ale w moim mieście było kiedyś kilku ludzi chorych coś podobnego. My mówiliśmy na to szara ospa. To może być to samo. Jeśli tak jest, to możliwe, że moi ludzie mają na to lek. Albo przynajmniej porady co do tego, jak sobie z tym radzić.

- Udało się wam się wyleczyć tych z tego miasta? – zapytał Daniel.

- Ich nie. Ale udało nam się zapobiec epidemii. Zakażonych było zaledwie kilku i żaden z nich nie rozniósł swojego choróbska, nim było za późno. To samo być może można by zrobić tutaj.

- A co z nimi zrobiliście?

- Tego nie wiem. Nie uczono mnie sztuki lekarskiej.

Daniel nawet się nie zastanawiał. Podjął decyzję nim Martin zdążył wypowiedzieć ostatnie słowo.

- Nie idziemy tam.

Na tą wiadomość dookoła rozbrzmiało dookoła kilkanaście okrzyków. Jedne sprzeciwu, inne aprobaty. Daniel nie słuchał jednak żadnej ze stron. Jeśli wiedział cokolwiek, to właśnie to, gdzie powinni się teraz kierować.

- Cisza! - krzyknął przez spękane wargi. Choć nawet jego szept by teraz wystarczył, by wszyscy zamilkli. - Nie zatrzymujemy się i nie zawracamy! Idziemy dalej.

- Ale przecież tam mają lekarstwo! - krzyknął ktoś z tłumu.

- Gówno tam mają! Martin powiedział jedynie, że mogą mieć, nic więcej. Równie dobrze może ono być i w następnej wiosce. Poza tym mamy za mało zasobów, by teraz zawrócić i dojść na drugi koniec pustyni – Na to stwierdzenie Martin otworzył usta, ale Daniel nie dał mu dojść do słowa. – Poza tym, tam ludzie czekają na czwórkę zwiadowców, z których trzech już nie żyje, nie trzydziestu ludzi z nieznaną chorobą. Myślicie, że dobrze nas tam przyjmą, gdy dowiedzą się, że zabiliśmy im trzech mieszkańców, a teraz jeszcze domagamy się leczenia? Poza tym, w Mieście jedzenia jest już i tak tylko tyle, by wystarczyło do powrotu transportujących towary. - wskazał ręką na spoczywający nad płaskowyżem wóz z bronią. - Nie wykarmią nas tam. Zapewne nawet nie będą próbować. Jeżeli tam wrócimy, i nas i ich czeka pomór, a dostaniemy co najwyżej kilka bezużytecznych tabletek i rady, które już znamy. Koniec.

Tłum zamilkł. Nie wszyscy wydawali się jednak całkowicie przekonani.

- W moim mieście znają się dobrze na leczeniu… - zaoponował Martin

Mówił cicho, ale kilka osób zaraz poparło to twierdzenie.

- Miasto to nasza szansa!

- Musimy spróbować!

- Możemy z nimi porozmawiać!

- Kapłan się za nami wstawi!

- Możemy mówić, że zabiło ich co innego!

- MUSIMY tam iść!

Daniel przeszył wszystkich bardzo chłodnym spojrzeniem. Wzniósł ręce nad całe zgromadzenie i gdy tylko miał pewność, że wszyscy już na niego patrzą, przemówił. Bardzo powoli.

- A czy wolą Kenbry nie było, żebyśmy opuścili Miasto?

Nagle w całym kanionie zapanowała cisza. Daniel dobrze rozpoznał prawdziwy motyw, jaki sterował krzyczącymi. A przynajmniej sporą większością z nich. Choć kilka osób mogłoby krzyczeć dalej, ale w nagłej ciszy i oni woleli milczeć.

- Kapłan powiedział nam, żebyśmy odeszli – kontynuował Daniel. - Żebyśmy szli dalej i rozgłaszali słowo naszego pana. Czyż nie? Czyż nie powiedział, że jest z nas dumny i liczy na naszą dalszą drogę?! Co powie, gdy zobaczy was, wracających do niego po pierwszym upadku?! Poddających się po pierwszej próbie?! CO POWIE, GDY ZDA SOBIE SPRAWĘ, ŻE CAŁE JEGO ZGROMADZENIE GO ZAWIODŁO?!

Nikt mu odpowiedział. Ludzie trwali w milczeniu i niedowierzaniu. Daniel popatrzył na Martina. Na jego twarzy widniała niepewność i niedowierzanie. Kątem oka zobaczył, że kolejny człowiek, jeden z tych bez znaku Kenbry na szyi, znowu chce zabrać głos. Nie pozwolił mu na to.

- Doskonale! Cieszy mnie nasza jednomyślność. Od dziś wszyscy piją z oddzielnych manierek i nie dotykają niczego, co nie jest ich. Wszyscy potencjalnie zarażeni cały swój czas mają spędzać sami. Nawet z nimi nie rozmawiacie, zrozumiano? Wyruszamy za godzinę. – zakomenderował, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł, zostawiając ludzi samym sobie. Wierzył, że poradzą sobie z rozkazami. Wciąż musiał się przespać i przemyśleć to, co zrobił.

Tym bardziej, że nie każdy z argumentów jakie wystosował, przemawiał do niego. Tak naprawdę wcale przecież wiedział, ile mają jedzenia w wiosce, nie znał też stanu ich medycyny. Był też, wbrew tego co powiedział, pewien, że w następnej wiosce wcale nie znajdą żadnego lekarstwa.

Prawda była taka, że powodowało nim coś innego. Ukryty motyw, o którym nie powiedział swoim ludziom w ogóle.

Mapa, którą dostał od gypsy pokazała mu niedawno coś, co było dla niego jedynym liczącym się teraz czynnikiem. Wisenhert zmierzał właśnie w ich stronę. Jeżeli udałoby im się przemierzyć pustynię wystarczająco szybko, spotkaliby go za nie więcej, niż dziesięć dni.

Gdyby zaś zawrócili, wymknął by się im z rąk.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania