Krwawy szlak, rozdział siedemnasty - Powrót na pustynię

Czas pochodu: 30 dni

Stan pochodu: 36 osób

 

Tak jak poprzednio, pustynia zaczęła ujawniać się powoli. Najpierw były to jedynie drobne przerzedzenie w lokalnej florze, potem kompletny zanik chmur na niebie, które z czystego błękitu, przeszło powoli w nieprzyjemną, brudną żółć. Niedługo później widać już było na nim jedynie olbrzymie, jasne do bólu słońce i kilka małych kropek, znaczących położenie na niebie starożytnych satelit, skupiających światło słoneczne i wysyłających je na gigantyczną górę piachu, przez którą właśnie przechodzili. Aż wreszcie wszystko dookoła stało się olbrzymią połacią pustyni, ma której piach i pył przesłaniały wszystko, aż po krańce horyzontu.

Pochód z miasta wyruszył jeszcze rankiem, więc nim cała sceneria zmieniła się w jeden wielki płaskowyż piachu, słońce nie było nawet w połowie drogi za zachodni horyzont. Mimo to, gdy tylko twarze wszystkich idących owiał pierwszy pustynny żar, a twarda i pewna autostrada pod stopami zaczęła zanikać, Przewodnicy rozkazali zatrzymać cały pochód i rozbić nocny obóz. Ludzie, choć zdziwieni tak wczesną godziną postoju, rozłożyli się bez szemrania, przyzwyczajeni do absolutnego niesprzeciwiania się wyżej postawionym. Wszyscy zbili się więc w gromady i usiedli każdy wokół swojej grupy, tak jak zawsze mieli to zawsze w zwyczaju. Tym razem jednak obóz wyglądał nieco inaczej. Po pierwsze, zważywszy na ogromny upał, nikt nie zapalił ognia, po drugie, przez ogromne przygnębienie i morowy nastrój, nikt nie rozmawiał, a nad obozem panowała napięta cisza. Po trzecie, a z powodu nowych elementów kultury, które pojawiły się po opuszczeniu mnanufaktury, ich obóz podzielił się dziś na trzy części: wierzących Kenbrze, oddanych tylko w sobie i grupę Przewodników, którzy większą część postoju wykorzystali na rozkładanie sporej wielkości namiotu i sobie tylko zrozumiałe prace przy drewnianym wozie, na którym osadnicy wieźli swój prowiant.

Odpoczywali w spokoju aż do wieczora, a powód dziwnej pory ich postoju stał się jasny razem z nadejściem okrutnego, przenikającego do kości chłodu, który osadnicy dobrze już znali. Wielu z nich, od razu wpadając w skraj totalnej paniki, zaraz chwyciło desperacko za kurtki i koce, które mieli ze sobą, każdy kto tylko mógł próbował wzniecić ogień, a większość bez zastanowienia zaczęła też się tulić się do siebie nawzajem, byleby do maksimum zwiększyć uciekający w niebezpiecznym tempie poziom ciepła. Przewodnicy jednak zaraz jednak ukrócili te działania, zwołując wszystkich do siebie, po czym natychmiast wydając rozkaz dalszej podróży. Co najciekawsze, przez cały okres nocy i oni szli piechotą, zamiast jechać samochodem, a zamiast swoich dziennych bandam, nosili grube koce i kurtki. Tak samo, jak wszyscy pozostali.

Fakt, że mieli podróżować w nocy, okazał się ku ogólnemu zdziwieniu naprawdę pomocny. Gdy tylko słońce zaszło, tym samym czyniąc całą okolicę o kilkadziesiąt stopni chłodniejszą, szybki ruch i grube odzienie dodały wypoczętym po kilkugodzinnym odpoczynku ludziom znaczną ilość ciepła, co całą sytuację uczyniło o wiele bardziej znośną, niż gdyby siedzieli skuleni na ziemi. Szybko też jasnym stało się, co Przewodnicy robili z wozem w trakcie postoju. Mianowicie rozebrali go na części, usuwając mu koła i doczepiając do jego podstawy szeroką płozę, co zamieniło go w tej samej wielkości jakby-sanie, które raźno i całkiem szybko sunęły po piaszczystych falach.

Mimo to, pochód przemieszczał się dosyć powoli, pomimo, że Przewodnicy uparcie próbowali narzucić mu żwawe tępo. I nie wynikało to tyle wcale ludzi do szybkiego maszerowania - przeciwnie, co po niektórzy, zachęceni okrutnym ziąbem, byli w stanie wyprzedzić sunący obok nich rozklekotany samochód o dobre dwieście, albo i trzysta metrów, a wielu bardzo chętnie popędziłoby nawet szybciej, gdyby nie obawa przed zgubieniem się wśród wydm. Czynnikiem spowalniającym był natomiast wóz z prowiantem, który musiał być cały czas pchany przez ludzi. Niestety, mimo poczynionych przez Przewodników usprawnień, jego rozmiar i dość toporne wykonanie uniemożliwiały kompletnie wygodne pchanie lub ciągnięcie go przez więcej niż siedem osób jednocześnie, co nawet na płozie dotkliwie spowalniało cały pochód. Mijały godziny, ale choć wszyscy Przewodnicy klęli na czym świat stoi, wrzeszczeli i tłukli ludzi, a pchający wyciskali z siebie siódme poty, zmieniając się co chwila by nie paść z wyczerpania, pochód nie poruszał się prawie w ogóle.

Po kilku godzinach bezskutecznej drogi, gdy słońce zaczęło już powoli wstawać nad horyzontem, zarządzono krótką przerwę, podczas której, oprócz rozdania pierwszej racji żywnościowej, wyciągnięto z wozu tyle jedzenia, ile tylko można było zabrać z drewnianego wozu, i przerzucono go do samochodu, by odciążyć pojazd. Niestety, to wciąż było za mało, dlatego później zrobiono krótki przegląd ubrań i zmuszono kilka osób, by ze swojej odzieży do noszenia w nocy zrobili pasy, które następnie przyczepiono do wozu, pozwalając w ten sposób ciągnąć go większej ilości ludzi. W ten sposób pochód nieco przyśpieszył, ale tempo wciąż nie było zawrotne. W ciągu prawie piętnastu godzin, które łącznie spędzili w podróży, udało im się przejść zaledwie kilkanaście kilometrów. Przewodnicy, po krótkiej naradzie, postanowili więc obciąć nieco racje żywnościowe osadników, by nie skończyć później bez jedzenia. Przygotowywali się na tłumienie oburzenia i buntu, jakim jak ludzie zareagują na tę wiadomość, okazało się jednak, że tym razem rozeszło się to po kościach, za zasługą ogólnego stanu głębokiej ulgi, w jakiej byli akurat ich podopieczni. Ulga ta spowodowana była głównie tym, że udało im się już mniej więcej przyzwyczaić do perspektywy kolejnego przebrnięcia przez pustynię, a długotrwały marsz i łatwe pokonanie pierwszej przeszkody, to znaczy lodowato zimnej nocy, bardzo ożywiło ludzi i podniosło ich na duchu, szczególnie w połączeniu z faktem, że przez pustynię czy nie, ale nareszcie dano im możliwość jakiegoś ruchu, co po tak wielu tygodniach tkwienia w jednym miejscu, wśród głodu i podejrzliwych spojrzeń było prawdziwym błogosławieństwem. W tej sytuacji stratę części racji, i tak wciąż wyższej niż miastowa, dało się jakoś przeboleć. Oczywiście nowych nastrojów nie dało się uznać niesłychanie radosnymi, (czy też radosnymi w ogóle) ale ludzie na pewno czuli się obecnie lepiej, niż w czasie kilkutygodniowego postoju, podsycanego ciągłym harowaniem i życiem w głodzie, niezgodzie i strachu.

Kolejną dłuższą przerwę zarządzono około godziny dziewiątej, gdy słońce zbliżało się w górny punkt zenitu, co oznaczało najgorętszą część dnia. Żar wciąż lał się z nieba strumieniami, Daniel jednak, tak jak większość ludzi, był raczej zadowolony z nowego rozkładu postojów. Podróż nocą i odpoczywanie w skwarny dzień było zauważalnie lepsze, niż robienie na odwrót, zapasy jedzenia i wody też były naprawdę szczodre, jak na standardy Miasta. Najlepszym tego dowodem był chyba fakt, że byli na pustyni już prawie całą dobę i nikt wciąż jeszcze nie wydawał się umierać. To był naprawdę dobry wynik, choć Daniel wolałby, by ludzie przestali bez przerwy wychwalać za to Kenbrę.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania