Krwawy szlak, rozdział Dziewiąty: Upragnione spotkanie, 1/2

Czas pochodu: 3 dni

Stan oddziału: nieznany

 

Na szczęście dla Daniela i całej jego ekspedycji, tubylcy okazali się dość przyjaźnie nastawieni do przybyszów. Gdy tylko zrozumieli, co się dzieje, postanowili rozpalić ognisko, by wskazać pozostałym drogę. Gdy zaś kolejni znajdowali się w bezpiecznej wiosce, szybko prowadzano ich do małej trzyizbowej chatki, służącej za lazaret, gdzie dostawali wszystko, co tylko było im niezbędne, po czym odpoczywali stłoczeni na podłodze, jeden obok drugiego na warstwach siana i koców.

Tak też stało się z Danielem. Chłopak nie był wprawdzie poważnie ranny ani otruty, ale trudy wielogodzinnego pochodu, panicznej ucieczki, walka i droga przez las tak bardzo go wycieńczyły, że potrzebował kilkunastu godzin snu, nim zdołał dojść do przytomności na tyle, by móc z kimkolwiek rozmawiać. Naturalnie, od razu po przebudzeniu nalegał na spotkanie z Binną, jednak wieśniacy, widząc, że chłopak wciąż ledwo trzyma się na nogach, z trudem namówili go, by przedtem zjadł coś i wziął kąpiel.

Śniadanie które mu podali składało się głównie z kompletnie nieznanej mu, dziwacznej, żółtej papki o przyjemnie słonym smaku, oraz małych, czarnych owoców, które przypominały mu trochę skrzyżowanie borówek i malin. Był tam także malutki kawałek króliczego mięsa, niewiększy od filiżanki. Choć biorąc pod uwagę, jak dużo mieli go tubylcy, to i tak rozdawali je nader szczodrze.

Podczas posiłku, Daniel zdążył pociągnąć lekko za język jednego z miejscowych, który mimo sporego pośpiechu związanego z ciągłym napływem nowych ludzi, zdążył szybko powiedzieć mu, że wioska do której trafili liczy dwunastu mieszkańców, którzy chętnie witają tu obcych, jeśli tylko ci nie są wysłani spod ramienia Wisenherta, któremu posłuszeństwo wypowiedzieli dano temu. Dodał też, że nie muszą obawiać się tu potworów, a Gypsa chętnie go przyjmie. Gdy zapytał, czego chcą w zamian za to wszystko, mężczyzna jedynie się roześmiał i stwierdził, że gdyby ludzie tutaj byli tacy przedsiębiorczy, to musieliby się ukrywać. Potem wrócił do swoich obowiązków, a Daniel nie dowiedział się już niczego więcej.

Po skończonym posiłku, wyszedł z lazaretu, żeby móc wziąć kąpiel w stojącej obok budynku bali z wodą. Od razu po przejściu przez drzwi wyjściowe uderzył go zapach mokrej ziemi i zbutwiałego drewna, rozchodzący się po całym terenie wioski. Nie było w tym jednak nic dziwnego, gdyż jak się przekonał, całą osadę stanowił malutki pasek wyrąbanych lub przewróconych drzew, na którym gnieździło się pięć niezbyt widowiskowych szałasów, służących miejscowym za domy, prosta zagroda dla królików, oraz dwie drewniane chatki - jedną był właśnie lazaret, w odległych czasach służący niewątpliwie za domek letniskowy lub pensjonat, drugą zaś, znacznie mniej okazałą, mieszkanie tak długo szukanej gypsy. Całość miała powierzchnię trochę ponad stu metrów kwadratowych, nietrudno więc zrozumieć, dlaczego zapach okolicznej roślinności z taką siłą przenikał do wioski.

Sporej wielkości drewniana balia, wypełniona wodą, stała na świeżym powietrzu, tuż przy ścianie prowizorycznego lazaretu. Ku zdziwieniu miejscowych, Daniel dość nie entuzjastycznie przyjął wiadomość, że kąpać ma się na zewnątrz, ot tak, przy wszystkich. Jako, że jednak nie było gdzie ani jak schować bali, zażenowany faktycznie rozebrał się i kąpał na świeżym powietrzu, obserwowany przy tym przez ciekawski wzrok przynajmniej połowy mieszkańców. A jakby tego było mało, przy drugim końcu bali stała jeszcze niezbyt młoda kobieta, która bez odrobiny skrępowania prała właśnie brudne ubrania w tej samej wodzie, w której właśnie się kąpał, przyglądając mu się przy tym z nieukrywanym zaciekawieniem.

Ogólna sytuacja bardzo krępowała Daniela, ale po wszystkim czego doświadczył od ludzi z tej wioski, nie mógł zdobyć się na to, żeby kazać im od siebie odejść. Zresztą nawet gdyby to zrobił, to i tak nie miał pojęcia, gdzie mieliby iść. Żeby dać mu choć trochę prywatności, wszyscy musieliby wejść prosto w puszczę, a to nie był teren na który powinni wchodzić z byle okazji. Postanowił więc zacisnąć zęby i cieszyć się, że przynajmniej nikt nie zechciał wejść do bali razem z nim, co niewątpliwe zrobiłby, gdyby tylko miał taką potrzebę.

Gdy Daniel wreszcie zakończył swoją kąpiel, opiekujący się nim mężczyzna podał mu ręcznik oraz komplet ubrań, na który składały się względnie normalne, poza tym że ciasne i stare, niebieskie jeansy z lekkimi przetarciami tu i tam, oraz koszulka, która dla odmiany wyglądała jak gdyby ktoś wykonał ją z króliczej skóry zszytej linką, wykonaną z trawy. Tak też zresztą mogło być, biorąc pod uwagę warunki panujące w okolicy.

Swoje stare ubrania kazano mu oddać praczce, która wciąż męczyła się z innymi rzeczami na drugim końcu bali. Daniel zrobił to, zostawiając sobie jednak swoje skarpetki i adidasy, gdyż nie dostał nic w zastępstwo, a chodzenie po podmokłym gruncie boso, niezbyt mu odpowiadało.

Po wszystkich tych zabiegach mężczyzna, który się nim opiekował odszedł do innych pacjentów, polecając chłopakowi by zajął się sobą. Teraz wreszcie iść odwiedzić gypsę, uznał jednak, że słuszniej będzie najpierw porozmawiać z Dantem i Binną. Wprawdzie nigdzie nie widział swojego przyjaciela, ale Binnę wypatrzył szybko, przy zagródce dla królików. Stała oparta o wysoką barierkę i rozmawiała z jakimś człowiekiem. Idąc w ich stronę, Daniel zdążył zauważyć, że tym człowiekiem był odlegle znany mu siedemnastoletni chłopak, mający a imię Ash. Był jednym z uczestników wyprawy, którzy pochodzili nie z jego rodzinnej osady, a z wioski, w której cały pochód się zaczął. Sam zgłosił się do nich na ochotnika, gdy tylko dowiedział się, dokąd i po co zmierzają. Ku zdziwieniu Daniela, był jednym z bardzo nielicznych wyjątków, gdyż większość mieszkańców nie miała zamiaru przyłączać się do wyprawy. Jak dotąd Daniel nie znał zbyt dobrze tego chłopaka, ani też nie przejmował zbytnio jego osobą. Znał go jedynie z widzenia, jak wielu maszerujących w pochodzie.

Gdy Daniel podszedł do Binny, nie za bardzo wiedział, jak zacząć konwersację. Chciał po prostu się przywitać, poczuł jednak, że powinien powiedzieć coś na temat tego, co stało się dzień wcześniej. Była to w końcu w pewnym stopniu jego wina, że rozpętało się wtedy takie piekło. Nie wiedząc jednak, jak zacząć, ostatecznie postanowił na razie zająć się innymi tematami.

-Witajcie. – Rzekł obojętnie. - Wszystko w porządku?

-Z nami tak. – Odpowiedziała mu Binna, po czym urwała na chwilę. Daniel odnotował z niemałym niepokojem, że jej głos jest przerażająco apatyczny, gdy to mówiła. Oczy także, choć skierowane w jego stronę, zdawały się jednak patrzeć gdzieś w przestrzeń, kompletnie nie dostrzegając ani jego, ani świata dookoła, w ogóle. - Jednak reszta ma się gorzej. Nie wiemy co z nimi. – Dodała jeszcze tym samym, trupio zimnym i apatycznym głosem, po czym z powrotem odwróciła się w stronę królików, rzucając im kawałek kawy ze swojego prowiantu. Siedzące za ogrodzeniem zwierzęta nie wydawały się specjalnie zainteresowane czarnymi ziarnami, ale to jej nie zniechęcało. Zdawała się w ogóle nie zauważać niczego dookoła.

Daniel patrzył na to niezwykle zaniepokojony, podobnie zresztą jak stojący obok w milczeniu Ash. Ten drugi nie mógł wprawdzie wiedzieć, jak kobieta wyglądała wcześniej, nie martwił się więc aż tak, jednak Daniela aż uderzyło to, jak bardzo jego przyjaciółka zmizerniała przez ostatnie kilkanaście godzin. Zawsze wyniosła, stateczna i dumna kobieta, teraz wyglądała jak własny cień. Jej oczy były czerwone i podkreślone głębokimi worami, pozbawione krwi usta kompletnie sine, a zapadnięte głęboko policzki dobrze widoczne na wyblakłej twarzy. Sam jej wzrok też zdawał się nieludzko zmęczony, błądzący gdzieś poza realnym horyzontem. Gdy spojrzał na jej palce, zauważył, że mocno drżą. Opierając się całym zmęczonym ciałem o prymitywną barierkę, sprawiała wrażenie, jakby była zwiędła.

Daniel poczuł nagle niesamowity wstyd, gdy uświadomił sobie, że te braki w postawie wzięły się z ciągłego zamartwiania się o jej ludzi. Od przynajmniej kilku godzin, a może i przez całą tą noc, ona stała tak i myślała tylko o tym, jak wielu z nich błąka się właśnie po tych bagnach. W kółko i w kółko zastanawiała się, ilu jeszcze dotrze do tego miejsca, a ilu nigdy już nie zobaczy. Z kim pójdzie dalej, a kogo będzie musiał pożegnać na zawsze. Pytała się bezsensownie kto jeszcze będzie bezpieczny, a kogo posłała na beznadziejną śmierć na nieznanym terenie. To nie dawało jej spokoju ani na chwilę, i po być może całej nocy katowania się takimi rozmyśleniami, w końcu była tak wykończona, że ledwo mogła ustać na nogach. On tymczasem sam nie pomyślał o nich ani razu, odkąd tylko się obudził.

-Ilu naszych ludzi tu dotarło? – Spytał zaraz, jak gdyby chcąc się w ten sposób zrehabilitować się przed sobą samym za wcześniejszą obojętność w tej sprawie.

Binna powoli przeniosła wzrok z bawiących się w trawie królików na Daniela, a w jej oczach na krótka chwilę zajaśniało coś, co wyglądało jak okropne, pełne furii oskarżenie. "Jakich naszych ludzi?" - Zdawała się pytać. Gdy jednak odpowiedziała, jej głos wciąż był absolutnie obojętny.

-Trzynastu. To niewiele, ale wciąż jeszcze przychodzą. Niektórzy w ciężkim stanie, inni tylko bardzo zmęczeni. Trudno powiedzieć, ilu jeszcze się odnajdzie.

-Na pewno wielu jeszcze wróci. – Rzucił na pocieszenie.

-Na pewno. – Potwierdził Ash.

-Być może. Ale nie wszyscy.

Nikt nic nie odpowiedział, jedynie Danie skinął głową. Po chwili także oparł się o barierkę obok niej, i począł patrzeć na obojętnie skubiące trawę króliki. Zapadła chwila niezręcznej ciszy, jako że nikt nie miał ochoty dodawać czegokolwiek do tych przykrych wieści.

-To wy rozpaliliście to ognisko? – mruknął w końcu Daniel

Odpowiedziało mu jedynie skinięcie głową. Bez słów.

-Użyliście do tego magii?

-Tak. Bez tego tak duży ogień pewnie zniszczyłby las.

-Aha. – odparł jeszcze i zamilkł. Po kolejnym długim momencie ciszy, Ash również oparł się o barierkę oddzielającą ich od zwierzaków, i trwali tak we trójkę, oglądając chodzące po kawałku gruntu futrzaki. Daniel powoli zaczynał zastanawiać się, dlaczego właściwie zaczął tą rozmowę. Po co w ogóle podszedł do Binny? Dostał od niej parę informacji, to fakt, ale wiedział, że to nie o to mu chodziło. Tak naprawdę, to nie miał żadnego powodu ku temu, by z nią rozmawiać. Mógł od razu iść do chatki gypsy. Z tym, że podejście do Binny jeszcze przed chwilą wydawało mu się po prostu oczywistą rzeczą, taką, którą robi się zawsze w takich sytuacjach. Nigdy nie myślał, czemu miałoby tak być, po prostu było to dla niego oczywiste. I zazwyczaj chyba faktycznie był w tym jakiś sens. Zawsze gdy się bał lub smucił, po rozmowie z Binną i Markiem świat nagle stawał się jakby mniejszy, spokojniejszy i po prostu mniej upiorny. Czuł się lepiej. Jednak tym razem było inaczej. Teraz, gdy nie było już z nim Marka, a Binna podupadła na sile i dumie, zamiast podnieść się na duchu, poczuł raczej znużenie i smutek. Czuł, że coś idzie bardzo źle, i może naprawdę źle się skończyć.

Nie wiedział, co mógłby właściwie jeszcze dodać. Minęła kolejna chwila, gdy wszyscy wpatrywali się w powolne, grube zwierzęta wędrujące po pasku błotnistej ziemi, każdy obserwator zatopiony we własnych myślach. Potem Daniel uznał w końcu, że prowadzenie tej rozmowy, jeśli w ogóle można było ją tak nazwać, nie ma dłużej sensu, westchnął więc ciężko i odsunął się od barierki.

-Idę zobaczyć się z gypsą. Zdobędziemy wreszcie jakiś postęp w tej szalonej wyprawie.

-Dobrze. - Odpowiedziała Binna, po czym również odsunęła się od barierki, jakby było dla niej oczywiste, że musi iść tam z nim. Daniel nie zabronił jej tego, ale też jej nie poparł. Po prostu odwrócił się i ruszył do drugiego najwyższego obiektu w okolicy. Zrobił jednak tylko kilka kroków, gdy nagle poczuł na barku drobną, twardą dłoń Asha.

-Proszę pana, niech się pan na chwilę zatrzyma. Chciałbym o coś prosić. – powiedział chłopak, a coś w jego głosie sprawiło, że Daniel aż się wzdrygnął.

Spojrzał w jego stronę i po chwili zrozumiał, że powodem tego był respekt, albo wręcz przestrach z jakim ten młody chłopak mówił do niego i patrzył na jego twarz. Wprawdzie przywykł już do tego, że ludzie zwracają się do niego na per pan, ale większość z nich robiła to raczej z grzeczności, głównie dlatego, że był blisko związany z prawdziwymi dowódcami ich grupy. Tymczasem Ash był inny. Zwracał się i patrzył na niego tak, jakby naprawdę wierzył, że to on rządzi ich grupą. Choć, po chwili rozważań Daniel doszedł do wniosku, że właściwie nie jest to teraz aż tak dalekie od prawdy.

-O co chodzi? – zapytał, czując dziwne zdenerwowanie przed pełnym respektu spojrzeniem rówieśnika. Ten w końcu spuścił wzrok, ale tylko na chwilę, po czym z wahaniem znów wrócił nim do poprzedniej pozycji. Wyglądało to tak, jakby bał się patrzeć na Daniela.

-Czy mógłbym iść razem wami? – spytał zduszonym głosem. - Ja także chcę zapytać o coś panią gypsę.

-O co takiego? - spytał Daniel, mimo, że nie wiedział, jakie ma to dla niego znaczenie. Po prostu powiedział co przyszło mu na myśl, wciąż zbity z tropu sposobem, w jaki jego rówieśnik się do niego odnosił.

Ash na chwilę spojrzał się na swoje buty, po czym wyraźnie, acz cicho i z trudem powiedział:

-Chcę wiedzieć, czy w manufakturze kowalskiej, do której zmierzamy, wykuwane są także łuki, proszę pana. – To dla mnie bardzo ważne. - dopowiedział, ze zdenerwowania mocno zaciskając dłonie w pięści.

-Dlaczego ma to aż takie znaczenie? – zapytał z nieukrywaną ciekawością

-Bo moim marzeniem zawsze było bycie łucznikiem proszę pana, tak jak chciał tego mój ojciec. Niestety, Wisenhert nigdy nie pozwalał nikomu na posiadanie broni na własny użytek. Groziła za to potężna chłosta. Dlatego zawsze ćwiczyłem na tym, co sami wykonywaliśmy, a co mogliśmy potem łatwo zniszczyć, tuż przed dniem w którym on nadchodził. Ale to mi nie wystarczało. Chciałem mieć prawdziwy łuk, taki jak bohaterowie, o których ojciec dawniej mi opowiadał. I dalej tego chcę. Żeby móc bronić siebie i innych, właśnie przed takimi jak Wisenhert. Na pewno pan to rozumie, skoro ruszył pan na taką wyprawę. Muszę mieć pewność, że w tej manufakturze odnajdę dobrą broń. Proszę, niech mi pan pozwoli iść. To dla mnie bardzo ważne.

Daniel, zaintrygowany tym wyznaniem, podszedł bliżej do Asha, na co ten aż się wzdrygnął, ale nie spuścił wzroku, ani też nie cofnął się ani o krok. Przez moment obaj mierzyli się wzrokiem, czekając aż drugi coś powie.

-A więc dlatego opuściłeś swoją wioskę i przystałeś do nas? - odezwał się w końcu Daniel. Zaczął myśleć, po co właściwie zadaje te pytania, w zachowaniu Asha było jednak coś, co nie pozwalało mu puścić tego płazem. Potężne przeczucie, że musi się jeszcze czegoś o nim dowiedzieć. – Zrobiłeś to, by zdobyć prawdziwy łuk?

-Tak i nie. - odpowiedział po chwili wahania jego rozmówca. Daniel pomyślał w tym momencie, że to może się źle skończyć, jeżeli zacznie mocniej na niego naciskać. Chłopak aż pocił się ze strachu. - Owszem, odszedłem z wioski, bo chciałem zdobyć łuk, jednak to nie był jedyny powód. Gdybyście nie zmierzali w kierunku tej manufaktury, możliwe, że i tak bym do was dołączył.

-A jaki to powód?

Ash milczał wtedy tak długo, że Daniel zaczął zastanawiać się, czy nie próbuje wymyślić jakiejś wymówki.

-Nie pasuję tam. – powiedział w końcu, zamykając na chwilę oczy, jakby próbował coś z nich ukryć. - Nie mogę się odnaleźć. Mój ojciec zawsze opowiadał mi o starych czasach i wspaniałych królestwach, wielkich wieżach ze szkła, oraz stalowych maszynach które przemierzały niebo, wodę i ziemię. A moja wioska jest po prostu… pusta. Wiem, że tego, o czym mówił nigdzie już nie odnajdę, ale i tak mam już dość siedzenia w tamtym miejscu. Chcę wreszcie zobaczyć, jak wygląda świat poza wioską. Jak tam jest.

-Twój ojciec ruszył razem z tobą?

Natychmiast po zadaniu tego pytania pożałował, że to zrobił. Sam wyraz twarzy Asha po usłyszeniu tego pytania nader jasno wskazał mu odpowiedź.

-Nie. Mój ojciec… nigdzie już nigdy nie wyruszy.

-Przykro mi.

-Niepotrzebnie. To było wiele lat temu.

-Powiedz mi – zapytał jeszcze na koniec - czy... czy to był Wisenhert? – powiedział w końcu, choć nie był pewien, czy powinien był zadawać takie pytanie.

Ash, gdy to usłyszał przybrał wyjątkowo dziwny wyraz twarzy. Nie wydawał się wściekły, był raczej jak ktoś, kto po prostu za dużo już przeszedł, i naprawdę nie chce o tym rozmawiać. Mimo to odpowiedział.

-Matki nie znałem. Umarła przy porodzie. A ojciec... Nie. – wyrzucił siebie, szybko i z trudem. - To nie... nie Wisenhert go zabił. – dodał, a głos zaczął mu się powoli łamać. Zaczął mówić bardzo powoli, by nie jąkać się od ledwo duszonego szlochu. –Ale, to… To już nie ważne, co się wtedy stało. Liczy się fakt, że… ojciec zawsze uczył mnie, żebym robił co tylko się da, by osiągać marzenia. A moim marzeniem jest bycie łucznikiem. Przecież, to dlatego z wami odszedłem.

-Rozumiem. - odparł Daniel, gdy zdążył już przemyśleć wszystkiego co usłyszał, a jego rozmówca uspokoił się na tyle, by móc prowadzić z nim normalny dialog. - Ale co zrobisz, jeżeli okaże się, że w manufakturze nie wykuwają żadnej broni dystansowej? Opuścisz nas? Zawrócisz?

Ash wzruszył jedynie ramionami, nie mówiąc nic. Teraz patrzył już jedynie na trawę, porastającą ziemię wokół jego butów.

-Nie-nie wiem, proszę pana. Nie mam pojęcia.

Daniel milczał przez dłuższą chwilę, po czym uśmiechnął się przepraszająco. Poczuł trochę sympatii dla nowo poznanego przyjaciela, było mu też odrobinę głupio, że tak go wypytywał, nawet jeśli czuł, że ten i tak chciał mu o tym wszystkim opowiedzieć. Klepnął go lekko w ramię, pocieszając go delikatnie, gdy ten ocierał pojedyncze łzy, jakie wyrwały mu się z oczu.

-Dobrze. Starczy już o tym. Chodźmy wreszcie. Mamy kilka pytań do zadania.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania