Krwawy szlak, rozdział dwunasty: U progu zmian cz.2/2

Gdy nowi klienci przekroczyli kamienny murek, po raz pierwszy mieli wreszcie chwilę na to, by przyjrzeć się z dokładniej tak długo poszukiwanej metropolii. A to co zobaczyli, było lekkim szokiem dla ich obu. Oboje widzieli już bardzo wiele osad i wiosek różnego typu, ale ta do której teraz trafili, nie przypominała im żadnej z dotychczasowych.

Gdy tylko przekroczyli granicę pierwszych zamieszkanych budynków, zadziwił ich widok uliczki, którą przyszło im iść. Wszystkie domostwa ustawione były tam obok siebie, tak że tworzyły w miarę równy, długi ciąg, nie zostawiający pomiędzy sobą żadnej przestrzeni, poza gęstą siatką wąskich przejść, w których nie mogły zmieścić się w rzędzie więcej niż dwie, chude osoby. A mimo to po ulicy chodziły osób dziesiątki, wszystkie siedząc na i koło schodów, stojąc na słońcu i w cieniu, patrząc z okien, upychając się gdzie się dało, oraz jakimś przeczącym wszelkiej logice, sobie tylko znanym sposobem przeciskając się miedzy Danielem, Binną, Graice i sobą nawzajem, przechodząc to w przód, to w tył i zajmując każdą możliwą pozycję, by grać, handlować, gawędzić lub robić cokolwiek innego. Daniel nigdy wcześniej, a Binna już od lat nie widziała tak olbrzymiego skupiska ciągnących się poza granicę wzroku, stłoczonych do niewyobrażalnych gęstości, zdawałoby się niewyczerpanych przestworzy ludzkich ciał. Były tam osoby każdego możliwego wieku, każdego wzrostu i postury. Mężczyźni i kobiety, wysocy i niscy, jasno i ciemnowłosi ludzie mijali ich bez przerwy, sunąc obok. Daniel patrzył na to z niedowierzaniem, niemal skręcając sobie kark od patrzenia na wszystkie strony.

-Nie wierzę. Binna czy ty to widzisz?! Spójrz, ilu ich jest! To niesamowite!!

-Prawda. – odpowiedziała Binna, uśmiechając się pod nosem do myśli, że to miejsce przypomniało jej małą wioseczkę z czasów przedwojennych. - Wspaniałe. Tu musi być z dwustu ludzi. Albo może i trzystu. Coś niesamowitego.

Duże wrażenie zrobiły na nich także domy, które mijali. Były one w jakimś odległym sensie podobne do typowych starych sklepów i zniszczonych klubów przerobionych na schronienia, jakie zwykli spotykać, lecz było to takie samo podobieństwo, jakie obraz namalowany przez tytana renesansu mógłby mieć do naskalnych malowideł.

Tutaj każdy dom wyglądały niczym wyjęte ze starej, przedwojennej fotografii. Wszystkie miały też drzwi, okna ze szkłem i ramami, całe dachy, a nawet rynny, które pozbawione były choćby odrobiny rdzy. Do tego wszystko to było czyste i zadbane, jakby każdy bez wyjątku z wojskową dyscypliną mył, sprzątał i utrzymywał w ogólnej, ścisłej czystości swoje terytorium. Daniel przechodząc spojrzał do wnętrza kilku z nich i niemal zawsze widział kafelkowe podłogi, na których stały w roli szaf sklepowe półki, oraz znajdujące się w miejscu kasy małe palenisko, w którym za opał służyły połamane barowe krzesła i bryły węgla. Poza nimi były tam także obłożone w ramki plakaty i proste malowidła.

Wiedząc, że to po tym zawsze najłatwiej rozpoznać ilość ludzi, na którą przypadał jeden dom, Daniel policzył ułożone na podłodze worki, śpiwory i maty, z których wywnioskował, że każdy taki domek ma wewnątrz siebie średnio około siedmiu osób. Nie uszło także jego uwadze, że z niejednego dachu, zawsze zresztą całego i nie zostawiającego słonecznych prześwitów, wyrastały pola uprawne z jadalnymi roślinami i ziołami leczniczymi, zaś na parapetach stały kwiaty, kaktusy i różne ozdoby tego typu.

Szli dalej. Daniel, dając się oczarować niezwykłą potęgą miasta, zapomniał na chwilę o swoich obowiązkach i zmartwieniach i gapił się beztrosko na wszystko dookoła. W tym czasie Binna ostrożnie i z ukrycia kolekcjonowała kolejne cenne informacje i szukała istotnych szczegółów. Ludzie dookoła robili zresztą to samo w stosunku do nich, jedni z zaciekawieniem, inni obojętnie, kolejni jakby przestraszeni. Binna zauważyła te spojrzenia, tak samo jak fakt, że jak na tak wielkie ludzkie skupisko, panowała tutaj naprawdę dziwaczna cisza. Wszystkie rozmowy, handel, nawet zabawy i zwykły chód, wszystko prowadzone było jakby szeptem, w ciszy, wraz z seriami nerwowych gestów i ukradkowych spojrzeń. I to nie tylko na przybyszów, jak i na wszystkich dookoła. Choć ta część miasta miała swoje struny głosowe, zdawało się, że wszyscy starają się ich raczej nie używać.

Dokładniejsza obserwacja pozwoliła zauważyć jej także pewien dziwny symbol, przedstawiający wpisany w koło trójkąt, przecięty dwoma czarnymi liniami, oraz trzecią umiejscowioną trochę poniżej podstawy figury. Zaciekawiona zaczęła dokładniej obserwować okolicę w poszukiwaniu podobnych, i szybko zauważyła je na drzwiach i oknach wielu domów, niektórych ścianach, a czasem nawet i na samych przechodniach. Po dokładnym zastanowieniu, przypomniała sobie, że podobne figury wykonane ze słomy mogły być także pośród bibelotów, które widziała na bagnach, w chatce gypsy. Miała ochotę zapytać o ten znak Graice, jednak jej dotychczasowe zachowania kazały raczej wątpić w to, by udzieliła wyczerpującej odpowiedzi. Nie chcąc się więc jej niepotrzebnie narażać, spojrzała tylko pytająco najpierw na nią, a potem na wypisany na jednej ze ścian symbol. Była absolutnie pewna, że zrozumiała przekaz, ale nie zaszczyciła jej żadną werbalną odpowiedzią. Dobrze, nie ma problemu. Nie chciała szukać zwady.

Całą trójka szła jeszcze przez kilka minut w ciszy, mijając kolejnych milczących z respektem, cichych ludzi, nim w końcu doszła do strzeżonego przez czterech ludzi mostu, prowadzącego nad sztucznie wykopanym rynsztokiem, którym płynęły nieczystości całego miasta. Przeszli przez to miejsce bez zatrzymywania się, tym samym przekraczając niepisaną granicę miasta, za którą, po przejściu jeszcze kilku domków, zza jednej ze ścian ukazał im się największy, najpotężniejszy moloch, jaki kiedykolwiek w życiu widzieli. Był to olbrzymi budynek, mieszczący się w trzewiach dawnego centrum handlowego i hotelu, złączonych w jedno za pomocą drewnianych i kamiennych rusztowań, które opinały budynek niczym dziwaczna narośl. Całość pięła się w górę na dobre dwadzieścia metrów, po czym zawalała spektakularnie w dół, nieumiejętnie odbudowana przez niejasne konstrukcje z drewna i betonu. Wyglądało przez to tak, jakby ktoś wziął największy średniowieczny zamek, jaki istnieje, rozerwał go na kawałki trotylem, a potem postanowił zamienić wszystkie nie niewyrwane części fragmentami centrum handlowego, na koniec zaś włożył to, co poprzednio wyrwał z powrotem, w rezultacie otrzymując najdziwniejszą, najbardziej nieskładną i chaotyczną, ale i zaraz niezwykle imponującą twierdzę, stojącą wokół setek rozsypanym na proch resztek budynków niczym piramida pośród pustyni, prezentując przy tym najbardziej niesamowite połączenie dwóch stylów architektury, jakie tylko można było sobie wymarzyć. Najlepsze zaś było to, że na samym szczycie tego monstrum stał przynajmniej jeden, wykonany w całości z metalu pręt, zagięty w kształt dokładnie taki sam, jak dziwne symbole wypisane na ścianach i drzwiach w całej miniętej sekcji.

Z wnętrza tego dziwacznego architektonicznego potwora nieprzerwanie dochodziły odgłosy kucia i syk, a z wszystkich otwartych na oścież, szklanych, plastikowych, plexiglasowych, lub po prostu pustych okien buchały bez przerwy kłęby siwej pary. Dało się także zobaczyć potężne, czerwone światło, oraz czarny dym wydobywający się od czasu do czasu z niektórych szczelin.

-Mój Jezu. – Binna nie potrafiła choćby trochę ukryć zaskoczenia potworem, którego miała przed oczami. – Czy to właśnie jest wasza kuźnia?

-Yhy. – chrząknęła Graice z wyraźną niechęcią w głosie, jakby zła na to, co widzieli. – Wspaniała Kuźnia naszej manufaktury. Duma naszego kurwa miasta.

-Jak ją wznieśliście? I po co? – dopytywał Daniel.

-Nie wznieśliśmy jej, a jedynie wypełniliśmy to, co dało się użyć, oraz załataliśmy to, czego się nie dało. A po co? Cóż, – Graice uśmiechnęła się gorzko, przez co kawałek rozciętej skóry na połowie jej twarzy znów pękł obrzydliwie. – To już jest cholernie dobre pytanie. Ale wytapiamy w niej metal i tworzymy broń, by obsługiwać tu takich jak wy.

Mimo, że kontekst stwierdzenia „takich jak wy” był tu raczej neutralny, to pogarda i niechęć, jaką Graice włożyła w te słowa, zdawały się niczym dym, fizycznie wyciekać z jej ust. Daniel, by powstrzymać się od nieuprzejmych komentarzy mogących wywołać kłótnię, wrócił do obserwowania okolicy.

Budynek Kuźni stanowił niewątpliwe serce całej wioski, a dookoła niego znajdowały się także kilkanaście małych, uporządkowanych budyneczków, widocznych jak na dłoni z drobnego wzniesienia na które właśnie wchodzili. Tak samo jak wszystkie pozostałe budynki, były to opuszczone, a następnie na nowo zamieszkane sklepy, banki i restauracje, z tym, że te były bez wątpienia znacznie bogatsze i piękniejsze, niż cokolwiek, co widzieli dotąd. Danielowi miejsce to wydało się istnym rajem, Binnie zaś przywiodło na myśl nieco świeżo wyremontowane, w średniozamożne blokowisko, na którym mieszkała kiedyś tuż przed wojną.

Każdy budynek z małej plątaniny domków był wprawnie odmalowany świeżą farbą, a także posiadał wszystkie drzwi i okna. Dochodziły do tego drewniane parapety i otwory na kominy, z których unosiły się kłęby czarnego dymu. Przy każdym domku siedziało po kilku wysokich, potężnie zbudowanych oraz krótko ostrzyżonych mężczyzn i kobiet, patrzących na przybyszów nieprzyjemnym spojrzeniem. Ich domy również były udekorowane różnorodnymi ozdobami, ale dachy były puste, bez żadnych upraw ani roślin. Daniel nie mógł przyjrzeć się dokładnie wnętrzu budynków, ale z tego co zobaczył, mógł wywnioskować, że każde domostwo podzielone było na kilka równych części, a każda część oddzielona była od pozostałych drewnianymi lub kamiennymi ściankami, tworzącymi spore zespoły przestronnych kwadratowych pokoi, również świeżo odmalowywanych i posiadających wewnątrz po kilka szaf, półek, tudzież innych mebli tego typu. W każdej z nich zauważył także skonstruowane definitywnie już po wojnie łóżka z materacami, po kilka świec, wypełnione wodą naczynia oraz kredens, tudzież szafkę, w której zapewne trzymano żywność. Poza tymi udogodnieniami, na placu przed domami było kilka napełnionych czystą wodą studni, a także mały budyneczek, oznakowany napisem „sanitariat.” Choć ostatnie dwa były wspólne dla całego obszaru, to chłopak i tak gwizdnął przez zęby w wyrazie najszczerszego podziwu. To miejsce było dla niego niczym istne Eldorado i nie dziwiło go dłużej, że tubylcy nie chcieli wpuścić reszty swoich gości poza granicę murów. Na widok takich warunków ludzie mogliby wpaść w szał i wymordować swoich gospodarzy ot tak, z czystej tylko zazdrości. Szczególnie, gdyby któryś z nich zauważył walające się po ziemi i dookoła domów papierki po tabliczkach czekolady i batonach, których sam chłopak ostatnim razem miał okazję zasmakować równo siedem miesięcy temu.

Graice poprowadziła swoich gości przez środek tego dziwacznego skupiska domów, mijając po drodze kilku znajomych jej ludzi, których zaszczyciła krótkimi, suchymi uprzejmościami, lub obojętnym skinieniem głowy. Na jej pozdrowienia odpowiadano jej jedynie milczenie. Po przejściu całej drogi od obrzeży miasta aż pod Kuźnię, można by już przyjąć, że milczenie jest po prostu w naturze tych ludzi, którzy zwyczajnie lubili okazywać zbyt wielkiego podniecenia. Jednak tym razem wyraźnie nie o to chodziło. Mijając kolejne domy, Daniel, Binna i Grace spotkali zaledwie kilkunastu ludzi, a wszyscy patrzyli się wyraźnie tylko na tą ostatnią, i to bardzo znacząco. Nie wszyscy zresztą ograniczali się do spojrzeń. Jeden z mężczyzn splunął pod jej nogi, gdy szła, drugi wykonał ręką obelżywy gest, trzeci szepnął coś do kobiety, którą obejmował, a ona zaśmiała się grubiaństwo. Ktoś przyłożyła kciuk do podstawy swojej szyi i przejechał nim wzdłuż tętnicy.

Tak samo jak i we wcześniejszej części miasta i tutaj na domach, chodnikach i skórze każdego człowieka widniał znak koła, trójkąta i trzech przecinających je linii. Teraz zauważył je także i Daniel, ale Binna na szczęście w porę zakomunikowała mu wzrokiem by nie dopytywał.

Po kilku minutach przemierzania ekskluzywnego sektora, wszyscy podeszli do położonej na jego obrzeżu niegdysiejszej knajpy, po czym udali się do lokum położonego na samym jej krańcu.

Z zewnątrz mieszkanie Graice wyglądało dokładnie tak jak wszystkie inne budynki dookoła, jeżeli nie liczyć kilku zadrapań na drzwiach, wykonanych najwyraźniej jakimś niezbyt ostrym nożem lub żyletką. Z kolei widok z wewnątrz zaskoczył ich odrobinę. Dom Graice okazał się szerokim, ale jednoizbowym i bardzo surowo urządzonym mieszkaniem, mającym za całe wyposażenie jedynie szafkę, garść podniszczonych obrazów wiszących na ścianach, oraz ręcznie pisane kowalskie podręczniki, które z braku miejsca we wspomnianym kredensie znalazły się na ziemi. Materac leżał luzem na podłodze, pozbawiony łóżka. Innych udogodnień, którymi tak cieszyli się pozostali mieszkańcy, zwyczajnie tu nie było.

Na ten widok obaj jej goście spojrzeli po sobie porozumiewawczo. Nietrudno było im się domyśleć, że ten stan rzeczy miał coś wspólnego z nietypową blizną na twarzy Graice oraz chłodnymi spojrzeniami, jakie rzucali jej napotykani po drodze mieszkańcy.

Przewodniczka usiadła na szafce, chrząknęła głośno i nie martwiąc się w ogóle wciąż stojącymi gośćmi, zaczęła przeglądać daną jej wcześniej listę zamówionych dóbr. Długo i spokojnie wertowała kartki wzrokiem, podczas gdy oboje jej gości stało w niezręcznej ciszy, wodząc oczami po nieciekawym wystroju wnętrza. Trwało to dosyć długo, nim kobieta skończyła przeglądać spis uzbrojenia i raczyła się odezwać do wciąż stojącej w niezręcznej ciszy pary.

-A więc to wszystko co zamawiacie? – powiedziała w końcu, składając listę na czworo i odkładając z powrotem do kieszeni. - Sporo. I zapewne nie macie czym za to zapłacić, czyż nie?

Daniel i Binna spojrzeli po sobie w zakłopotaniu. Faktycznie, nie mieli. W pierwotnej wersji ich planu zakładali, że uda im się wytargować broń i zapasy w zamian za kawę, którą dostali od ich gospodarza jeszcze w pierwszej wiosce, nim w ogóle wyruszyli. Niestety, kolejna część tego planu zakładała otrzymanie dodatkowego prowiantu z wioski miniętej na bagnach, a to się nie udało, gdyż tamta zwyczajnie nie miała czym ich wspomóc, skoro jej mieszkańców było kilkukrotnie mniej niż ludzi w pochodzie. Z tego powodu obecnie zostały im zaledwie marne resztki, dużo mniejsze, niż spodziewana ilość na ten moment. Obecnie mogli zaoferować co najwyżej trzy, góra pięć kilogramów surowca, a i to były dosyć optymistyczne założenia. Binna wytłumaczyła to pokrótce Graice, a gdy ta to usłyszała, jedynie prychnęła pogardliwie.

-Za tyle, to możecie dostać kilka mieczy wygrzebanych ze sterty złomu. Wasz pomysł nie był zły, wielu zabiłoby tu za kilko kilo kawy, ale nikt nie da za nią aż tyle broni. To co macie starczy wam co najwyżej na zakup prowiantu na dalszą drogę. Jeśli naprawdę macie aż pięć kilo, to wyceniłabym je na jakieś, dwu-trzy tygodniowe zapasy. O uzbrojeniu blisko czterdziestu ludzi na pewno możecie zapomnieć. Więc lepiej, żebyście mieli coś lepszego.

Binna westchnęła ciężka. Rozumiała, o co chodziło.

-Nie mamy pieniędzy, jeśli o to pytasz.

-Właśnie o to. – Mimo pogardliwego tonu, wprawione w negocjacjach ucho Binny wychwyciło ledwo dostrzegalny promyk rozczarowania w jej głosie. - Ale spokojnie, mamy na takich jak wy sposoby. Jeśli nie macie pieniędzy by opłacić sprzęt, który chcecie od nas wysępić, to możecie przysłużyć się nam odpowiednią usługą.

-A czym miałaby być ta „usługa?”

-Budową muru. Jak pewnie widzieliście, dookoła wioski rozciąga się już mały pas umocnień...

-Masz na myśli tą żenującą kupę gruzu, za którą kazaliście nam zostawiliśmy ludzi? – spytał kąśliwie Daniel, za co Binna ukradkiem kopnęła go w kostkę.

-Dokładnie. - Odparła kobieta, nie zważając na przytyk. - Budujemy ją już długo, ale idzie nam jak krew z nosa, bo brakuje nam ludzi. Roboty jest po prostu za dużo i nie dają rady. Dlatego dawno już uzgodniliśmy, że jak tylko pojawią się kolejne darmozjady, chcące zdobyć broń, a tacy pojawiają się tutaj raz na jakiś czas, to zmusimy ich, żeby dokończyli budowę. Wasze zadanie będzie proste: powyrywacie więcej kamieni z pasa ziemi sprzed muru i dotaszczycie je pod kolejne fragmenty umocnień. Tam zajmą się nimi nasi ludzie. Nie pozwolimy przecież dzikusom stawiać tak ważnej budowli.

-I za to dostaniemy naszą broń?

-Zgadza się. Dostaniecie też trochę jedzenia, a i parę monet też się znajdzie, jeśli wcześniej nauczycie się nimi posługiwać. Te ostatnie bardzo się wam zresztą przydadzą, jeżeli zamierzacie iść na wschód, tak gdzie żyją inni ludzie.

Daniel bez chwili zastanowienia uznał, że to najlepsza oferta, na jaką mogą liczyć i już chciał się zgodzić, lecz w słowo po raz kolejny weszła mu Binna.

-Przykro mi, ale muszę odmówić. – powiedziała suchym, rzeczowym i zmęczonym tonem - Przyjęcie takiej propozycji raczej nie leży w naszym interesie.

Graice okazała szczere, nieudawane zaskoczenie i spojrzała na swoich rozmówców z zaintrygowaniem. Daniel zrobił zresztą to samo, a Binna nie mogła nie zauważyć, że na twarzy kobiety siedzącej przed nią na krótki moment pojawił się jakby przebłysk ulgi.

-Czemu? Przecież mówiłaś, nie macie czym płacić. Nie liczysz chyba, że damy wam broń za darmo.

-Nie liczę. Ale nie zgadzam się. Sumienie nie pozwala mi na coś takiego po tym, co było przedtem.

-Nie mów zagadkami. – westchnęła Graice, choć okazując przy tym więcej zaciekawienia niż poirytowania. – Co ci się nie podoba?

-Widzisz, mury są z reguły po to, by odseparować to, co jest z jednej ich strony od tego, co znajduje się po drugiej. Czyż nie tak?

-Tak. Co z tego?

-To, że odkąd tylko tu wyruszyliśmy, nie widzieliśmy nic, co warte byłoby całej pracy i materiałów, potrzebnych do wzniesienia muru. Nie ma tu ani potworów, nie ma dzikich zwierząt, ani nawet obcych ludzi. Skoro tak, to po co wam więc umocnienie, za którym nie macie czego kryć?

Graice przez moment trawiła usłyszane słowa w milczeniu, jakby nie rozumiała, co mają oznaczać, po czym spojrzała na Binnę dosłownie oburzona.

-A co to dla ciebie kurwa za różnica?!

-Nieważne. Powiedz mi lepiej, po co wam ten mur. Co on ma trzymać na zewnątrz? Albo...

Graice przez moment zdawała się bardzo zmieszana, potem jednak odpowiedziała jeszcze większym wzburzeniem, urywając wypowiedź Binny w połowie.

-A co za różnica dla ciebie, pieprzonej przybłędy?! Nie lubią tu takich, co wtykają nosy w nie swoje sprawy, jasne?! Więc zamknijcie się i nie pytajcie o rzeczy, których nie możecie kurwa zrozumieć, jeśli nie chcecie źle skończyć! Co was obchodzi, po co nam mury? Macie go zbudować i się wynosić, jasne?!

Krótka i agresywna tyrada Graice, zakończona kilkoma nerwowymi wdechami, nie zrobiła na Binnie specjalnego wrażenia. Jedynie westchnęła od wewnątrz, po czym spojrzała na Graice zmęczonym, smutnym wzrokiem.

-Wielka. Uwierz mi, że to jest wielka różnica. Uwierz mi także, że skrywanie tej twojej tajemnicy po prostu nie ma sensu. Chodzę już dość po tej ziemi, zdążyłam nauczyć się sumować fakty i szczegóły. A także poznawać, kiedy ktoś oddziela świat od siebie, a kiedy chce odciąć kogoś od świata.

Gdy skończyła mówić, nastała krótka cisza. Cisza ta jednak powiedziała Binnie bardzo dużo, w połączeniu z nerwowym wzrokiem Graice, błądzącym po pokoju i nerwowym tarciem zabliźnionej powierzchni swojej twarzy.

-Nie denerwuj mnie. – odwarknęła wreszcie Graice, ale w jej gardle słychać było ściśnięty żal, a nie gniew. - Macie wybudować mur, tak? Więc nie róbcie ze mnie idiotki. Zabierzcie się do pracy, a ty głupia zdziro, nie pchaj paluchów, gdzie nie powinnaś. I wynoś się, już!

Binna nawet nie drgnęła. Dalej wpatrywała się w Graice, teraz jednak w jej spojrzeniu, zamiast zażenowania i niecierpliwości, dało się poczuć także pewne współczucie. Zrozumienie dla kogoś, kto nie może się przełamać, a komu naprawdę chce się pomóc.

-Graice, proszę cię. Nie nadużywaj mojej cierpliwości. Mam już dosyć patrzenia na ludzi, którzy cierpią. Podczas gdy tu szliśmy, straciłam już dwunastu przyjaciół. Dwunastu, których powinnam ocalić, a którzy zginęli. Dwunastu, za których wzięłam odpowiedzialność, a których nie ocaliłam. Nie chcę musieć znowu na to patrzeć. Nie chcę, żeby ginęło jeszcze więcej ludzi. Dlatego proszę cię, pomóż mi. Powiedz tylko, kto i dlaczego chce zbudować mur, który ma uniemożliwić ludziom wyjście stąd.

Graice wpatrywała się w swoją rozmówczynię wzrokiem, który zdawał się spopielać. Dyszała, trzęsła się i raz po raz dotykała rozdygotana dłonią swojego policzka. Binna tym czasem stała nad nią spokojnie i tylko czekała. Wiedziała, że Gracie chce jej to powiedzieć. Że nikt, komu wypalono na jego własnej twarzy dziesięć liter, nie będzie potrafił milczeć. I miała rację. W pewnym momencie przez twarz Graice po prostu przeszła długa, nieprzyjemna błyskawica rozgoryczenia, po której w jej jedynym oka, jakie było do tego zdolne, zalśniła łza.

-Ten mur nie ma przed niczym chronić. – zaczęła wreszcie mówić powoli, cichym głosem, pokonując strach i ściśnięte gardło. - Ma trzymać ludzi wewnątrz. W tej wiosce jest ktoś, a raczej wielu takich, którzy chcą odejść. Nie każdemu, a właściwie to mało komu się tu podoba. Dlatego chcemy... oni chcą, trzymać ludzi w środku za wszelką cenę. - po tym zdaniu jeszcze trochę zniżyła głos, jakby obawiając się, że ściany dookoła mogą mieć uszy. -Oni mają dość tego, że ludzie uciekają. Chcą to zakończyć na zawsze.

-Kim są oni? I kto ucieka? - odpowiedziała Binna, również ściszonym głosem.

-Hutnicy. Ci, którzy mają miejsca w Kuźni. Oni tu rządzą wszystkim. A ci, którzy uciekają, to tak zwani Pomniejsi. Po prostu wszyscy ci, którzy nie pracują w hutach.

-Czemu ktoś stąd ucieka? – po raz pierwszy do rozmowy włączył się Daniel. - Przecież warunki w innych miejscach są jeszcze gorsze niż tutaj. To miejsce to w porównaniu do tamtego miniaturowy raj, nawet w tej połowie, która nie ma dostępu do hut.

Graice wykonała swoją karykaturalna twarzą długą, niesmaczną parodię uśmiechu.

-Nie wiesz nawet, jak bardzo się mylisz. Tam, poza murami nie ma ani kanalizacji, ani prądu, ani dachów, a większość terenu to pustynia, ale wewnątrz miasta życie jest jeszcze gorsze, o czym sami wkrótce się przekonacie. Ale nie przez warunki jakie tu są, tylko przez prawo. W granicach tego miasta, władzę sprawują tylko i wyłącznie Hutnicy. Oni dyktują tu wszystko: styl życia, ilość racji, wodę, miejsce, czas na pracę i odpoczynek, ilość wszelkich przedmiotów, cokolwiek. Nawet to, o czym wolno rozmawiać, albo gdzie wolno chodzić. I stale, dokładnie to kontrolują. Nikomu nie wolno opuszczać terenu bez ich wiedzy, nikt nie może mieć żywności bez ich zgody, żadna rzecz nie może znajdować się w domach bez ich pozwolenia. A wszyscy ci, którzy im się przeciwstawiają, kończą źle. Bardzo źle. – mówiąc to odruchowo dotknęła swojej blizny i okropnie wzdrygnęła się od tego. – Ktokolwiek sprzeciwi się ich woli, nie ważne czy kradzieżą, gardłowaniem, czy zwykłą nieuwagą, od razu kończy pod pręgierzem albo w celi. Albo martwy. Nazywamy się kowalami, ale obecnie to nie metal jest naszym głównym zajęciem, tylko utrzymywanie dyscypliny. Hutnicy trzymają tu reżim doskonały i choć wiedzą, że bez Pomniejszych cała ta wieża Babel się zawali, ale nie zamierzają iść z na żadne kompromisy. Posłuszeństwo albo śmierć, to ich motto. I niektórzy się na to godzą, inni zaś mają tego dosyć. I dlatego uciekają. Z kolei Hutnicy wyłapują tych, którzy próbują uciekać i mordują na coraz gorsze sposoby. Ale z roku na rok i tak dezerteruje coraz więcej, a publiczne egzekucje i okaleczania niczego nie zmieniają. Żadna groźba nikogo nie powstrzymuje, więc hutnicy chcą zbudować mur, który będzie trzymać wszystkich ludzi w środku. Wtedy już nikt nie będzie mógł uciec.

-A więc ta blizna... To właśnie za to? – zapytał Daniel - Za dezercję?

-Nie. Nie za to. – odpowiedziała Graice twardo - Za udział w powstaniu, które wywołali kilka lat temu. Kilkudziesięciu ludzi chwyciło wtedy za broń i próbowało wymusić wyrównanie praw hutników z pozostałymi. Choć była wtedy po drugiej stronie, to byłam także młodą, durną dziewczyną i dałam się zwieść idei równości. Tym bardziej, że wynik od początku zdawał się z góry przesądzony. Pomniejszych było znacznie więcej i mieli dużo nielegalnie zdobytej broni, a od walk była wtedy jeszcze oddzielna kasta, będąca po naszej stronie. Na początku szło pięknie. Już pierwszego dnia, po raptem kilku godzinach walk, hutnicy już wywiesili białą flagę i zaczęli negocjacje. Myśleliśmy, ze udało nam się ich zastraszyć. Nie mieliśmy racji. Po niecałym tygodniu od zaczęcia obrad, na siłę zresztą przez nich przeciąganych, do miasta przybył człowiek nazywany Wisenhertem. Jest on naszym lokalnym... nadzorcą i to on skupuje większość wykuwanej broni. Okazało się, że potajemnie zawiadomili go przez telefon albo krótkofalówkę i przez cały ten czas grali tylko na zwłokę, aż pojawił się tu wraz z posiłkami. A gdy tylko przybył, zgasili cały bunt krwią. Zabili ponad pół setki buntowników w walkach, a potem powiesili kolejne dziesiątki nad siedzibami i zakazali ich grzebać, dopóki liny lub karki nie popękały. A tych, których oszczędzili, skazali na nie mniej okrutne kary. Właśnie wtedy dostałam tą bliznę. – wskazała dłonią własną twarz, szybko i ze strachem, jakby bała się, że ją poparzy. – Nie wiem, kto to wymyślił, ale skurwiel miał poczucie humoru. Gdy wstąpiłam do rebeliantów, miałam właśnie kończyć egzaminy na czeladnika. Dlatego ktoś z wyczuciem żartu uznał, że skoro tak bardzo nie chciałam opuszczać pozycji terminatora, to pozostawi mnie jako Terminatora do końca życia. Przez pięć dni trzymał mnie w więzieniu, i wykonał swój żart przy pomocy żyletek, obcęgów i ząbkowanych noży, polewając rany octem i przypalając ogniem krwawienia. Przysięgam wam, że już nigdy nie zapomnę tamtych kilku dni. Zresztą, nie tylko ja miałam okazję poczuć, jak to jest. Niektórzy mieli kary jeszcze gorsze, jeszcze straszniejsze i bardziej zwyrodniałe, przy których moja twarz wygląda jak odstawienie do kąta. Od tego czasu nie ma tu już żadnych buntów. Tylko ucieczki.

Daniel i Binna milczeli chwilę. Oboje byli przerażeni. I jej cierpieniem i tym, że Wisenhert miał przy sobie telefon, a nic nie wskazywało na to, by musiał to być jedyny artefakt, z jakim mógł mieć styczność.

Graice także milczała, próbując ukryć drżenie dłoni.

Ostatecznie Daniel postanowił dokończyć rozmowę. Trzeba było ustanowić kilka spraw jako jasne, a on nie chciał tego odwlekać.

-Więc prosisz nas, żebyśmy zbudowali mur, w którym powstanie piekło?

Graice najpierw spojrzała na niego z zaskoczeniem, potem zaś spuściła tylko głowę. Jej oczy zdawały się pełne beznadziei. Biło z nich jedno, proste pytanie: "A co mam zrobić?"

Milczała także Binna, która nie miała pojęcia, co odpowiedzieć. Ona wiedziała co Graice teraz czuje lepiej, niż ktokolwiek inny. Daniel za kompletnie tego nie rozumiał, nie chciał rozumieć i nie zamierzał próbować. Widział jednak świetną szansę i wiedział, co należy zrobić.

-Graice, - powiedział, po czym głos zaciął mu się na ułamek sekundy. Zebrał się jednak w sobie, i mówił dalej, pomimo faktu, że w żołądku zatrzęsła mu się kostka lodu. - Czy zdajesz sobie sprawę z tego, co będzie gdy wybudujemy ten mur? Czy rozumiesz jak się to skończy?

Graice nie potrafiła odpowiedzieć. Z jedynego oka, które wciąż było do tego zdolne, pociekła łza.

-Odpowiedz na to pytanie Graice. – kontynuował Daniel - Czy rozumiesz, do czego dojdzie, jeżeli ten mur powstanie? Nikt już nie będzie wtedy w stanie stąd uciec, nikt nie będzie mógł postawić się hutnikom, nikt nie wpłynie na ich decyzje. To będzie koniec. Czy zdajesz sobie z tego sprawę?

Milczenie. Ciężkie niczym tona ołowiu. Binna nie reagowała. Graice także. Daniel czuł, że to, co chciał teraz powiedzieć będzie bolesne i trudne, ale nie zatrzymywał się.

-Graice! Czy rozumiesz? Czy rozumiesz, że wzniesienie tego muru oznacza piekło na ziemi?

-Tak. - odpowiedział mu wściekły, nosowy głos człowieka pchniętego tuż pod granicę wytrzymałości. - Rozumiem.

-Więc rozumiesz też, kto jest za to odpowiedzialny? Kto powinien zapłacić i ponieść karę za piekło, które się przez to rozpęta? I na kogo spada za nie wina?

Kobieta spojrzała prosto w jego twarz. Z jej oczu płynęły gniew, rozpacz i łzy, których nie potrafiła już powstrzymywać. Gdy je zobaczył, zrozumiał jak okrutnie celny był zadany przez niego cios. Dobrze wiedział, że ona myśli, że odpowiedź brzmi "Ja." Ale uśmiechnął się uspokajająco i powoli, oszczędnie pokręcił głową. "Nie, to nie ty" zdawał się mówić.

-Wisenhert. - powiedział. - To Wisenhert. To on jest za to odpowiedzialny. To jego trzeba powstrzymać i zmusić by za to wszystko zapłacił. Ty nie jesteś winna niczemu. I nie będziesz, jeżeli tylko pomożesz nam go powstrzymać.

Graice prychnęła śmiechem, pełnym zażenowania, rozpaczy i pogardy.

-Nie masz pojęcia, o czym mówisz. Gdybyś znał tego człowieka tak jak ja...

-Ależ znam. - Przerwał jej Daniel. - Widzisz, to co wam powiedzieliśmy nie jest do końca prawdą...

Daniel kilku krótkich, ogólnych zdaniach opowiedział jej wszystko, co uznał, że powinna wiedzieć na temat jego, Marka, spotkania z Wisenhertem, ich walki i całej wyprawy. Gdy skończył, ona moment jakby zamarła i popatrzyła na Daniela z takim niesamowitym niedowierzaniem w oczach, jakby powiedział właśnie, że zamierza swoim mieczem zestrzelić słońce.

-Jesteście szaleni! Przecież on... przecież Wisenhert... jego w ogóle nie da się pokonać! On ma ludzi, ma broń, artefakty, całą armię, zbrojenia, konie, plany... on jest...

-Jest czym? – wszedł jej w słowo Daniel. - Królem? Tytanem? Czołgiem? Nie sądzę. Za to na pewno jest człowiekiem. A ludzi, z tego co widziałem, da się całkiem łatwo pooranić. I nie martw się, nie on jedyny ma armię do dyspozycji. A broń można zdobyć. W tym właśnie masz nam przecież pomóc. I pomóc możesz także sobie, a przy okazji bardzo wielu innym ludziom. Musisz tylko tego chcieć. Chcieć uciec z tego więzienia i sprawić, by wszyscy za nie winni odpłacili za grzechy. Przekonać się co by było, gdyby powstanie zakończyło się sukcesem. Sprawiedliwości. Nie chcesz tego?

Graice spojrzała na niego niepewnie, ze strachem w oczach. Szereg poparzeń pod jej okiem rozciągnął się, gdy otwierała ze zdziwieniem oczy.

-Zdajesz sobie sprawę z tego, co stanie się, jeżeli on was zwycięży?

-Owszem. Wiem, co się stanie. I wiesz co? Ja... też się boję. Boję się tego, co zrobi mi, jeżeli nie zwyciężę. Co będzie, jeżeli zawiodę. Co stanie się z tymi, z którymi podróżuję. Ale przecież nie mogę tak tego zostawić. Nie po tym, jak tuzin moich ludzi oddał życie, żebyśmy doszli aż tutaj. Jeśli tak zrobię, to tak jakbym pozwolił mu wygrać, uciekł od odpowiedzialności za to, co zrobił mnie, mojemu ojcu, tobie i nam wszystkim oraz całemu mnóstwu innych ludzi. A ty tego chcesz, Gracie? Chcesz pozwolić mu wygrać? Oboje wiemy, że wolno tak tego zostawić. Dlatego my zamierzamy się zemścić. A ty musisz tylko nam w tym pomóc.

Daniel powoli, ze strachem wyciągnął swoją dłoń przed twarz kobiety, i przez długą chwilę trzymał ją nieruchomo. Gdyby był jeszcze trochę starszy i lepiej znał ludzka naturę, wiedziałby, że siedząca przed nim kobieta, choć pełna strachu i wściekła, już w chwili gdy opowiadał jej o swoich planach dawno zdążyła podjąć swoją decyzję. Już w momencie, gdy pierwszy raz usłyszała z jego ust słowo „zabić”, gdzieś w głębi siebie już wiedziała. Nieważne jak wysokiej ofiary będzie to wymagać, nieważne ile będzie trzeba zaryzykować, ona zrobi to, by głowa tego skurwysyna trafiła na pal. Że chce móc odpłacić za wszystko, co jej zrobił i czego ją pozbawił. Wiedziała, że to zrobi. W czasie gdy on mówił, ona czekała już jedynie na odpowiedni moment. Na słowa, które pozwoliłyby jej przełamać swój wewnętrzny opór. Na znak.

I ten wreszcie nadszedł, w postaci wyciągniętej dłoni Daniela. I choć potrzebowała na to jeszcze bardzo długiej chwili, w końcu ją uchwyciła. Uśmiechnęła się przy tym gorzko, czując, jak z każdym potrząśnięciem ich dłoni zbliża się do swojego świeżo przypieczętowanego grobu. Mimo to na jej okrutnie zmęczoną, karykaturalną twarz jakoś przebił się lekki, nieśmiały promyk nadziei. Prawdopodobnie pierwszy taki od miesięcy, albo może i nawet lat. Daniel uśmiechnął się, puszczając jej dłoń.

-Więc zgadzamy się? Razem, przeciw wspólnemu wrogowi?

Graice popatrzyła na niego niezwykłym u niej spojrzeniem. Przez myśl przeszło jej tylko, że człowiek ten jest albo wybitny, albo kompletnie szalony.

-Dokładnie. Razem, przeciw temu skurwielowi. A więc, czego potrzebujecie?

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania