Krwawy Szlak, rozdział dwudziesty ósmy - Starcie cz.1/2

Czas pochodu: 41 dni

Stan pochodu: 5

Wioska, w której się znaleźli, była mała. Stanowiła ją zaledwie siatka warzywnych poletek i kilka domów dookoła obszernego, okrągłego placu, na środku którego stała grupka ludzi. Wielu z nich trzymało w rękach kwiaty lub kawałki gałązek, niektórzy się śmiali, inni skakali wokół postaci na koniu.

Minęła krótka chwila, nim ktokolwiek dostrzegł Daniela. Wkrótce potem, okrzyki pożegnań i pozdrowień ucichły. Wszyscy patrzyli na zbryzganego krwią chłopaka, młodzieńca z łukiem w ręku oraz starca prowadzącego dwóch wyrostków, bardziej przypominających małpy niż ludzi.

Gdy grupa dotarła na plac, ten był już wyludniony. Zostali tylko oni, Wisenhert i trzech jego żołnierzy, również konno. Wszyscy pozostali uciekli do domów, barykadując drzwi i spoglądając nerwowo zza okiennic.

Daniel nie tak wyobrażał sobie swoje nadejście.

Kompletnie nie tak.

Na ich widok, Wisenhert uśmiechnął się tylko. Nie wyglądał na zdenerwowanego. Na jego twarzy widać było raczej rozbawienie.

- Stać! Kto idzie!? - Zapewne nie oczekiwał, że odpowiedzą, ale Daniel zatrzymał się i gestem nakazał pozostałej dwójce to samo.

Otaksował przeciwnika wzrokiem. Nie wyglądał tak, jak go zapamiętał. Jego skóra była brudna i pomarszczona, mundur połatany i rozdarty w wielu miejscach. Twarz także, choć faktycznie wyniosła, miała na sobie oznaki zmęczenia i piętna zbliżającej się starości.

A przede wszystkim, podczas ich poprzedniego spotkania, samozwańczy król nie nosił czarnego, łuskowatego pancerza.

Pancerza, który doskonale pamiętał.

- Idzie Daniel, syn Marka, wraz ze swoimi ludźmi – odparł, starając się zachować opanowanie. - Syn zamordowanego ojca i zbezczeszczonej matki, przyjaciel poległych wojowników i przywódca tych, którzy przeżyli. Przychodzę w imieniu ludzi, których zabiłeś i upokorzyłeś na Gryfich Klifach, tych których skazałeś na śmierć i torturowałeś w odległym Mieście oraz tych, którzy zginęli, gdy tłamsiłeś ich powstania. A także wszystkich innych, których zamordowałeś. Zbyt wielu, by ich wszystkich wymienić, zbyt wielu, by choćby wszystkich zapamiętać. Jestem tu w ich imieniu. Jestem tu, by wywrzeć ich zemstę i zakończyć rządzy okrutnika, szaleńca i tyrana.

Na władcy przemowa ta nie zrobiła wrażenia. Przez cały czas jej trwania uśmiechał się tylko z politowaniem i kiwał głową. Za to jadąca wraz z nim trójka wydawała się odrobinę niepewna. Patrzyli na siebie nawzajem, wyraźnie zastanawiając się, czy w słowach Daniela nie było choć ziarna prawdy. Chyba nie byli chętni, by sięgać po broń.

- Och proszę, proszę – zaśmiał się Wisenhert - Jakie to słodkie. Kolejny powstaniec, mściciel, boski wysłannik czy co to tam jeszcze próbuje zrzucić mnie z tronu. Wiesz, ilu już tu było takich jak ty? Ilu próbowało? Setki. Może nawet tysiące podobnych idiotów.

Ściągnął wodze swojego konia i odjechał kawałek na bok, ani na moment nie okazując strachu czy wątpliwości. Jego zachowanie mogło wydawać się jedynie pretensjonalną przemową, ale Daniel wiedział, co naprawdę się dzieje. Dał swoim ludziom znak, ale ten okazał się niepotrzebny. Ash cofał się już pod samą linię budynków, a Wirmir przeszedł na lewą flankę, by nie dać się całkowicie okrążyć. Daniel pozostał na środku placu.

- Wszystkich poprzednich też zamordowałeś? – zapytał, próbując zyskać nieco na czasie. W zażartej bitwie ani przewaga jednego człowieka, ani konnicy nie była decydująca. Obaj o tym wiedzieli.

- Żebyś wiedział. Ich i wszystkich ich popleczników – odparł niemalże z dumą - Zabijałem, torturowałem i stawiałem ich okaleczone ciała za przykład. Ciągnąłem za końmi przez całe kilometry i stawiałem ten los za przykład dla pozostałych. A jeśli to nie wystarczało, zabijałem całe ich rodziny. Na tym gruncie wyrósł ten kraj i cały dobrobyt, który możesz teraz podziwiać.

Daniel rozejrzał się wokoło. Popatrzył na kilka odrapanych kamienic, na leżące niedaleko pole marchewek, na ludzi, kulących się ze strachu i bezsilności w swoich domach.

- I to jest twoje królestwo? Kilka kamienic, marne poletka warzyw i grupka ludzi, bojących się wyjść z domu, ilekroć ktoś pojawia się w ich wiosce? Gdzie ten dobrobyt, za którymi swoim życiem i wolnością musiały zapłacić setki, a może nawet tysiące? To naprawdę było tego warte? Czy gdyby ci ludzie tego chcieli, czy nie godziliby się na to bez niekończących się morderstw i powstań?

Wisenhert wygiął wargi w uśmiechu, ale w jego oczach zapłonęła wściekłość.

- Zakończmy to. Dosyć mam już przerywania mojej zabawy.

- Wedle życzenia. - Daniel wyciągnął swój miecz.

Dwóch ludzi na koniach chwyciło długie pałki. Trzeci przygotowywał kuszę.

Na cięciwę łuku z brzdęknięciem wskoczyła pierwsza strzała.

Słońce zatańczyło na powierzchni szabli.

- Zanim to zrobimy, chcę wiedzieć jedno...

Daniel nie odpowiedział. Był zbyt zajęty ustawianiem stóp i wyrównywaniem oddechu. Nie słuchał już, co mówił Wisenhert.

- Ilu ludzi zginęło, żebyś ty dotarł do tego miejsca?

Zabolało. Daniel myślał, że go nie słyszy, ale poczuł pchnięcie prosto w serce. Zachował jednak pozycję. Skurwiel nie dostanie tego, na co liczy, pomyślał sobie.

Wisenhert podniósł dłoń.

Czekał jeszcze przez chwilę, mierząc wszystkich przeciwników wzrokiem.

Potem zacisnął ją w pięść.

Pierwszy jeździec ruszył od lewej, tuż przy samym krańcu placu, drugi przejechał przez środek. Oboje celowali jednocześnie w Wirmira.

Trzeci przyłożył kuszę do barku, ale szybsza reakcja Asha przeszkodziła mu w wystrzale. Daniel nie miał pojęcia, czy permanentnie.

On również nie marnował czasu. Ruszył w kierunku Wirmira, z zamiarem bronienia go przed drugim jeźdźcem.

Niestety, drogę zajechał mu Wisenhert.

Atak jego szabli zatrzymał ukryty pod kurtką karwasz, ale kopyta wierzchowca prawie go stratowały. Tylko desperacki odskok uchronił go przed uderzeniem.

Upadł na ziemię. Starał się jak najszybciej podnieść, podczas gdy jego przeciwnik zawracał już do kolejnego uderzenia. Koń potrzebował zaledwie sekund, by dobiec z powrotem do Daniela. Chłopak nie zdążył wstać i zachwiał się tylko, usiłując zbiec z drogi rozpędzonego zwierzęcia. Poczuł końcówkę szabli, przebijającą się przez skórę. Większość uderzenia zamortyzował kołnierz kurtki, ale i tak poczuł fontannę krwi spływającą po plecach. Kolana ugięły się pod nim z bólu.

Wisenhert zawrócił kawałek za oszołomionym chłopakiem i zaszarżował ponownie, by dobić przeciwnika.

Daniel szarpnął się, próbując jak najszybciej wstać. Wiedział, że jeśli tego nie zrobi, zaraz będzie za późno.

Natarcie Wisenherta przerwała jednak wystrzelona w jego kierunku strzała. Zatrzymała się na napierśniku wodza, zdołała jednak spłoszyć na moment konia i spowolnić atak na tyle, by Daniel mógł się podnieść.

Pomimo bólu, wstał i pobiegł w stronę Wisenherta, wykorzystując fakt, że jego koń wciąż jeszcze się miotał. Wyprowadził proste cięcie w obojczyk, ale chybił. Miecz ześlizgnął się po pancerzu przeciwnika, nacinając jego przedramię, ale to było małe pocieszenie. Ręce Daniela zaczynały już omdlewać, nogi poruszały się zbyt wolno, a rana na plecach coraz poważniej dawała się we znaki. Na razie nie mógł też liczyć na ponowne wsparcie ze strony Asha ani Wirmira. Jeden z nich był właśnie atakowany przez jeźdźca, drugi zaś, trzymając się za gardło, osuwał na kolana, przy wtórze opętańczych wrzasków jego podopiecznych. Zobaczył, jak tamci dwaj siłą ściągają z konia krwawiącego jeźdźca, desperacko próbującego utrzymać się w siodle.

To poddało mu pewien pomysł.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania