Krwawy Szlak, rozdział trzydziesty ósmy - Dzień Powszedni 2/2

Ćwiczył aż do popołudnia i chyba powoli dochodził do pewnej wprawy. Miał nawet wrażenie, że zaczyna czuć to ciepłe mrowienie, o którym mówił autor podręcznika. Zaczął się przez to zastanawiać, czy w obietnicach Azaila nie było choć krzty prawdy. Nim jednak doszedł do jakichkolwiek wniosków, jego zajęcia przerwało głośne pukanie do drzwi.

– Mogę wejść? – usłyszał głos Eliota.

– Śmiało. Nie śpię.

Chłopak pchnął drzwi, przewracając je na podłogę. Daniel miał mu zwrócić uwagę, ale zaraz przypomniał sobie, że nie mógł przecież inaczej ich otworzyć.

– Cześć. Azail prosił cię, żebyś zszedł na dół.

– A po co?

– Chciał, żebyś nam trochę pomógł.

Daniel zawahał się przez chwilę, spoglądając na wciąż otwartą książeczkę. Nie specjalnie chciało mu się schodzić na dół, ale głupio było mu też odmawiać. Poza ty, to zawsze była kolejna okazja, by dowiedzieć się czegoś na temat Eriny. Niechętnie, ale zamknął podręcznik zszedł z Eliotem na dół.

Gdy znaleźli się na parterze, Daniel zobaczył pozostałych członków Wyzogoty, stojącą wokół okrągłego stołu. Wszyscy patrzyli na nich wyczekująco.

– A więc jednak przyszedłeś? – zapytał Azail. W jego głosie pobrzmiewało lekkie zaskoczenie.

– A czemu miał nie przychodzić? – zapytał Eliot. Daniel również nie rozumiał, co starzec miał na myśli.

Azail westchnął nagle jak ktoś, kto zapomniał wspomnieć o czymś ważnym. Spojrzał na chłopców z zażenowaniem.

– Widzisz, być może Eliot nie powiedział ci, ale będziemy tu odprawiać dziękczynienie. To do tego potrzebujemy jeszcze jednej osoby.

Daniel popatrzył na niego z dezorientacją.

– A co to jest?

– To, uhm, rytuał religijny. Chcieliśmy, żebyś pomógł nam podziękować Illo za łaski, jakimi codziennie nas obdarza.

Przez moment wydawało się, że Daniel rzuci się na Azaila z pięściami. Jeżeli starzec to zaplanował, w co Daniel w tamtej chwili nie wątpił, to zrobił to naprawdę doskonale. Gdyby to on zaproponował mu coś takiego, na pewno zapytałby o szczegóły. A potem zatrzasnąłby mu drzwi przed nosem, nie chcąc słuchać o niczym takim. Ale teraz był już na dole. Nie mógł przecież teraz się wycofać. Jakie wrażenie by po sobie pozostawił?

Po krótkiej bitwie z myślami, westchnął i podszedł do stołu. Eliot zajął miejsce dokładnie naprzeciw niego, opierając oba łokcie na blacie i kierując wewnętrzne strony obu dłoni do wnętrza kręgu. Pozostali trzymali ręce w takiej samej pozycji, więc Daniel dołączył do nich, starając się przesadnie nie rozpychać. Czuł się nieco dziwnie.

Przez jakiś czas wszyscy milczeli, jakby na coś czekając. Następnie Azail, stojący tuż obok Daniela, zaczął nucić jakąś melodię. Nie robił tego specjalnie głośno, ale w ogólnej ciszy dźwięk był bardzo wyraźny.

Pozostali zaraz podchwycili melodię, śpiewając każdy swoim własnym tonem. Daniel nie dołączył do chóru. I bez tego czuł się koszmarnie głupio, nie musiał pogarszać sprawy.

Wtem, w momencie gdy melodia osiągała swój kulminacyjny moment, Daniel zobaczył coś dziwnego. Przez stół nagle przetoczyły się strugi białego światła, biegnącego od jednego wyznawcy do drugiego, załamując się, ilekroć dotknęły kolejnego łokcia. Daniel patrzył na to z zaskoczeniem. Omal nie krzyknął, gdy wiązka światła odbiła się od jego ręki.

Po chwili błądzenia, wiązki spotkały się, formując znany mu symbol czterech małych okręgów, zamkniętych wewnątrz większego koła.

Nie do końca rozumiał, na co patrzył. Miał ochotę oderwać rękę od stołu i spróbować dotknąć światła, bał się jednak, że zakłóci tym ceremonię. Po chwili ludzie przestali nucić, ale Daniel wciąż miał wrażenie, że słyszy ich melodię.

– O wielki Illo, stworzycielu świata – powiedział Azail, pewnym i uroczystym głosem. – Oto stajemy dziś przed tobą, dziękując ci za twe dary i składając w ofierze czyny, które napełnią cię dumą. Wejrzyj na nas, dzieci zagubione wśród ciemności i prowadź nas do nieskończonej światłości twojego zbawienia!

W tym momencie Azail zawiesił głos, jakby szykował się do wejścia w drugą część przemówienia. Następnie opuścił głowę i zgiął lekko plecy, jakby chciał sprawić wrażenie bardziej „normalnej” postawy.

– No więc, Illo. Chcę ci podziękować za wszystkich ludzi, sprawiających, że nasze życie jest lepsze. Dziękuję ci też za sprawiedliwość i dobroć, jaka zamieszkała wśród nas. Tak samo ja, jak i cała moja trzódka wiele się nauczyła w ciągu ostatnich siedmiu dni. Mieliśmy okazję, by spokojnie przemyśleć nasze życiowe decyzje i zreflektować się na temat naszych poglądów. Jestem pewien, że wielu z nas dzięki temu przemyśli, a może nawet zmieni swoje życiowe cele.

Daniel udał, że nie dostrzega, co Azail próbuje mu przekazać. I tak miał już dość powodów, by dźgnąć go teraz nożem.

Następna odezwała się stara kobieta, stojąca tuż obok Azaila.

– O wszechwiedzący Illo. Dziękuję ci za spokój, jakiego mogę tu doświadczać. Cisza jest wszakże najlepszą muzyką. Jako Piękna, ofiaruję ci krótką melodię, napisaną w imię ciszy.

Tu Maria zanuciła kilka tonów, prezentując swoje dzieło. Daniel nie był pewien, czy miał to być tylko fragment, czy jej praca była po prostu tak krótka.

Następne w kolejce byli Reiner, Greta i Eliot. Pierwszych dwóch rzecz jasna nie odezwało się ani słowem. Daniel uśmiechnął się odrobinę w duchu, gdy pomyślał, że dzięki niemu może się to za jakiś czas zmienić. Eliot zaś mówił jak wszyscy pozostali.

– Dobry Illo, dziękuję ci za ogień, będący źródłem tylu wspaniałych odkryć. Jako Odkrywca, przychodzę dziś do ciebie z pustymi rękoma. Mogę ofiarować ci jedynie kolejny mały krok, który zaprowadzi mnie kiedyś do zapomnianej sztuki przetapiania plastiku.

Po nim głos zabrała Erina. W przeciwieństwie do swoich przedmówców, jej głos był obojętny i jakby zmęczony.

– No więc, Illo. Dzięki, że mogę siedzieć tu i gotować jedzenie. To zaszczyt. I mimo nawet najbardziej upartych nagabywań, na pewno nie zamieniłabym tego na nic innego – Danielowi nie spodobał się sposób, w jaki wymówiła ostatnie kilka słów. – Jako Służąca, cieszę się, że jestem w obecnej i frakcji i zdecydowanie jej nie żałuję. Tak jak i spotkania większości ludzi, z których tutaj żyję.

Następny w kolejce był jednoręki mężczyzna, którego imienia Daniel nie mógł sobie przypomnieć. Uwadze chłopaka nie umknęło, że po przemowie Eriny zaczął nerwowo pocierać twarz swoją jedyną dłonią.

– Illo. Chcę ci podziękować za mądrości, które dajesz nam codziennie. Jako Sądzący, daję ci dziś w ofierze wiedzę, która prowadziła mnie przez życie: Samo odpokutowanie za zbrodnię nie wystarczy, by zmazać twoje winy. Tak długo, jak złość jest w sercach tych, których skrzywdziłeś, tak długo nie zaznasz spokoju. A nieraz może się to trwać w nieskończoność.

Po tym wyznaniu, wszyscy zwrócili oczy na Daniela.

– Hm? – mruknął chłopak. – O co chodzi?

– Powiedz coś – podpowiedział mu szeptem Azail. – Zrób tak, jak wszyscy inni dotąd. Bez tego rytuał nie może się zakończyć.

– Ale nie wiem co…

– Podziękuj za coś związanego ze Świetlistymi, a następnie powiedz o czymś, czego dowiedziałeś się poprzez badanie świata. Opowiadałem ci o nich, na pewno pamiętasz, na czym polega ich praca.

– Nie jestem…

– Każdy z nas jest po części sługą Illo. I jestem pewien, że czegoś się ostatnio nauczyłeś, badając świat dookoła siebie.

Daniel żałował, że dał się w to wszystko wplątać. Postanowił jednak robić dobrą minę do złej gry. Wyprostował się odrobinę, zamknął oczy i przemówił:

– Illo. Dziękuję ci za ruiny, w których kryje się tak wiele niezwykłych przedmiotów. Jako człowiek zastępujący Świetlistego, ofiaruję ci moją wiedzę na temat gwiazd. Wiele można z nich wyczytać. I wiele dowiedzieć się dzięki nim o innych ludziach.

Gdy tylko Daniel skończył mówić, Azail wypowiedział jakieś niezrozumiałe słowo, a zaraz potem linie na stole zgasły. Wszyscy obecni wrócili do normalnej pozycji.

Daniel spojrzał na swoje łokcie, jakby spodziewał się na nich jakiegoś brudu. Czuł się winny. Nie powinien był tego robić.

Za to atmosfera przy stole dziwnie się rozluźniła, przynajmniej jak na standardy Wyzogoty. Ludzie wciąż nie tryskali entuzjazmem, ale widać było, że msza podniosła ich nieco na duchu. Nawet Azail wyglądał na jakby odświeżonego.

– Mogę już odejść? – zapytał uprzejmie Daniel, chcąc jak najszybciej wrócić do swoich ćwiczeń.

– Możesz. Ale może wolisz zostać jeszcze chwilę? Zwykle po dziękczynieniu opowiadamy historie. Skoro nie będzie cię na następnym spotkaniu, kiedy znów będziesz mógł jakiejś wysłuchać?

Daniel zawahał się. Kątem oka zobaczył Erinę, wchodzącą już po schodach. Nie odezwała się ani słowem, ale Daniel czuł, że liczyła na jego poparcie. Chciała pokazać, gdzie ma opowiastki Azaila. Ale Daniel wybrał inne podejście.

– O czym będziesz opowiadać? – zapytał staruszka – Nie lubię zmyślonych bajek.

– Jeśli chcesz, może być coś prawdziwego. Raz na jakiś czas nawet tutaj docierają wieści warte powtórzenia.

– W takim razie, może coś na temat rebelii? Mówiłeś raz, że moja nie była pierwszą. Chętnie posłuchałbym o pozostałych.

Azail spojrzał na resztę zebranych. Oni również wydawali się zainteresowani opowieściami o rebeliach. Starzec uśmiechnął się więc i skinął głową.

– Dobrze. Może być o rebelii.

Daniel pozostał przy stole jeszcze jakiś czas. Azail długo opowiadał o starych powstaniach, dawnych buntownikach i zapomnianych przez czas walkach. Ilekroć kończył jedną historię, prosili go o kolejną. Zbliżał się już wieczór, nim znużeni opowieściami, ludzie rozeszli się, każdy do swoich spraw.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania