Krwawy szlak, rozdział szósty: Pierwszy etap

Tempo, w jakim się posuwał się pochód było dla wielu osób zaskakujące. Z reguły wędrówką w jakich uczestniczyli Binna, Daniel czy Dante w ciągu dnia udawało się pokonać raptem kilka, może kilkanaście kilometrów. Za to tym razem, gdy z osady wykluczeni zostali wszyscy niezdolni do przejścia dużych odległości, a pozostałych wyposażono w torby z prowiantem, które wykluczały potrzebę częstego zatrzymywania się by zbierać owoce lub polować na zwierzynę, pochód mógł kroczyć przed siebie szybciej niż kiedykolwiek. Miał w tym swój udział także fakt, że zazwyczaj idący leniwym spacerowym krokiem ludzie teraz starali się dotrzeć do konkretnego celu. A zorganizowany marsz zawsze generuje tempo szybsze niż od bezsensownej włóczęgi.

Dzięki wszystkim tym czynnikom, odległość równą dwóm, a może i trzem dniom ich normalnej wędrówki ludzie przebyli w ciągu zaledwie kilku godzin. Była to naprawdę dobra wiadomość, rokująca na przebycie całości drogi na bagna w ciągu najwyżej dwóch dni, zamiast planowanych początkowo siedmiu.

Jednak oprócz dość szybkiego tempa marszu, sama podróż wyglądała dość typowo. Jak zawsze, przeprawa była monotonna i dosyć spokojna, a większą jej część stanowiło stawianie jednej nogi przed drugą, osłanianie się przed słońcem i odganianie owadów, a czasem także właściwie odruchowe wypatrywanie czegoś co dałoby się zabić, zebrać, wypić lub splądrować. Jedyną szansą na zabicie czasu była rozmowa z kompanami podróży, ale i ta niewiele pomagała, gdy wszystkie potencjalne tematy rozmów ograniczały się do narzekania na ogół spraw do kolegi z boku.

Krajobraz także, ku ogólnemu rozczarowaniu, nie oferował zbyt wielu wrażeń. Jak się okazało, „nowy, wspaniały kraj” o którego pięknie i chwale jeszcze kilka tygodni temu nasłuchali się tyle z ust samego Wisenherta, w kwestii terenu oznacza dokładnie to samo, do czego przyzwyczaiły ich opuszczone przez wszelakich ludzi pustkowia. A nie były to tereny szczególnie ciekawe. Całość krajobrazu stanowiły drzewa ciasno skupiające się w małych laskach, przypominających ściśnięte w grupki przerażone dzieci, oraz bujna, wszechobecna trawa, w której buszowały małe ssaki i owady. Poza tym, oraz okazjonalnie latającymi po niebie ptakami, czy zarośniętymi lejami bombowymi, dookoła nie było dosłownie niczego, na czym warto byłoby dłużej zawiesić oko. Największą atrakcje turystyczną okolicy stanowiły rzadkie wraki różnorakich pojazdów, na których natura i szabrownicy poużywali sobie do tego stopnia, że nie dało się nawet orzec, do czego służyły w latach swej dawno minionej świetności.

Taki stan rzeczy szybko odbił się na większości członków wyprawy, którzy początkowo pogrążeni w bojowym nastroju i zdeterminowani, powoli zaczynali rozumieć, że tak jak wszelkie inne wielkie i małe wyprawy tych czasów, ich misja po zemstę opierać się będzie przede wszystkim na wielogodzinnym, niezmordowanym marszu.

Przez większość czasu wśród wędrujących panowała więc cisza, nuda i znój. Po kilku godzinach drogi obolałe nogi niemal same nosiły ciała przed siebie, obcierające się o skórę tobołki, mimo swej lekkości zaczynały coraz bardziej ciążyć, a myśli zlewały się w jeden odruchowy rozkaz, każący postawić lewą nogę przed prawą.

Taka podróż trwała aż do wieczora, gdy Binna zasugerowała zatrzymanie się na noc, by ludzie mogli odpocząć. Daniel nalegał jednak na przejście kawałek dalej, naprawdę liczył bowiem na dostanie się na teren bagien jeszcze następnego dnia. Binna ostatecznie ustąpiła, pochód trwał więc dalej, teraz wśród szybko gęstniejącego mroku.

Zmuszanie ludzi do chodzenia nocą okazało się jednak niezbyt dobrym pomysłem. Nie tylko ze względu na ogólne zmęczenie, ale także na rosnący w szeregach strach. Za dnia stepy i lasy w jakimś sensie zawsze należały w do ludzi, jednak w nocy ponoć ze swoich nor wychodziło na światło dzienne to, czego normalnie nie można było zauważyć. Istniało wiele legend o tym, co mogło kryć się w cieniu i wychodzić po wschodzie księżyca, a czego żaden człowiek spotkać nie chciał. I nie chcieli tego także ludzie Binny, którzy z każdą minutą stawali się coraz bardziej nerwowi, a co za tym idzie, coraz głośniej i bardziej otwarcie domagali się by zatrzymać karawanę.

Mimo to, Daniel uparcie nalegał na dalsze parcie do przodu, nie chcąc słuchać o zatrzymaniu się i traceniu czasu odpoczynek. Ustąpił presji grupy dopiero po dobrej godzinie od zachodu słońca, gdy atmosfera w tłumie zaczynała zakrawać na zaczątek rewolucji. Potrzeba było aż prawie dwudziestu połączonych, a do tego naprawdę wściekłych głosów by sprawić, by Daniel opamiętał się i zgodził na całonocny postój.

 

Jednak kto jak kto, ale Daniel bynajmniej przerwy tej nie potrzebował. Przeciwnie, obowiązek zatrzymania się i spędzenia kilku godzin w jednym miejscu przyprawiał go wręcz o torsję. I bynajmniej nie chodziło tu tylko o stracony czas. W ciągu ostatnich kilku dni, mimo wciąż słabego ciała, niemal wcale nie zostawał sam, ani tym bardziej nie spędzał ani chwili na jakiekolwiek formie bezczynności. Każda okazja do myślenia o czymkolwiek wiązała się bowiem z niemal automatycznym rozpamiętywaniem przeszłych wydarzeń, których przerażające widma nie chciały opuścić chłopaka ani na moment. Planowanie i praca pozwalały mu je w pewnym stopniu stłumić, więc oddawał się im bez reszty. To był prawdziwy powód dla którego tak niechętnie zgadzał się na postój. Piesza wędrówka przez wiele kilometrów bardzo pomagała mu uporać się ze swoimi demonami, szczególnie że nareszcie miał świadomość fizycznego zbliżania się do swojego ostatecznego celu. Teraz z kolei utknął w miejscu, i miał w nim pozostać aż do rana.

Teraz jednak jego oddział potrzebował odpoczynku, i choć nie chciał tego przyznać, on także.

Przestał więc narzekać na swoją sytuację i poszedł odebrać swoją partię drewienek z kawałków rachitycznego brzozowego lasku, który jego podkomendni sprawnie wycięli w pień. Następnie usypał z nich małe, dość mizernie wyglądające ognisko i przysypał je zebraną wcześniej, zeschniętą w ciągu całego dnia trawą. Ostatnim etapem było wzięcie do rąk wyjątkowo suchego patyka, i tarcie nim o większy kawałek drewna. Zajęło mu to sporo czasu, udało mu się jednak wykrzesać mały obłoczek dymu, od którego powoli zajęła się cała konstrukcja. Daniel poczuł wielką ulgę, gdy wreszcie udało mu się to zrobić. Usiadł na skraju stworzonego przez siebie ogniska, i zaczął masować pełne bąbli ręce.

Wprawdzie mógł poradzić sobie z tym w prostszy sposób, na przykład pożyczając od kogoś zapalniczkę, albo biorąc płomień od ogniska jakiejś innej grupy. Miał też gdzieś paczkę zapałek, trzymaną na specjalną okazję. Ostatecznie mógł nawet poprosić o użyczenie swej mocy Binnę, by ta rozpaliła mu ogień przy pomocy magii. Ale nie chciał robić tego w ten sposób. Po tym co wydarzyło się na tamtej przełęczy, miał przecież zacząć polegać na sobie.

Poza tym, Mark zawsze powtarzał mu, by nie korzystał nadto często z artefaktów. „Technologia – zwykł mawiać - zawsze się prędzej czy później wyczerpuje, niszczy lub zawodzi z innego powodu. Tak jak każdy sprzęt i sztuczka, prędzej czy później obraca się przeciw używającemu. Twoje umiejętności zaś mogą służyć ci zawsze. Zdolności zawsze możesz użyć tam, gdzie innych zawiedzie sprzęt. Jeżeli musisz na czymś całkowicie polegać, wcale cię to nie wzmacnia, a jedynie osłabia z ukrycia.”

Daniel myślał chwilę nad tymi słowami, starając się je zrozumieć. Zastanawiał się, czy Mark sam został kiedyś zdradzony przez artefakty, które nazywał swoją dziwaczną nazwą? Czy uczył go tak postępować, by nie musiał przejść czegoś, co jego samego spotkało nim się poznali? A także; czy cieszyłby się, gdyby wiedział, co jego syn planuje zrobić?

Pogrążony w tych rozmyślaniach zadarł głowę w górę i spojrzał na nieprzebrane miliony gwiazd, wiszące na nocnym niebie. Zastanawiał się, czy może gdzieś pośród nich nie ma teraz Marka, patrzącego na niego wielkim okiem rozpalonej gazowej kuli.

Patrzył na wszystkie gwiazdy, czując ból w rozciągających się mięśniach, ogniskowe ciepło na swojej twarzy i twardy grunt pod swoimi nogami. Biliony kilometrów nad jego głową świeciły niezliczone światła, a on miał wrażenie, że wszystkie są na wyciągnięcie ręki. W tamtej chwili naprawdę wierzył, że święcą dla niego. Że wskazują mu drogę ku jego największemu zadaniu.

Ale na nie patrzył tylko przez chwilę. Potem skierował wzrok na swoją dłoń. Zwrócił oczy na wszystkie bąble i otarcia, jakich nabawił się rozpalając to ognisko. Potem na rzędy odcisków, jakie pojawiły się podczas niezliczonych godzin nauki fechtunku. Przyglądał się w im się bardzo, bardzo długo, a w jego głowie pojawiało się nieskończenie wiele obrazów, z których wszystkie zdawały się wbijać sztylety w jego serce i umysł. Czuł, jak z jego oczu odrywają się łzy. W tych rękach widział miłość, siłę i wszystko inne, czym obdarzył go Mark. Zacisnął swoje dłonie w pięści, a potem obie przyłożył do swojej piersi. Naprawdę cieszył się, że nie rozpalił tego ogniska przy pomocy zapalniczki.

-Skoro Mark by tak nie zrobił – wyszeptał sam do siebie – to, to musiało być słuszne.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania