Krwawy Szlak, rozdział dwudziesty dziewiąty - Sny

-…on... tO...eŻYje?

Czyjś głos wybudził Daniela z letargu. Chciał się podnieść, ale ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Spróbował spojrzeć w stronę, z której dobiegła go rozmowa, ale nie mógł. Nie panował nad własnym ciałem. Miał wrażenie, że lata, ale wcale nie było to przyjemne doznanie.

- On?! BeZsZaNS... ZaDżOoo...

Nie usłyszał reszty wypowiedzi. Czuł się, jakby w jego głowie pędziły roje rozwścieczonych pszczół. Jednak tkwił w tym stanie tylko przez kilka chwil, nim ponownie zaczęła ogarniać go senność. Próbował z nią walczyć, ale był zbyt wyczerpany. Nim zdążył cokolwiek zrozumieć, jego umysł zdążył już odpłynąć.

Gdy obudził się po raz kolejny, znalazł się w jakimś zamkniętym pomieszczeniu, otoczony przez grupę ludzi. Żadne z nich nie ukrywało swojej twarzy, ale był zbyt słaby, by się przyglądać. Słyszał ożywioną rozmowę, ale nie był w stanie odróżnić od siebie słów. Trwał w tym stanie przez kilka minut, nim ponownie zemdlał.

Budził się potem i zasypiał jeszcze wiele razy. W snach znów przeżywał swoją walkę, przechodził przez pustynię, rozmawiał z ojcem. Widział twarze Asha, Martina, Graice, stojące nad nim i wrzeszczące bez opamiętania. Nachylał się nad nim mężczyzna, wydzielający woń rybiej żółci i spalonego papieru. Wisenhert pożerajął jego ciało, wśród bezkresnej ciemności i białych eksplozji. Czuł małe ślimaki i żywy ogień na swoim ciele. Nieraz miał wrażenie, że lata, dosiada konia, opuszcza swoje ciało i błądzi wśród przestworzy. Nie potrafił odróżnić, co z tego było rzeczywistością, a co jedynie majakiem jego udręczonego umysłu. Miał wrażenie, że trwało to wiele miesięcy, nim ponownie odzyskał pełną przytomność.

• • •

- Dobrze – powiedział spokojny, męski głos. - Teraz podaj mi maść na oparzenia. To ta w owalnym słoiku.

Daniel powoli otworzył oczy, mając wrażenie, że przez głowę przesypuje mu się tona tłuczonego szkła. Po długiej chwili zdał sobie sprawę, że leży na łóżku w samej bieliźnie, a tuż przy nim siedzi niski, pomarszczony staruszek. Obok nich stała znacznie młodsza, blond włosa dziewczyna, nieco tylko starsza od Daniela.

Staruszek siedział obok niego na łóżku, wcierając coś w jego piekące żywym ogniem przedramię. Daniel chciał się odsunąć, ale tamten przytrzymał go bez żadnego wysiłku.

- Leż spokojnie. Twój stan już jest wystarczająco paskudny, nie pogarszaj go jeszcze wierceniem się.

Daniel nie miał siły walczyć. Pozwolił starcu robić swoje, a sam skupił się na stojącej niedaleko dziewczynie. Była niska, ubrana w ładny, choć mocno połatany żakiet i krótką spódnicę. Wydawała się zdenerwowana. Od pierwszej chwili stała z boku, zasłaniając twarz włosami, które jednocześnie miętosiła nerwowo w dłoniach. Daniel miał wrażenie, że boi się samego jego wzroku.

- Dobra, gotowe - sapnął mężczyzna, podnosząc się na moment z łóżka. - Teraz czas zająć się raną na plecach. Erina, pomóż mi przewrócić go na drugą stronę.

Dziewczyna skinęła głową i podeszła ostrożnie. W jej sposobie chodzenia było coś dziwnego, ale Daniel zdecydowanie nie miał teraz siły, bo o tym myśleć. Ledwo utrzymywał przytomność.

Oboje wspólnymi siłami przewrócili go do żądanej pozycji. Daniel krzyknął wtedy z bólu, co zwróciło uwagę starca.

- O proszę! - wykrzyknął gdy wspólnie przewrócili już Daniela do odpowiedniej pozycji. – Witamy w świecie żywych, chłopcze. Dobrze się spało?

Daniel próbował coś odpowiedzieć, ale z jego gardła wydobył się tylko słaby, gardłowy skrzek.

- Dobrze, dobrze. Nie przemęczaj się. Ja jestem Azail, zaś to oto dziewczę nazywa się Erina. Jest, między innymi, moją pomocnicą. Mamy zamiar zrobić co w naszej mocy, by sprawić, że podniesiesz się jeszcze po nieszczęsnym losie, jaki cię spotkał.

Daniel przymknął oczy ze zdziwienia. Jego mózg, choć nie bez poważnych problemów, zaczął dodawać do siebie informacje. Maść? Rany? Podniesie się? Znaczy, że miejsce w którym się znajdował, to…

- Sz-szzz...szpita… -ta?... – sapał z trudem, starając się nie zemdleć z wysiłku, jaki go to kosztowało.

- Szpital to za mocno powiedziane - dokończył za niego Azail. - Bardziej przytułek. Miejsce, gdzie chorzy, starzy i inni potrzebujący mogą jeszcze spróbować stanąć na nogi. Nie mamy tu wiele, ale na pewno nie zabraknie ci jedzenia, wody ani ciepłego łóżka. Poza tym, tutaj nic ci już nie zagrozi. Swoją drogą, miałeś dużo szczęścia, że w porę cię tutaj donieśli. Naprawdę nieźle się poharatałeś. I będziesz potrzebować jeszcze wiele tego szczęścia, jeśli twoja prawa ręka ma kiedykolwiek wrócić do pełnej sprawności.

Daniel spojrzał na mężczyznę zamglonym wzrokiem. Próbował powiedzieć coś więcej, ale czuł, że ponownie odpływa.

Azail skończył zmieniać Danielowi bandaże, po czym razem z Eriną przewrócił go z powrotem do poprzedniej pozycji. Potem wreszcie wstał z jego łóżka.

- W porządku. Leż i wypoczywaj. Zajrzymy do ciebie ponownie za jakiś czas.

Gdy odwrócili się, by odejść, Daniel pozwolił sobie wreszcie rozluźnić nieco. Gdziekolwiek był, wyglądało na to, że jest mniej więcej bezpieczny. Ci dwoje nie męczyliby się przecież z leczeniem go, gdyby byli mu wrodzy. Wciąż bolało go właściwie całe ciało, ale było to przecież bez porównania do tego, co czuł podczas ostatniej walki.

Właśnie, walka! Azail i jego towarzyszka byli już w drzwiach. Kto wie, kiedy wrócą i czy będzie wtedy przytomny? Nie mógł czekać. Zanim go wyjdą, musiał zadać im to jedno, najważniejsze pytanie!

- Wisenhert! - zaskrzeczał, czując jakby sam ten okrzyk kosztował go kilka lat życia. - Ż...żyyyje?

Oboje zatrzymali się w połowie wychodzenia i obejrzeli na Daniela z zaskoczeniem. Przez moment wymieniali porozumiewawcze spojrzenia, nim wrócili wzrokiem do niego. Daniel był niemalże pewien, że mu nie odpowiedzą. Potem jednak Azail zrobił pół kroku do przodu i oznajmił bez ogródek:

- Tak. Władca naszego kraju, mimo potężnych obrażeń, uszedł z życiem z tego nieudolnego zamachu.

Serce Daniela zatrzymało się nagle piersi. Poczuł przerażenie, jakiego nie potrafił sobie wyobrazić. Cała walka, całe poświęcenie, pochód, morderstwa i ból, a wszystko to na nic. Wisenhert uciekł ze wszystkiego, co on rzucił w jego stronę i nadal żył!

- Chłopcze, dobrze się czujesz? – zapytał z niepokojem Azail.

Daniel poderwał się z łóżka, ignorując ból szalejący w całym jego ciele. Musiał iść, musiał go dorwać!

- Co ty robisz?! Nie możesz jeszcze wstawać!

Nie słuchał. Zrzucił kołdrę i zaraz ruszył do starym, brudnym dywanie. Jego nogi i ręce paliły, serce waliło jak dzwon, ciało odmawiało współpracy. Mimo to szedł, czołgał się pełzł.

- Co robisz? Co ty wyrabiasz?! Zatrzymaj się natychmiast!

Daniel pełzł dalej. Musiał iść, musiał odnaleźć Wisenehrta, dobić go, zakończyć to, natychmiast!

Nagle poczuł potężne uderzenie w tył głowy. Azail, przerażony jego zachowaniem, kopnął go mocno w potylicę, próbując położyć kres jego szaleństwu.

Metoda, choć niekonwencjonalna, zadziałała. Daniel uderzył mocno o podłogę, a jego świat rozbił się na miliard szklanych odłamków.

Chłopak znów spróbował się podnieść, ale ręce i nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Upadł z powrotem na podłogę. Dopiero wtedy po raz kolejny opuściła go przytomność.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania