Krwawy szlak, rozdział jedenasty: Przez pustynię

Czas pochodu: 13

Stan pochodu: 44

Następnego dnia ludzie wstawali niechętnie i z ociąganiem. Nocny atak chłodu nikogo nie zabił, ale wszyscy byli wychłodzeni, zmęczeni i czuli ogromne pragnienie. Nikt nie miał najmniejszej ochoty na dalszy marsz, nie mogli jednak pozostać dłużej w jednym miejscu, jeżeli mieli nadzieję przeżyć choćby dzień. Po zapakowaniu niezbędnych przedmiotów, ruszyli w dalszą drogę. Tym razem przez noc nie miały miejsce żadne zabawy.

Pochód zaczął się bladym świtem i trwał normalnie aż do południa, gdy pierwszy mężczyzna nie wytrzymał i padł na ziemię, po czym nigdy się już nie podniósł. Tym mężczyzną był Daren, dawny rzeźnik. Daniel naprawdę go lubił, a Dante był kiedyś bardzo blisko z jego siostrą, dopóki pewnej nocy kilka lat temu nie odeszła ona szukać czegoś wśród ruin i nigdy nie wróciła. Teraz oboje rodzeństwo było razem, ale brata nie było jak go pogrzebać, ani spalić. Ludzie zabrali z jego ciała wszystko, co mogło się przydać, po czym poszli dalej, po prostu mają nadzieję, że w dalszej części pochodu to już się nie powtórzy.

Powtórzyło się. Dwa razy. Obie ofiary zostały porzucone na piasku, wcześniej ogołocone z wody, prowiantu i wszystkich palnych substancji. Tym razem byli nimi Natali i Booker, osobliwa para małżeńska, złożona z dawnej magister fizyki i niestabilnego psychicznie idioty, który zapewne nie opuściłby nawet wioski, gdyby nie wstawiennictwo żony. Ciekawe, czy teraz żałowała tego wstawiennictwa. Albo czy czegokolwiek mogła jeszcze żałować.

Po tym jak zemdlała czwarta osoba, zatrzymano karawanę. Zwołana została narada i zaczęto szukać sposobu na ukrócenie tego szaleństwa. Po krótkiej i jednostronnej dyskusji zdecydowano, że trzeba zacząć racjonować wodę i wydzielać prowiant, bo w przeciwnym razie wszyscy na pewno zginą na tej pustyni. Ustalono osoby, które będą nieść zapasy, ludzi do ich wydzielania, i określone, bardzo mikre dawki wody i prowiantu. A gdy wszyscy dookoła zajęci byli ustalaniem szczegółów i planowaniem, jedna postać stała na wydmie, daleko nad nimi i wyrywała z korzeniami małe gałązki cierni, po czym zaczynała, je ssać, by móc przeżyć dłużej bez wody. Ale nikt o tym sposobie na przetrwanie nie wiedział. Tylko Ash. Nikomu o tym nie opowiedział.

Racjonowanie wody pomogło - następną dwójkę omdlałych udało się jeszcze ocucić i odratować. Na razie.

Na kilka godzin przed zachodem słońca wszyscy zatrzymali się pod wielką wydmą, w cieniu której odbyto krótką, niewiele dającą przerwę. Tym razem wszyscy siedzieli w ciszy zmęczeni, ponurzy i śpiący. Mimo to nikt jednak nie odważył się usnąć. Nie chciano ryzykować, że będzie to sen wieczny.

Odpoczynek trwał może pół godziny. Potem znów trzeba było ruszyć w drogę.

Daniel czuł się dziwnie, wstając z powrotem na nogi. Język i nogi były jakby z drewna, ciało zdawało się pozbawione wszelkich płynów, a przed oczami tańczyły mu czarne mroczki. Mimo to jednak wstał, bo wiedział, że w przeciwnym wypadku czekałaby go śmierć. Gdy rozejrzał się dookoła, zobaczył, że wszyscy zdają się czuć dokładnie tak samo. Wszyscy, z wyjątkiem Asha. On dobrze się trzymał. Nikt na niego nie patrzył, i nikt nic nie zauważył, ale on jeden zdawał się jakoś opierać okrutnej naturze. Jakby już to robił. Jakby to znał.

Gdy dochodził kolejny wieczór, wymęczony, ledwo ciągnący się do przodu konwój szykował się już, by stanąć na noc, gdy przechodzili z trudem obok kolejnej wydmy, tak olbrzymiej, że rzucała ona cień na cały pochód. Wiał wtedy lekki wiatr, który powoli, ale nieubłaganie nabierał mocy, zaczął poruszać ziarenkami piasku, małymi wydmami, przemieszczać kawały piachu. Nim ktokolwiek zdążył zrozumieć, co sie dzieje, wydma przechyliła się na nimi, i zaczęła się zapadać. Zginęła od tego jedna osoba, w jednej sekundzie pogrzebana na wieki. Wszyscy pozostali uciekli, w porę ostrzeżeni krzykiem jednego z ludzi, którego twarzy nikt nie dostrzegł w całym tym chaosie. I dobrze się stało, bo ten chłopak nie miałby pojęcia jak miałby wytłumaczyć swoją intuicję.

Tym razem poległym był Razumihiv, jeden z nielicznych dziwaków, którzy wciąż pamiętali, jaki był ich ojczysty kraj i uparcie celebrowali jego zwyczaje. Razumihiv zawsze powtarzał, że jest dumnym Rosjaninem, jakby w dzisiejszym świecie miało to jeszcze jakieś znaczenie. Tym bardziej teraz, gdy był tak samo martwy, jak wszyscy inni ludzie, niezależnie od ich narodowości.

Obóz, który dla wielu z idących mógł okazać się ostatnim, rozbito bardzo późno. O ile raptem dzień wcześniej wszyscy chcieli położyć się jak najszybciej, o tyle tego wieczoru nikt nie kwapił się, by się zatrzymać. Wizja przeraźliwego zimna i bezradnego leżenia pośród ciał towarzyszy była tak przerażająca, że nikt nie chciał stawać i przygotowywać się na powrót do tego piekła, nawet pomimo oczywistego faktu, że w żaden sposób go tym nie odwleką. Strach sprawiał, że ludzie wciąż szli, nawet gdy oczywistym było już, że pora już rozbić obóz. Trwało to tak aż do momentu, w którym Ash nie wytrzymał i podszedł do dowódcy pochodu.

-P-Panie Daniel... Czy nie czas już się zatrzymać? Noc będzie trudna do przetrwania...

Daniel spojrzał wtedy na niego niepewnie; tak jakby chciał o czymś powiedzieć, ale sam nie bardzo wiedział, o co tak naprawdę mu chodzi. Po chwili wahania po prostu skinął głową i wydał ludziom rozkaz zatrzymania się. Pochód ustał, ale przedtem i tak zmniejszył się o kolejne dwie osoby. Tym razem był to Marcin i Torgy, dwóch nieznających się wcześniej młodych mężczyzn, obaj pochodzący z odległych, dawno zapomnianych krajów. Marcin był kiedyś muzykiem i estetą, Torgy prostym murarzem. Dziś zaś obaj byli umarłymi.

Ostatecznie obóz rozbito, ale większość ludzi nie miała już siły ani ochoty na to, by szukać jedzenia lub drewna. Nawet sen zdawał się w jakiś sposób kosztować cenną energię, której szkoda było marnować.

Tym razem, zamiast dawno zapomnianego gwaru rozmów i śmiechu, obóz wypełniły jęki i płacz umierających, lub skazanych na śmierć. Tej nocy, tak samo jak poprzedniej, Binna starała się jak tylko mogła, by podnieść ludzi na duchu i dać im tyle zapasów, ile tylko się dało. Niestety, była bezradna. Wyciągała wodę skąd tylko mogła, magicznie pobierając ją chmur i małych zwierząt, po czym rozdając ją najsłabszym. Starała się także robić zapasy i przygotować schronienie dla jak największej liczby ludzi, ale nie miała szans na to, by uratować wielu. W oczach skrzyły jej się łzy.

Jeszcze gorzej znosił to wszystko Dante. Biedny żołnierz niemal oszalał z samego braku jedzenia i wody, jednak prawdziwym piekłem był dla niego widok umierających przyjaciół. Zrozpaczony patrzył, jak kolejni ludzie giną z odwodnienia i głodu, opadając z sił, przewracając się i nie będąc w stanie stać. Przyprawiało go to o uczucie, jakie czuł po raz pierwszy w całym życiu swoim życiu - kompletną, rozbrajającą bezradność. Nawet w walce z Wisenhertem sytuacja nie przedstawiała mu się tak źle. Tam przynajmniej mógł stawiać opór, nawet jeśli bezsensowny. I gdzieś w głębi duszy czuł, że to wszystko wina Daniela. Nic na ten temat nie powiedział, jednak dosadne milczenie i wściekłe spojrzenia mężczyzny wystarczały, by chłopak czuł się on szczerze nienawidzony.

Daniel z kolei, wiedziony olbrzymim poczuciem winy, zamknął się przez to w sobie, chodząc bezsensownie po okolicy i szukając jakiegoś cudu. W okolicy żadnego niestety nie było. Znalazł jedynie smród, pragnienie i lament, który przynieśli, oraz wydmy i piach, które ich przywitały. I śmierć. Śmierci było co nie miara.

Chodząc tępo po swoim po obozie, obserwował otępiałych i upadłych na duchu ludzi, patrzył na pełne rozgoryczenia i łez oczy, chłonął nieme wyrazy niechęci i skrywanej złości.

Chłopak poszedł dalej, aż do momentu, gdy spostrzegł nagle Asha, siedzącego w samotności i moszczącego się w swoim śpiworze. W przeciwieństwie do reszty, on wydawał się niemalże nienaruszony przez pustynię, uparcie stawiając jej opór. Wciąż wyglądał gorzej niż przed wyruszeniem z puszczy, jednak w porównaniu do usychających i ginących z głodu mężczyzn i kobiet, wydawał się wprost tryskać energią.

Gdy Daniel to zauważył, zaciekawiony podszedł do jego obozowiska, i bez witania usiadł tuż obok jego śpiwora. Ash zauważył go dopiero po chwili, gdy odwrócił się od zazdrośnie strzeżonych resztek swojej wody, której zapas nieprzerwanie kontrolował od samego początku pochodu. Dopiero po dokładnym podliczeniu pozostałych zapasów odwrócił się i niespodziewanie ujrzał Daniela, siedzącego obok niego i patrzącego się w jego kierunku.

-Daniel?... Znaczy, Pan D...

-Mów mi po prostu Daniel, dobrze? – wszedł mu w słowo, po czym zmienił lekko pozycję, by móc z nim wygodnie rozmawiać. – Jesteśmy przecież niemalże rówieśnikami.

-Dobrze. Daniel, co ty tu robisz? Nie powinieneś iść już do kręgu i się ogrzać? Niedługo zrobi się bardzo zimno...

Daniel skinął głową, ale nic nie odpowiedział. Patrzył za to na wszystkie sprzęty i prowiant, bardzo skrupulatnie i przemyślanie rozłożone wokół niego, czym wprawiał Asha w niemałe zakłopotanie.

-Dlaczego się o to martwisz? – powiedział w końcu - Ty tam nie idziesz, czyż nie?

-N-nie... nie idę – odparł na to Ash, spokojnie i jakby we własnej obronie, ale zarazem i z dziwnym przestrachem. Zrobił ruch, jakby chciał się cofnąć, ale leżąc w śpiworze nie mógł tego zrobić. – Nie muszę tam iść.

-Czemu?

-A czy to ważne? – odpowiedział pytaniem na pytanie. Daniel był zdziwiony tym, że uczuł w jego głosie nagłą i potężną niechęć. – Po prostu zostaję tutaj.

-Rozumiem. – odparł po chwili namysłu. – Wiesz co, Ash? Naprawdę dobrze sobie radzisz na tej pustyni.

-Nie sądzę.

-Większość ludzi niema tylu zapasów, co ty. – mówiąc to, popatrzył wymownie na dwie butelki wody, które miał przy sobie - Sześciu już przez to zginęło.

-Przykro mi. Wszyscy dostajemy takie same zapasy.

-Być może. Ty jednak lepiej nimi dysponujesz. Wiesz, gdybyś pokazał ludzio...

-To normalne zapasy. Nie mam więcej niż inni. Ani nic do pokazania. – Powiedział spokojnie, choć z wyraźną wrogością.

-Ale musisz przyznać, że...

-Nie, nie muszę. – odparł, głośno i z naciskiem. Obrócił przy tym głowę tak, by nie musieć patrzeć Danielowi w oczy. – Ja nic nie mam, rozumiesz? Anie jedzenia, ani wody, ani niczego, czym mam zamiar się dzielić. O nic cię nie proszę i niczego nie chcę. Odejdź.

Daniel przez chwilę milczał, zdziwiony ostrym tonem chłopaka. Mimo to postanowił spróbować jeszcze jedne, ostatni raz.

-Ash, ludzie tam umierają. – powiedział, a gdy nie otrzymał żadnej odpowiedzi, kontynuował. – Ty się na tym znasz, widzę to. Znasz się na pustyniach. Mógłbyś pomóc ludziom. Tam czeka kilkadziesiąt osób, które może nie dożyć do rana, a ty...

-Zamknij się. – syknął Ash, ale w jego głosie było więcej rozpaczy niż złości. – Zamknij się wreszcie i zrozum, że nie mogę im pomóc. Nigdy nie mogłem. Po prostu odejdź. Panie Daniel. – powiedział, po czym znów się odwrócił, tym razem ostatecznie.

Daniel, pokiwał jedynie głową, jakby cokolwiek z tego rozumiał, po czym odwrócił się i odszedł. Nim jednak do końca zniknął, Ash klepnął go mocno w plecy, ale bardziej tak, jakby chciał się o niego wytrzeć, niż go odepchnąć. Odwrócił się zdziwiony, ale Ash zachowywał się tak, jakby nie zrobił nic. Nie miał już siły się wykłócać, odszedł więc. Dopiero teraz poczuł, jaki jest zmęczony. Zapragnął jedynie położyć się, i choć pozornie odpocząć od całego tego horroru. Po prostu nie miał już siły. Gdy tylko znalazł się z powrotem w kręgu brudnych, zmęczonych ciał, położył się i zaczął grzebać w ciepłym jeszcze piasku, starając się złapać jak najwięcej ciepła. Do nagłego spadku temperatury zostało jeszcze już niewiele czasu, więc wszyscy szykowali się już na najgorsze. Daniel czuł kurczący się ze strachu i głodu żołądek, bolącą od braku wody głowę i spierzchnięte usta, ale nie miał czym uzupełnić braków w organizmie. Powtarzał sobie tylko, że jutro będzie już ostatni dzień. Potem będą w manufakturze. Będą bezpieczni.

Wyciągnął z kieszeni swoją butelkę z wodą, odkręcił nakrętkę, i chwycił językiem resztkę wilgoci, jaka pozostała na dnie. Z przerażeniem uświadomił sobie wtedy, jak daleka jest jeszcze jego droga. Rozdali już niemal całe racje wody, a czekał ich jeszcze cały dzień marszu. Nie mieli szans na przeżycie. Żadnych. Poczuł, że chce mu się płakać, ale czuł się, jakby w wyschniętych oczach nie było już łez.

Słońce już zachodziło, a ostatnie jego promienie znikały powoli za horyzontem. Daniel leżał na swoim miejscu, tępym wzrokiem wpatrując się w niepodpalony jeszcze stos drewna i ubrań, czekający na moment nastania zimna. Kilka kroków dalej stała Binna, blada i słaba jak kot, szykująca się, by ponownie sprawić, że stos będzie płonąc przez całą noc. Teraz nie przypominała już zwiędłej. Przypominała raczej umarłą.

Daniel odwrócił od niej wzrok, i dotknął dłonią swojego miecza, jedynej pamiątki po Marku. Pomyślał o wszystkim, co jeszcze go czeka, i wszystkich tych przeciwnościach, które będzie musiał przeżyć na tak dalekiej jeszcze drodze. Nie miał już siły. Niemal nie mógł się ruszyć, ręce i nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Mimo podpalenia stosu, nagłe uderzenie zimna było dla niego jak cios pięścią, który wycisnął z niego całą energię. Czuł, że dosłownie umiera. Zamykając oczy, raz jeszcze spojrzał na zachodzące za horyzontem słońce, zacisnął mocno powieki, czekał na koniec. Nie mógł już nic zrobić, mimo kilkunastu osób dookoła i podpalonego stosu, ogarniało go niesamowite zimno, jeszcze gorsze niż poprzedniej nocy. Głęboko w duszy, był już gotowy na to, by znów spotkać swojego ojca.

Ale wtedy stal się cud.

Najpierw piasek w jego okolicy poruszył się, bardzo, bardzo delikatnie. Potem pod jego dłonią zrobiło się nagle dziwnie chłodno, jakby piasek z głębi pustyni nagle znalazł się na powierzchni. Nim ktokolwiek zdążył wstać, piasek dookoła nagle zmienił się w nieregularną, falującą górę, w jednej chwili burząca całą ciszę i spokój dookoła. Daniel zdążył jeszcze tylko pomyśleć krótkie i bezsensowne „Co to j...” nim cały piasek dookoła niego i kilkunastu innych ludzi wybuchnął niczym rozszczepiony granatem, a oni poszybowali w górę.

W jednej chwili, spod chwilę temu spokojnego i ciepłego piasku, wyłoniło się nagle największe, najstraszniejsze bydle, jakie ktokolwiek z tam obecnych w życiu widział. Długi na kilka metrów, bezkształtny worek skóry i stale przemieszczających się kolców nagle pojawił się tam znikąd, zmieniając wydmę w szalony poligon. Bestia pochwyciła w swoje szczęki kilka osób, po czym wzleciała tak wysoko, że wszyscy zobaczyli ja w pełnej krasie. Nie przypominała niczego, co w życiu widzieli.

Przerażeni ludzie uwięzieni przez potwora, zaczęli ciąć zwierzę jak oszaleli, jednocześnie wzywając pomocy od tych, których nie chwycił. Dziesięć par rąk, ściskających głównie kamienne noże i włócznie, jak szalone dźgało i biło bestię, desperacko starając się uwolnić. Daniel stał chybotliwie na obu nogach, pochwycony między parą olbrzymich, krzywych zębów stwora starając się uniknąć zmiażdżenia, poprzez rozepchnięcie tychże zębów jak najdalej od siebie, jednocześnie szczerbiąc swoją broń o co tylko się dało. Próbował wbić ją w podstawy zębów-rogów bestii, ale skóra potwora okazała się tylko trochę mniej twarda od jego kłów, a zardzewiały miecz nie mógł jej uszkodzić. Wszyscy krzyczeli o pomoc, wili się jak węgorze i robili co mogli, byleby przeżyć jeszcze choć sekundę dłużej. Bestia tymczasem wiła się, ryczała i walczyła, starając się znów zagrzebać w piasku, zabierając z sobą ofiary.

Szczęście jednak sprzyjało dziś ludziom. Bowiem potwór, tak przyzwyczajony do polowań na żyjące samotnie pustynne zwierzęta, nie wiedział czegoś, co ludzie wiedzieli od zarania dziejów. Że w grupie są dużo silniejsi. Już po chwili rozpaczliwej walki, ludzie na skórze dziwadła zaraz otrzymali pomoc, złożoną z każdego członka kompanii, jaki tylko mógł ustać na nogach. A choć większość ciała potwora była twarda jak kamień, miękka skóra na podbrzuszu była łatwym celem. Gdy tylko ponad trzydzieści szpikulców i kamieni zaatakowało podbrzusze potwora, ten zwariował, i nie mogąc zrozumieć co się dzieje, bezskutecznie i panicznie starał się wrócić ze swoja zdobyczą pod piach; nic to jednak nie dawało. Spanikowany, zaczął więc ryczeć i pląsać na piasku, starając się zrozumieć, co dzieje się dookoła. Niestety, nawet to mogło nie uratować nieszczęśników, którzy jednocześnie z usłyszeniem przerażonego ryku potwora poczuli, jak ich nogi nagle zaczęły niewyobrażalnie piec i zapadać się w głąb. On ich wchłaniał.

Daniel zaczął krzyczeć. Mimo że chwilę temu był tak blisko śmierci, teraz bał się jak jeszcze nigdy wcześniej. Nie ważne co robił, nie mógł zatrzymać połykającego go potwora. Nie mógł nawet go spowolnić. Mijały sekundy a on zapadał się coraz głębiej, czując jak obrzydliwie ciepła ciecz zalewa każdy centymetr jego ciała, idąc coraz głębiej, wraz z towarzyszącym temu piekielnym mrowieniem. Już po chwili jedynie jego dłonie i twarz wystawały poza okropne cielsko potwora. Nic nie dało się zrobić, a zaraz potem jego stwór pochłonął go do reszty, przyprawiając go tym samym o piekielne katusze. Przez krótką chwilę miotał się tam jeszcze w konwulsjach, walcząc i próbując pływać. Potem była już tylko ciemność.

Tym razem, ratunek jednak zdążył. Dziesiątka ludzi przebiła się na czas i zabiła przebrzydłego stwora, rozpruwając go swoimi ostrzami i wyciągając biedaków na zewnątrz. Tym razem, wszystkich udało się uratować. Gdy w niebo wzniósł się triumfalny okrzyk zwycięzców, z trzewi potwora buchnęła wielka ilość ciepła, a pod stopy ludzi wylała się dziwna, przezroczysta ciecz. Wtedy rozległ się czyjś okrzyk: „przecież to jest woda!” i po chwili obóz wręcz wybuchnął od głosów zdziwionych i rozradowanych ludzi. Potwór krył w swych dziwacznych kiszkach czystą, dająca się pić, przypominająca rzadką ślinę ciecz, na którą ludzie rzucili się bez odrobiny obrzydzenia, pijąc jak oszaleli, a gdy zaspokoili pierwsze pragnienie, pobiegli po butelki i naczynia. Zabity kłąb kolców i skóry dał im dość wody, by mogli uciec z pustyni, a wnętrze jego ciała było dość ciepłe, by w nim spać. Napełniali wodą z potwora wszystko co mieli, od butelek przez foliowe worki, po buty i szmatki, a mimo to zostało jeszcze wiele, wylanej prosto na pustynną glebę.

Ludzie odzyskali dzięki temu nadzieję. Teraz musiało im się udać opuścić ten okrutny teren.

W międzyczasie, gdy dookoła trwało świętowanie i radość, Daniel rzucił się do swoich toreb, by wygrzebać z nich tyle butelek, foli, czy cokolwiek nadawało się do przenoszenia wody. Poczuł wtedy na ramieniu czyjąś drobną dłoń, klepiącą go po barku. Odwrócił się, lecz nim ujrzał twarz tego człowieka, on już odchodził. Mimo to, wiedział kim był. Wiedział, bo wśród krzyków i radości usłyszał wtedy wyrzucone jednym tchem, ciche, nieśmiałe i ledwo słyszalne słowa: „Nie ma za co. Proszę pana.”

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania