Krwawy Szlak, rozdział dwudziesty szósty - Historia Asha, cz. 1/2

Dwie godziny później, po obfitym posiłku i długiej rozmowie z ich gospodarzem, Daniel, Wirmir i Ash zabarykadowali się w przydzielonym im pomieszczeniu. Był to niemiłosiernie mały, dziecięcy pokoik, wyraźnie zaplanowany dla tylko jednej osoby na raz. Upchnięta tak trójka, gdyby urodziła się kilkadziesiąt lat wcześniej, zapewne pomyślała by, że to są jak w zatłoczonym autobusie. Ale nikt nie narzekał. Sami wybrali taką opcję. Gdyby tylko zdecydowali inaczej, każdy z nich mógł by spać teraz w oddzielnym, przeznaczonym tylko dla niego pokoju.

Brotjew był mocno zaskoczony, gdy usłyszał, że Daniel i jego przyjaciele chcieli dostać jeden pokój, by omówić kilka „spraw gildyjnych”. Tłumaczył im, że wszystkie pokoje po salonem u niego raptem dwuosobowe, ale oni nalegali. Chłop spełnił więc ich zachciankę. Wyszedł ze zdrowego chłopskiego założenia, że pańskie obyczaje są ponad plebejski rozum i nie ma po co ich kwestionować. Byli mu za to szczerze wdzięczni.

Siedzieli więc wspólnie w małym, jednoosobowym pokoiku, którego cała powierzchnia z trudem starczała na trzy przedwojenne śpiwory, rozłożone na podłodze. Na ścianach wisiało też kilka półek, ale wszystkie zawale były już bez pamięci każdym możliwym bibelotem, jaki tylko człowiek mógł przynieść z ruin.

Ale ani Wirmira, ani Daniela, ale już na pewno Asha nie interesowały w tym momencie przestrzeń, śpiwory czy ustawione na półkach babiloty. Wszyscy trzej siedzieli teraz w kątach pokoiku, mimo podkulonych nóg niemalże stykając się ze sobą stopami, i patrzyli nerwowo na Asha. To on zajmował teraz całą ich uwagę.

Wirmir trzymał swój różaniec i obracał go nerwowo w palcach. Daniel wyciągnął miecz, po czym zaczął zeskrobywać z niego paznokciami kawałki rdzy, starając się zignorować dziwne uczucie, że robi coś nieodpowiedniego. Ash jedynie patrzył w podłogę, skubiąc nerwowo końcówkę swojego krótkiego zarostu. Atmosfera była bardzo, bardzo nerwowa.

- A więc? - Zaczął po pewnym czasie Daniel. Zabrzmiało to znacznie bardziej szorstko, niż zamierzał. - Nie zmuszaj mnie, żebym zadawał pytania, które i tak znasz.

Chłopak nie odpowiedział. Patrzył na Daniela z przestrachem i wodził dłońmi po twarzy, wciął jednak milczał.

Czekali przez kolejne kilka minut w idealnej ciszy, ale Ash nie zdecydował się mówić. Daniel zaczynał tracić cierpliwość.

- Dobra, jak chcesz. Zapytam. Ash, skąd u diabła ten mężczyzna znał twoje imię? Kiedy się poznaliście? I co ważniejsze, czemu spodziewał się, że będziesz z Wisenhertem? Czy ty jesteś jakimś…

- Dobra Daniel. Wystarczy – przerwał mu wreszcie Wirmir. Następnie sam zwrócił się do chłopaka.

- Ash, proszę cię. Żaden z nas nie chce twojej krzywdy. Prosimy cię tylko, żebyś podzielił się informacjami. Informacjami ważnymi dla nas wszystkich.

Zapytany przełknął głośno ślinę i odetchnął głęboko. Jego oczy szkliły się lekko, ale głos pozostał spokojny. Choć naprawdę wolałby być teraz gdzie indziej.

- To wam się nie spodoba.

- Nie podoba mi się tu już zbyt wiele rzeczy. Jedna więcej nie zaszkodzi. - parsknął Daniel. Wirmir powstrzymał się od komentarza.

- To także bardzo długa historia. Praktycznie całe moje życie. A przynajmniej ta część, którą pamiętam.

- Mamy dużo czasu, Ash. – Uśmiechnął się Wirmir. - Dosłownie całą noc. Opowiedz nam o wszystkim. Od samej wojny, jeżeli musisz.

Ash raz jeszcze spojrzał po towarzyszach i odetchnął po raz kolejny.

- Dobrze. Opowiem. Ale dajcie mi kilka minut na zebranie myśli.

- Oczywiście. Ile tylko chcesz.

Za oknem słychać było ujadanie wilków i ryki nienazwanych jeszcze stworzeń. Kilka metrów dalej kilkoro ludzi spało właśnie, chrapiąc snem sprawiedliwych. Stara, ręczna latarka, zawieszona u sufitu, bujała się lekko na długim sznurze. W pokoju obok, oddzielonym jedynie cienką drewnianą dyktą, dawny Przewodnik czekał, aż potwierdzi się to, co wiedział już od dawna. Za oknami królowała czerń. Ash siedział i bardzo długo milczał. Tak długo, że Daniel zastanawiał się już, czy to wszystko nie jest jedynie jego grą na zwłokę. Poczuł pewną ulgę, gdy jego przyjaciel podniósł wreszcie wzrok i zaczerpnął oddechu. Wreszcie zaczął mówić.

- Powiedziałem wam kiedyś, jeszcze tam na bagnach, że wszystkiego co umiem nauczył mnie mój ojciec. Ale to mniej niż półprawda. Mój ojciec, choć szczerze próbował, nie nauczył mnie praktycznie niczego. Był samotnym, słabym, nie znającym dziczy człowiekiem. Nie wiem, co robił przed wojną, ale nie było to warte zbyt wiele pośród stepów. Wszystko, czego zdołał mi przekazać, to garść prostych sztuczek, których sam nauczył się z doświadczenia. Jak się ukryć, jak przeszukiwać ruiny, które grzyby i jagody można jeść, sposoby na suszenie jedzenia. To były tylko podstawowe pojęcia, ale nic więcej nie miał. To i kilka sztuczek takich jak czytanie czy liczenie. Jego jedyną cenną umiejętnością były łuki. Interesował się nimi kiedyś, w tamtym świecie, więc pokazał mi, jak należy ich używać. Niestety znał tylko podstawy, nie rozumiał też, jak się je wykonuje. Ale starał się zrobić co tylko mógł. Stale powtarzał mi też swoje trzy złote zasady. Zawsze się ucz, bez przerwy szukaj przyjaciół i wykorzystaj każdą szansę, jaką tylko daje mi życie. Wpajał mi to bez przerwy każdego dnia i o każdej godzinie. Kazał mi to powtarzać co noc zanim zasnę. Jak modlitwę.

Ash zamilkł na chwilę i spojrzał na olbrzymi, czarny nocny horyzont. Jego twarz pozostawała nieruchoma, ale widać było, że nie są to przyjemne wspomnienia.

- Jeśli wierzyć temu co mówił mi mój ojciec, żyłem już, gdy wojna dotarła do granic naszego kraju. A gdy pewnego dnia przypadkowy pocisk zniszczył nasz dom, on wyruszył ze mną na rękach. Szukał pomocy w ambasadach, przytułkach i obozach, ale nigdzie nie mógł znaleźć sobie kąta. Wszędzie było już za wielu ludzi, a to nieliczne kilka miejsc, w których nas chcieli, było gorsze niż tułaczka po żywym poligonie. Dlatego błąkaliśmy się z ojcem przez wiele lat, od miasta do miasta, od wsi do wsi, z kraju do kraju. Otaczał nas jedynie brud, choroby, krew i niekończące się pasma gruzów. Tak mi w każdym razie mówił. Na pewno wiem tylko tyle, że gdy wreszcie zatrzymaliśmy się gdzieś na dłużej niż kilka tygodni, miałem dwanaście lat. Wiedziałem to tylko dzięki zabawkom, które ojciec dawał mi na urodzinach każdego roku. Tyle w każdym razie umownie przyjęliśmy. On sam raczej nie utrzymywał rachuby lat w czasie, gdy każdy dzień wyglądał tak samo.

Rzecz w tym, że w końcu trafiliśmy do małej, zabitej dechami wiochy, gdzieś na obrzeżu jakiegoś dawno wymarłego kraju. Było tam tylko kilka domów, trzymających się na ostatnich podporach, parę kiepskich szałasów z gałęzi i mały lasek. To były właściwie gruzy, mogiła, na którą nawet najbardziej zdesperowani żołnierze się nie chcieli się zapuszczać, nawet najbardziej skrupulatni fanatycy nie chcieli już wyniszczać. A to było wszystko, czego potrzebowaliśmy.

Mieszkało tam już kilku ludzi, dokładnie takich jak my. Odrzuconych ze wszystkich obozów, zdradzonych przez swoje rządy i ugrupowania, dawniej żyjących z czegoś, co wtedy nie miało już racji bytu. Byli tam starcy, którzy ledwo już żyli, kobiety z dziećmi na piersi, były też zabłąkane sieroty i praktycznie szaleni, byli żołnierze. Byliśmy w różnym wieku, czciliśmy różnych bogów i pochodziliśmy z różnych krajów, ale jedno nas łączyło. Wszyscy mieliśmy już dość wojny, dawno rzuciliśmy w kąt topory bojowe, chcieliśmy tylko żyć wreszcie w pokoju. Szybko się zaprzyjaźniliśmy, tworząc jedno, wspólne społeczeństwo. Młodsi szanowali tam starszych, starsi nie wchodzili w sprawy młodych, a rówieśnicy po prostu trzymali się razem. Zdobyłem tak grupkę znajomych, miałem nawet kilka miłości. Choć raczej nie takich, z których ojciec byłby dumny. Ale on wtedy nie interesował się mną. Był zajęty dbaniem o naszą małą, smutną mogiłę. Zaczęliśmy uprawiać ziemię, łowiliśmy co wolniejsze ryby, próbowaliśmy nawet wykonać jakieś polowania, a także wspólnymi siłami przywracaliśmy do ładu co lepiej utrzymane domki, mając nadzieję pewnego dnia znów w nich zamieszkać. W ciągu kilku tygodni ja i mój ojciec nauczyliśmy się uprawiać grządki, pleść sieci i budować szałasy. Nie było lekko, ale radziliśmy sobie. Także potem, gdy pojawiła się ta dziwaczna łuna na niebie i nagle zjawiły się potwory. Wtedy wielu z nas nieźle już polowało, więc niewiele się zmieniło. Po prostu zwierzyna zrobiła się dziwniejsza. A ojciec wciąż powtarzał, żebym ciągle się uczył, szukał przyjaciół i chwytał każdej okazji. Teraz wpajał to już nie tylko mnie, ale też wszystkim dzieciom w naszej społeczności. Jego trzy złote zasady, od których „zależeć będzie przyszłość świata”. Nigdy mu się to nie nudziło, a ja absolutnie mu wierzyłem. Inni zresztą też, chociaż chyba nie aż tak gorliwie. Gdy tylko mieliśmy taką okazję, siedzieliśmy nad małym okolicznym strumieniem i rozmawialiśmy o tym, co może się jeszcze wydarzyć. Kim możemy zostać. Wiecie, to chyba były najszczęśliwsze momenty w całym moim życiu. Wszystko było wtedy proste.

Wirmir i Daniel spojrzeli po sobie nawzajem. Obaj pomyśleli dokładnie o tym samym. Ale to starzec wypowiedział tę myśl na głos.

- Całkiem jak my u Binny.

Ash zaśmiał się niewesoło trącił nogą małą lalkę, leżącą u jego stóp. Żałował teraz odrobinę, że oddał swój oręż Brotjewowi na przechowanie. Może i on czułby się z nim spokojniejszy.

- Sprawa zmieniła się jakieś trzy lata temu. Do naszej wioski podjechał wtedy pewien mężczyzna na wielkim, czarnym koniu, ściskający w ręce grubą drewnianą gałąź i noszący starą, podniszczoną kurtkę. Był ranny, wyraźnie wygłodzony, zmęczony i brudny jak siedem nieszczęść. Od razu dało się poznać, że nie jest przyjaźnie nastawiony. Za nim jechało jeszcze kilku innych, dokładnie takich samych jak on, tyle że zamiast pałek ściskających noże. Było tak także kilka luźnych koni bez siodeł i uzd, podążających za czarnym wierzchowcem.

Nie baliśmy się. Gdy tylko go zobaczyliśmy, wyszliśmy z chałup i przyszliśmy się przedstawić. To nie byli bynajmniej pierwsi zbójcy, jacy nawiedzali naszą małą społeczność. Wiedzieliśmy już mniej więcej, jak się z nimi obchodzić. Mieliśmy trzy zasady: Daj im czego chcą, zachowaj spokój i nie okazuj strachu. Robiliśmy tak zawsze i to z reguły działało. Dlatego i tym razem wyszliśmy na spotkanie i zapytaliśmy, kim są i dokąd wiedzie ich droga. Mężczyzna na czarnym koniu odpowiedział, że gadać będzie tylko z dowódcą. Zaskoczyło to nas, ale się nie sprzeczaliśmy. Jak chciał tak chciał.

Daniel spojrzał na Asha spokojnym, zmęczonym wzrokiem, nie przestając przy tym czyścić miecza. W oczach miał jakby skargę, za samo to, że w ogóle coś takiego wspomina.

- Pewnie domyślacie się już, kto nas wtedy odwiedził?

- Owszem. Mamy pewne przypuszczenia.

Ash uśmiechnął się smutno.

- Jako, że nie mieliśmy w wiosce żadnego dowódcy, to pociągnęliśmy słomki i odprowadziliśmy zwycięzcę na stronę. Tam rozmawiał on z Wisenhertem przez jakiś czas, po czym wrócił, mówiąc, że człowiek na koniu chce dostać od nas zapas jedzenia i połowę wszystkich medykamentów. Wzruszyliśmy tylko ramionami. Dostał co chciał i odjechał, tak jak wielu przed i po nim.

Daniel zatrzymał na chwilę opowieść Asha wzniesieniem dłoni.

- Chcesz powiedzieć, że zapłaciliście Wisenhertowi okup? Tak po prostu? Nie walczyliście, nie próbowaliście się buntować?! Przecież było was więcej!

Ash wzruszył tylko ramionami.

- I co z tego? W tamtych czasach mijało nas wielu zbójców. A walka, nawet z przewagą liczebną, zawsze oznacza straty. Łatwiej było po prosty dawać im czego chcieli i żyć dalej. Czasem przymieraliśmy przez to głodem, ale woleliśmy to niż przymierać od żelaza w brzuchach. A ci którym płaciliśmy, rzadko kiedy wracali. Zapewne dwa czy trzy tygodnie później i tak kończyli rozszarpani na strzępy przez jakieś dzikie zwierzę albo potwora. Tak przynajmniej było z reguły. Z Wisenhertem sprawa miała potoczyć się inaczej. On wrócił do nas po kilku miesiącach, tym razem w dużo lepszej kondycji. Teraz jego kurtka była zszyta, konie wyglądały znacznie lepiej, każdy z jego żołdaków był czymś objuczony, a on swoją byle jaką maczugę zastąpił równym kawałkiem belki albo może ramy od łóżka, nabijanym gwoździami. Znowu zażądał tego samego co poprzednio. Daliśmy. Kilka miesięcy potem wrócił znów i znów, zawsze tak samo. Z czasem, jego wizyty stały się rutyną. Częścią roku.

- A wy dalej nie walczyliście?

- Nie. Z początku niektórzy, w tym ja, się garnęli, przygotowywali nawet bronie, ale większość uważała, że to nie ma sensu. Wisenhert i tak zawsze zabierał nam tylko tyle, żebyśmy wciąż mogli jakoś przeżyć. Walka z nim pochłonęłaby znacznie więcej surowców i ludzi, niż tracilibyśmy przez niego w ciągu dekady. Inni zbójnicy i tak pojawiali się w tym okresie coraz rzadziej, więc na dobrą sprawę nie było aż tak źle. My jednak nie chcieliśmy ustąpić. Przekonał nas do tego dopiero… pewien wypadek.

Ash zawiercił się na swoim miejscu i zmienił pozycję na niezbyt wygodne kucnięcie. Potem westchnął ciężko i na chwilę zakrył usta dłońmi. To chyba tutaj zaczynała się ta zła część historii.

Pewnego dnia, gdzieś około południa, mieliśmy nietypową wizytę. Przybył do nas do jakiś poraniony, jednonogi włóczęga, wlekący się o lasce i brudzący krwią trawę. Gdy tylko wszedł w nasze pole widzenia, od razu zemdlał i padł na samym progu naszej wioski. Zabraliśmy go do jednej z chat, daliśmy trochę wody i opatrzyliśmy kikut najlepiej jak się dało. Wyglądał kropnie. Był bliski śmierci, majaczył w gorączce przz kilka dni i miotał się jak szaleniec, ilekroć ktokolwiek do niego podchodził. Gdy się obudził, zapytaliśmy co mu się przydarzyło. Twierdził, że w wiosce oddalonej o dwa dni drogi od naszej doszło do powstania. Dwudziestu mężczyzn, uzbrojonych w samodzielnie zrobione dzidy i maczugi, stanęło przeciw Wisenhertowi i jego pięciu zbirom. I przewagi, i tak zostali kompletnie rozgromieni, stracili około ośmiu ludzi i poddali się z kretesem. On był jednym z tych, którzy przeżyli. Jako karę za bunt odpiłowano mu nogę, pobito, a potem kazano bez żadnych opatrunków poza opaską uciskową iść aż do naszej wioski. Miał przekazać wiadomość. Pokazać, że żaden opór nie będzie tu tolerowany.

- Okropne - powiedział współczująco Wirmir.

- Tak. Zdecydowanie - powiedział Ash ponuro. - Ilekroć wracam do tamtego dnia, nie mogę pozbyć się myśli, jakim byłem idiotą, próbując zaaranżować własne powstanie. Według jego zeznań, w tamtej grupie był dwudziestu dorosłych mężczyzn, nawet jeżeli byli niewprawieni w walce i mieli tylko prymitywną broń. Nasza tymczasem składa się z samych młodzików, w tym kilku dziewczyn, a broni nie mieliśmy praktycznie w ogóle. Wiesz, ilu nas było razem? Siedmiu.

Ostanie słowo wypowiedział powiedział powoli, z nienormalnym spokojem, jakby było jakąś samoistną karą za coś. Potem westchnął bardzo, bardzo głęboko. W oczach szkliły mu się łzy, ale jego głos pozostał spokojny.

- Potem. - mówił dalej, zbolałym i nerwowym głosem. - Do wioski znowu przybył Wisenhert. Był dużo wcześniej niż normalnie, w może cztery tygodnie od ostatniej wizyty. Wtedy już od dawna uważał się za króla. Baliśmy się, bo byliśmy pewni, że będzie chciał nam dać jakiś dodatkowy podatek i opróżnić nasz praktycznie pusty spichlerz. Kiedyś to było dla nas normalne, ale w tamtym czasie zbójców już prawie nie było, więc my odwykliśmy od przymierania głodem i leżenia w gorączce bez lekarstw. Ale on powiedział nam coś innego. Coś znacznie gorszego. Zakazał posiadania jakiejkolwiek własnej broni wykonanej z metalu. Nawet siekiery czy kosy. Twierdził, że od ochrony są jego ludzie i nie potrzeba im żadnego żelastwa. Byliśmy tym przerażeni. Prosiliśmy, błagaliśmy, mówiliśmy, że nie ma mowy, że potrzebujemy broni, że musimy chronić się przed potworami i dziką zwierzyną. Baliśmy się, że wrócą czasy, w których praktycznie każdej nocy ewakuowaliśmy całą wioskę, a jeden niedźwiedź mógł pożreć całe nasze zapasy ryb i pszenicy. Wisenhert, niestety, był nieugięty. Powiedział, że od dziś wszystko co może posłużyć za broń, z wyłączeniem kamiennych narzędzi do uprawy roli, ma trafić do jego rąk albo w ogień, a komu się to nie podoba, może podziękować powstańcom z wioski obok. Albo dołączyć się do Janczarskiej Chluby.

- Do czego? – zapytał Daniel.

- Do… Do grupy żołnierzy, którą dowodził. Tą, która jeździła aż dotąd po kraju, zbierając od ludzi podatki. Tą samą, którą kilka dni wcześniej stłumiła powstanie w wiosce obok. Tą samą, którą napotkałeś, gdy jakiś miesiąc temu wjechałeś do wąwozu.

Daniel nie wierzył w to, co usłyszał.

- Pozwolił wam przyłączyć się do jego zbójów?!

Ash skinął głową. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć.

- Zgadza się. Wciąż jeszcze miał z sobą kilka luźnych koni, zaproponował nam więc, żebyśmy przyłączyli się do jego straży. Obiecał nam sprzęty, podróże, własnego wierzchowca. To i wiele innych rzeczy. Zapewnił nawet, że pozwoli nam zawrócić do domu w każdej chwili, jeśli uznamy, że zawędrowaliśmy już za daleko. Nie wspominając już o tym, ile razy zapewniał nas, że wypełnimy w ten sposób swój patriotyczny obowiązek i pomożemy ojczyźnie.

- Ktokolwiek się na to zgodził?

- Tylko jedna osoba.

- Dobrze, że tylko tyle.

Ash wziął głęboki oddech. Wyglądał, jakby zaraz miał zerwać sobie plaster.

- Daniel… Pamiętasz, co ojciec powtarzał mi każdej nocy? Pamiętasz jego trzy złote zasady? Przed chwilą ci je mówiłem.

Daniel spojrzał na niego ze zdziwieniem. W pierwszej chwili nie zrozumiał, co Ash ma na myśli.

- Bez przerwy się ucz… - zaczął.

- … ciągle szukaj przyjaciół … - podjął Ash

- …i zawsze wykorzystuj okazję. – dokończył Wirmir

W pokoju zapanowała cisza. Daniel patrzył z powiększającymi się oczami. Wirmir milczał. Ash uświadomił sobie nagle, że wstrzymuje śmiech.

- Więc… gdy Wisenhert was powołał…

- Miałem w głowie właśnie te trzy zdania.

Daniel patrzył na niego bez wyrazu. Czekał, aż Ash dokończy. Aż dźgnie go w samo serce.

- Dołączyłem do Wisenherta. Byłem Janczarskiej Chlubie Daniel. W tej samej jednostce, która zabiła twojego ojca.

W pokoju zapanowała kompletna cisza. Daniel miał wrażenie, że słyszy serce walące w jego klatce piersiowej. W tym momencie, ściskał miecz swojego ojca z całej siły.

Niewiele brakowało mu teraz, by powtórzyć błąd, jakiego dokonał na pustyni.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania