Krwawy Szlak, rozdział trzydziesty dziewiąty - Kłótnia 2/2

Daniel usiadł na łóżku, zastanawiając się, co właśnie zrobił. Nagle wrócił do starego, dobrze znanego mu stanu. Znów czuł się jak gówno.

Resztę dnia znów spędził na ćwiczeniach, ale te w ogóle mu nie wychodziły. Nie mógł się skoncentrować, mylił każdą pozę, nie oddychał odpowiednio. Moneta, którą postawił na stole, ani razu nie poruszyła się już nawet w jego wyobraźni.

– Dobry Illo – mruczał raz za razem pod nosem, gdy wszystkie jego wysiłki spełzały na niczym. Jednak jeśli Illo go słuchał, to zastąpienie świętym imieniem słowa „cholera” najwyraźniej nie wystarczało, by wkraść się w jego łaski.

Daniel nie zszedł ani na śniadanie, ani na obiad. Choć jego żołądek bardzo domagał się jakiś kalorii, on zbytnio bał się konfrontacji z Eriną.

Zdecydował się zejść na dół dopiero wieczorem, gdy ssanie w żołądku stało się już absolutnie nie do zniesienia.

Gdy znalazł się na dole, czekało go niemałe rozczarowanie. Cała jego głodówka okazała się bezsensowna – Eriny nie było. Ugotowała posiłek, lecz nie miała zamiaru jeść razem z nimi. Zapewne tak jak i on, chciała uniknąć spotkania.

Atmosfera przy stole była bardziej napięta niż kiedykolwiek. Eliot milczał ponuro, Azail patrzył w swoją miskę, nawet Reiner i Greta byli posępni, jakby mniej więcej rozumieli, co się dzieje.

Najbardziej ze wszystkich przejęty wydawał się Rien. W ogóle nie odrywał wzroku od swojej miski, jadł z posępną miną, a jego oczy były zaczerwienione, jakby powstrzymywał płacz. Danielowi wydawało się, że widział nawet jak w pewnym momencie dyskretnie ociera łzę swoją jedyną ręką. Nie spodziewał się po nim takiej uczuciowości.

Gdy skończyli posiłek, Daniel zebrał wszystkie naczynia i zabrał się za składanie obrusu. Azail przez cały czas stał tuż za nim, przyglądając mu się dokładnie.

– Chcesz czegoś? – zapytał w końcu Daniel, bo staruszek najwyraźniej nie miał zamiaru sam zabrać głosu.

– Przepraszam. – Zmieszał się – Zauważyłem tylko, że pokłóciliście się odrobinę z Eriną.

Daniela ta uwaga uraziła bardziej, niż się tego spodziewał. Wiedział, że wszyscy zdają sobie z tego sprawę, ale nie myślał, że ktokolwiek powie to otwarcie.

– Możliwe. Ale tak się składa, że to nasze sprawy. Naprawdę nie musisz się nimi zajmować.

– Wiesz Daniel, jestem opiekunem tej społeczności. Sam Illo powierzył mi misję dbania o was i wasze stosunki, więc...

Gdy na stole nadal znajdował się jakiś nóż, Daniel z pewnością by go chwycił. Zamiast tego odwrócił się do Azaila, chwycił go za kołnierz i wykrzyknął:

– Trzymaj siebie i tę swoją społeczność z dala ode mnie, jasne?! Nie jestem twoim człowiekiem, kapłanem twojego Illo ani żadnym pieprzonym Świetlistym! Rozumiesz to? Rozumiesz, do cholery?!

Azail, nieprzygotowany na taki wybuch, aż pobladł z przerażenia. Pokiwał nerwowo głową, a wtedy Daniel go puścił, wciąż czerwony ze wściekłości.

– Idę na górę – rzucił, zostawiając swoją pracę w połowie. Nikt nie odezwał się nawet słowem.

* * *

Siedząc w swoim pokoju, Daniel długo rozmyślał. Błąkał się od ściany do ściany, wyglądał raz za razem za okno, siadał na biurku, by zaraz wstać. Od ciągłego ruchu mięśnie zaczynały znów mu dokuczać, ale zdenerwowanie nie pozwalało mu usiedzieć na miejscu.

Niestety, jego rozmyślania donikąd nie prowadziły. Doskonale wiedział, co powinien zrobić i żadne przemyślenia nie były mu teraz potrzebne. Po prostu naprawdę, naprawdę nie chciał tego robić.

Spojrzał raz jeszcze na podręcznik, który od jakiegoś czasu gniótł bezsensownie w dłoniach. Mógł spędzić resztę dnia siedząc tu i zasłaniając się swoimi ćwiczeniami, albo wyjść i zrobić to, czym naprawdę powinien się teraz zająć.

Droga do pokoju Eriny zdawała się zająć całe wieki. Czas pomiędzy zastukaniem w drzwi, a cichym, oschłym „czego?” jeszcze dłużej. W końcu jednak Daniel wziął głęboki wdech i zmusił się, by uchylić drzwi, powitany przez niemiłosierne skrzypienie ich jedynego zawiasu.

Erina siedziała na łóżku, plecami do niego, pogrążona w czesaniu włosów. Gdy Daniel wszedł, nawet nie przerwała swojej czynności.

– Erina… – zaczął niepewnie. Nie był pewien, co właściwie chciał powiedzieć. – Ja… chciałbym cię przeprosić. Od tylu dni utrzymujesz mnie przy życiu, a ja obrażam ciebie i twoich przyjaciół. Nie powinienem był tego robić.

Wiedział, że prawdziwa przyczyna jej złości leży gdzieś indziej, ale znalazł żadnych lepszych słów. Erina nie zaszczyciła go żadną odpowiedzią. Zaprzestała czesania włosów, ale poza tym nie zrobiła nic.

– Przepraszam cię – Powtórzył raz jeszcze, w głupiej nadziei, że tym razem to coś da. – Przykro mi, że obraziłem ciebie i twoją wspólnotę.

– Nie jestem zła z to, że ich obraziłeś – usłyszał nagle. Dziewczyna następnie zamilkła na chwilę, jakby wahała się przed wypowiedzeniem następnego zdania. – Byłam wściekła, bo miałeś rację.

– C-co?

– Miałeś rację, Daniel. Nawet bardziej, niż mógłbyś to sobie wyobrazić.

– Erina, nie mów tak. Wyzogota to wspaniałe miejsce, lepsze niż jakiekolwiek mieszkanie w jakim w życiu byłem.

– Ale to jest przytułek dla kalek, zamieszkany przez ludzi bez przyszłości. Choćbym spędziła tu resztę życia, nigdy nie zrobię niczego, co będzie miało jakieś większe znaczenie. Będę jedynie gotować, sprzątać i siedzieć tutaj, starzejąc się w zapomnieniu. Miałeś rację mówiąc, że zmarnowałbyś tu sobie życie.

Daniel nie spodziewał się podobnego wyznania. Nie miał pojęcia, co na to odpowiedzieć.

– Cóż… ty przynajmniej nie będziesz zapamiętana jako ktoś, kto dla prywatnej zemsty zniszczył dobrze prosperujący kraj.

Erina odwróciła się gwałtownie, jakby miała zamiar coś wykrzyknąć. Gdy jednak otworzyła usta, mówiła całkowicie spokojnie.

– Może. Ale przynajmniej umrzesz, wiedząc, że nie marnowałeś czasu. Ja nie mogę powiedzieć tego o sobie. To ty miałeś rację, gdy rozmawiałeś ze mną rano.

Daniel milczał. Kompletnie nie tak wyobrażał sobie tę rozmowę.

– Mylisz się tylko w jednym – ciągnęła Erina – Ci ludzie nie są moimi przyjaciółmi. To po prostu przybłędy, które zjadają efekty moich zainteresowań. Siedzę tu, bo zapewniają mi zapasy i możliwość pozbycia się już ugotowanego jedzenia. Nie ze względu na miłość do nich, ich wdzięczność, czy co dopiero ich boga.

– Erina, ja… – powiedział Daniel, ale sam nie miał pojęcia, co właściwie chciał jej przekazać. – Ja nie chciałem… nie…

Erina jakby złagodniała, słysząc nerwowy ton chłopaka.

– W porządku. To wszystko jest po prostu… głupie. Przeprosiny przyjęte.

– Dziękuję.

– Chcę tylko… – Tutaj Erina zatrzymała się na chwilę, jakby nie była pewna, czy powinna mówić to na głos. – Chcę zadać ci pytanie. Zanim odejdziesz. Miałam zamiar powiedzieć ci to wszystko później, gdy już lepiej cię poznam i dojrzeję do opowiedzenia tej historii. Ale jeśli masz zamiar odejść, chyba nie mogę tracić czasu.

Serce Daniela ścisnęło się w piersi. Więc jednak. Będzie miał okazję, by poznać historię Erina. Liczył się już z tym, że odejdzie, zostawiając tę sprawę bez rozwiązania.

– Czy… czy to jest związane z tym, co zdarzyło się na polanie?

– Tak. Właściwie, to właśnie przez to cokolwiek się tam stało.

– Rozumiem. Chętnie cię posłucham.

– Lepiej usiądź. To długa historia.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania