Krwawy szlak, rozdział ósmy: krwawy staw

Drugi dzień wyprawy z początku przebiegał bardzo podobnie do pierwszego. Zmieniło się to dopiero około południa, gdy na horyzoncie pojawił się pierwszy kamień milowy ich wędrówki. Tajemnicze bagna, na których odnaleźć mieli rzekomo jedną z gyps – kobiet potrafiących zobaczyć wszystko, co już się wydarzyło.

Fakt, że pokonali odległość konieczną do dotarcia tam w półtorej doby była naprawdę dobrym znakiem, który znacznie podniósł wszystkich na duchu. Morale jednak równie szybko oklapły, gdy pochód zaczynał zbliżać się do skraju bagien. Może i dojście w to miejsce było łatwe, nie można jednak było tego samego powiedzieć o wejściu do środka, a co dopiero przejściu Bóg wie jak dalekiej drogi wewnątrz.

Daniel przypomniał sobie wszystko co słyszał na temat tego miejsca. Rozciągające się na wiele kilometrów w obie strony trzęsawiska były, terenem niesamowicie trudnym do przejścia już z samego faktu bycia pełnymi błota i dzikich roślin, jednak to nie warunki terenowe były największym problemem. Znacznie gorsze od materii nieożywionej było to, co było tam żywe. A tego było istne zatrzęsienie. W tych niezbadanych puszczach nie brakowało tak samo owadów, małych gadów, ptaków i innych pospolitych zwierząt, jak i przerażających potworów, jakich niewielu ludzi widziało, a o których jeszcze mniej miało okazję komukolwiek opowiedzieć. I właśnie te ostatnie wywoływały w oddziale ogromne spustoszenie, mimo że od samej granicy terenu dzieliły ich jeszcze kilometry. Wiele osób słyszało już legendy i podania na temat tego miejsca w minionej wiosce, a w ciągu krótkiej wędrówki dorobione przez nich plotki jeszcze wyolbrzymiały poczucie niebezpieczeństwa. Wyjątkową popularnością cieszyła się wśród nich zasłyszana przez tubylców historia, według której to sam Wisenhert starał się kilka lat temu najechać mieszkańców bagien i wymusić na nich haracz, tak jak robił to wszędzie indziej. Jednak trudność jaką sprawiała mu przeprawa przez, lub nawet naokoło tego miejsca była na tyle duża, że całe karawany wysyłanych przez niego ludzi znikały tam bez śladu, a ci którzy wracali, wyglądali jak śmierć we własnej osobie i desperacko błagali, by nikt, nigdy nie zapuszczał się już w tereny bagien. Tyran pozostawał podobno głuchy na te prośby i przez wiele lat posyłał coraz to nowe jednostki w głąb uroczyska, nim walka i straty setek ludzi, sprawiły, zrezygnował on z pokonywania lasu i ustanowił początek bagien granicą własnego kraju. Czy była to prawda, nie wiadomo. Ale nasuwająca się z tej historii konkluzja była wręcz oczywista - nawet Wisenhert, król i tyran wszystkich okolicznych terenów ugiął się przed tym, co skrywały mroczne, niezbadane zakamarki tego miejsca, a teraz Daniel pchał się tam na własną prośbę, ciągnąc za sobą pół setki ludzi. Taka opowieść nikogo nie podnosiła na duchu.

Jednak Daniel, w przeciwieństwie do Wisenherta nie mógł odpuścić mieszkańcom tych bagien. Dla tego drugiego ten teren był jedynie kwestią zysków, podczas gdy ten pierwszy musiał zdobyć informacje, bez których nie miał szans na odniesienie zwycięstwa w swojej wyprawie. Dlatego on koniecznie musiał zaryzykować życie tak samo swoje, jak i wszystkich przyprowadzonych ze sobą ludzi.

I właśnie dlatego gdy pochód dotarł do obrzeży bagna, słońce wciąż było jeszcze wysoko na niebie. Mimo to wszyscy przystanęli w miejscu, zbytnio obawiając się, by wejść do środka. Nikt nie zdradzał ochoty przekroczenia granicy ciemnych, niezbadanych gęstwin, ale wszyscy byli także bardzo dalecy od odejścia. Ludzie wciąż pamiętali o tym, co wydarzyło się w wąwozie, i nie mieli zamiaru się cofać, jednak to nie wystarczało, by pchnąć ich naprzód. Dlatego stali, przestępując z nogi na nogę.

Jak można było się spodziewać, pierwszy przełamał się Daniel. Już nie jeden raz pokazał, że nie potrafi znieść stania w miejscu, a teraz, tuż przed wejściem do pierwszego etapu swej podróży, wprost nie mógł znieść choć myśli o wycofaniu się. Dlatego to on wszedł w gąszcze na przedzie, a całej reszcie nie pozostało nic, jak tylko wejście za nim.

Już w kilka kroków po przekroczeniu warstwy drzew, ludzi ogarnęła niemal absolutna ciemność. Gruba warstwa liści prawie nie przepuszczała światła, przez co ludzie potykali się o własne stopy. Wokół roztaczała się nieprzyjemna, bardzo silna woń dziwacznych kwiatów i nieznanych roślin, a gęste krzaki raz po raz szeleściły nieprzyjemnie, jakby kryło się za nimi coś, czego lepiej nie spotykać. I jakby to coś właśnie teraz patrzyło prosto na nich.

Marsz był przez teren był trudny. Nogi co raz to utykały w lepkim błocie, ręce i twarze bez przerwy uderzane były przez gałęzie i rosnące dookoła pokrzywy, a różne owady chciwie ssały krew nachodzących ich śmiałków, wchodząc pod przemoczone do reszty i przylegające do ciała ubrania.

Najgorsza była jednak ciemność i cisza. Tak długo, jak nie oddalono się zbytnio od wejścia do lasu, do ludzi wciąż jeszcze docierały słabe promienie słońca, jednak im głębiej wchodzili do środka puszczy, tym szczelniej okalały ich jej nieprzeniknione ciemności. Po niecałej pół godzinie marszu, ludzie nie mogli już zobaczyć nic na odległość większą niż dwa, trzy kroki przed siebie.

Tempo pochodu było niesamowicie wolne, nawet jak na panujące warunki. Wszyscy żołnierze zgodnie zbili się w małą grupkę, która posuwała się naprzód z olbrzymią niechęcia, patrząc ostrożnie na każdy przelatujący cień i poruszony liść. Co mniej mężni zaczęli nawet mamrotać pod nosem o niemożliwie trudnym terenie i przesadnym ryzyku, na razie jednak nikt ich nie słyszał, lub usłyszeć nie chciał.

Także Dante i Binna poczuli na sobie nieprzyjemny klimat bagien, które zmusiły ich do cofnięcia się o krok i poważnego zwolnienia kroku. Ludziom zaczęło zdawać się, że to nie ich strach, a niezbadane, ciemne i rządzące się własnymi prawami bagna nie chciały ich przepuścić. Że one wciąż jeszcze ostrzegają, lecz zaraz mogą zamiast tego przynieść intruzom śmierć, jeżeli przekroczą granicę ich cierpliwości. A granica ta zdawała się już bardzo bliska.

Gdzieś w odległej gęstwinie zahuczał ptak, a echo jego głosu poderwało głowy pięćdziesięciu mężczyzn, przerażonych niczym dzieci. Wszyscy szli coraz wolniej, coraz to bardziej zwalniając, niemal utknęli w sięgającym po kolana błocie. Bagno wciąż jeszcze nie pokazało swoich stworów, a mimo to już zdawało się ich pokonywać.

Jedynym powodem, dla którego wszyscy wciąż brnęli, był Daniel. Teraz to on stał się prawdziwym dowódcą i jedynym zdolnym do oparcia się terrorowi bagna. Na nim, wbrew wszystkiemu, nie robiło ono wrażenia. Nie po tym, co zobaczył kilka tygodni wcześniej. Obraz bladej, twarzy i przerażonych oczu jego własnego ojca, zamordowanego na jego oczach wypalił mu się w głowie już na zawsze, i nic nie było w stanie go przesłonić, ani tym bardziej zmazać. Ani ciemność, ani cisza, ani największe ryzyko. Podczas gdy bagna obdzierały wszystkich jego towarzyszy z siły i pewności, dla niego liczyła się tylko bliskość siedziby gypsy. Możliwość znalezienia się choć o krok bliżej końca tego horroru sprawiała, że stare rany znów się otwierały, teraz jeszcze szerzej niż dotychczas, i raz jeszcze wracała nieodparta potrzebę parcia, dalej i dalej, do przodu, bez końca, aż padnie się ze zmęczenia.

Dlatego właśnie już od chwili wejścia w ten nieprzyjazny, ciemny las, Daniel stał się dla swoich kompanów jedyną iskrą nadziei. Teraz to on nimi dowodził. I tylko on.

Sytuacja robiła się jednak coraz gorsza. Podczas gdy on parł z całych sił, raniąc sobie nogi o kamienie i dłonie o ciernie, utykając w błocie i mdląc ze zmęczenia, cała reszta grupy praktycznie stanęła w miejscu. Pochód zaczął coraz bardziej rozciągać się w czasie. Minęła godzina, druga, trzecia, a oni szli, coraz wolniej i coraz bardziej wystraszeni. Pięćdziesięciu przerażonych ludzi i jeden niezmordowany brnęli przez najgorsze chaszcze, tych pięćdziesięciu było jednak coraz słabsze. Gęsta puszcza bagien to było dla nich zbyt wiele. Zbyt wiele historii i legend, zbyt wiele przesądów i zasłyszanych historii. Strach zwyciężał. Każdy kolejny krok zdawał się im nieść ryzyko śmierci, a wszystkie rośliny kryć za sobą niewypowiedzianie przerażające monstra.

W końcu stało się to, co stać się musiało. Ktoś nie wytrzymał. Po blisko trzech kilometrach wędrówki, wraz z zachodem słońca, Daniel poczuł na barku dotknięcie czyjejś dłoni. Odwrócił się, i zobaczył łysego, śmiertelnie zmęczonego mężczyznę z długą, niechlujną brodą i przerażonym wyrazem brązowych oczu. Mężczyzna ten, choć bał się okrutnie, postanowił powiedzieć wreszcie to, o czym tak wielu zaczęło już myśleć.

-Panie Danielu, musimy zawrócić. Nie damy rady. Musimy natychmiast uciekać.

Gdy padły te słowa, na bagna na chwilę zagościła cisza jeszcze bardziej głucha niż dotychczas. Wcześniej wydawało się, że ciszej już być nie może, ale teraz zdecydowanie tak było, gdy wszyscy z napięciem czekali, na to, co odpowie ich dowódca.

Większość była przekonana, że wybuchnie gniewem. Ale pomylili się. Daniel nie wybuchł, jedynie spojrzał prosto w oczy mężczyzny. Lecz spojrzenie jakim to zrobił sprawiło, że połowa drużyny struchlała od tego widoku.

-Czyś ty kompletnie oszalał? – zapytał Daniel, powoli i bardzo spokojnie, a jednak z głosem tak pełnym zimnego, szczerego gniewu oraz czystej nienawiści, że mężczyzna który się do niego odezwał zdawał kurczyć pod samym jego głosem.- Nie, nie możemy teraz zawrócić. Mamy misję, czyżbyś o tym nie pamiętał? M U S I M Y dostać się do wioski w sercu tego bagna. Nie ma żadnego wyboru, rozumiesz?! I dlatego idziemy dalej! Już!!

To wystarczyło, by żołnierz, który zadał to pytanie opuścił głowę i cofnął o w tłum, mamrocząc przeprosiny. Ale impuls zdążył zostać przekazany. W tłumie zaraz odezwały się kolejne głosy, o wiele śmielsze niż pierwszy. Teraz okazało się, jak wielu ludzi od dawna chciało już zawracać, a było ich mnóstwo. Znaleźli się jednak także i tacy, którzy wciąż chcieli przeć naprzód. I jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, potrzebna było tylko krótka chwila, by zbiorowisko rozpadło się na dwie grupy, a potem jeszcze tylko moment więcej, by między tymi grupami rozpętała się burza. Cisza kompletnie przeminęła. Teraz w głuszy pojawiły się dziesiątki okrzyków.

-Wracajmy! – krzyknął jeden

-Nie, Pan Daniel dobrze gada! Musimy iść! – odpowiedzieli dwaj kolejni

-Przecież nie możemy iść dalej! Zginiemy!!

-Wynośmy się z tego przeklętego bagna!!

-Nic nas nie zaatakowało do cholery! Zapomnieliście już po co tu jesteśmy?! – odkrzyknął kolejny, niebezpiecznie zbliżając dłoń do swojej dzidy

-Nie warto ginąć za tych, którzy już i tak nie żyją!! – odparł następny, otwarcie rozpędzając swój kamień. -Sami sobie idźcie! Ja wracam!

-Nigdzie nie idziesz!!!

-Puść mnie!

-Dotrzemy tam razem!

-Spieprzaj wariacie! – krzyknął jakiś mężczyzna, posyłając pierwszy cios. Krew i zgniecione kości roztrysnęły się po kamieniach. Rozległ się krzyk

-Zdrajca! – wykrzyknął ktoś, wznosząc broń. Odpowiedzieli mu dwaj kolejni, celując w niego swoją.

Masakra wydawała się już nieuchronna. Rozwścieczeni ludzie już, zaczynali rzucać się sobie do gardeł, już mieli zabijać siebie nawzajem, gdy nagle wśród gęstej roślinności rozległ się przerażający ryk, oraz setka przypominających koci syk przemieszany ze świńskim rykiem zewów. To szybko przypomniało ludziom o tym, o czym w gwarze kłótni na krótką chwilę zapomnieli. Była to pierwsza zasada przetrwania - jeśli chcesz przeżyć wśród potworów, przede wszystkim bądź cicho. Nigdy nie wiesz, co możesz wzbudzić. Teraz jednak było już za późno na respektowanie złotych zasad. Coś już ich usłyszało.

Na ten dźwięk wszyscy zaraz zapomnieli o swojej kłótni i spojrzeli w stronę, z której dochodziły odgłosy. Unieść broni już nie zdążyli. Po może sekundzie z krzaków wyskoczyło coś, co przypominało wielką, kolczastą krzyżówkę leniwca z ośmionogim żółwiem, i zaatakowało najbliżej stojącego człowieka. Walka trwała krótko. Gdy pomg, jak później ochrzcili ową kreaturę, rzucił się na pierwszego człowieka, ten nie zdążył nawet przymknąć oczu, nim porośnięte futrem ramiona oplotły jego szyję, a kolce i szpony wbiły we fragmenty ciała, wyrywając z niego mięso i kości. Nie minęła nawet chwila, nim buchające posoką ciało zwaliło się w błoto, a dookoła zniósł się ogłuszający krzyk przerażenia i trwogi. Zaraz potem z krzaków wyskoczyły kolejne stwory, rąbiące na części i rozrywające w strzępy każdego napotkanego człowieka. W jednej chwili, wszędzie dookoła była krew.

Walka nie miała sensu. Kilka osób, które próbowało się bronić nie zdążyło nawet krzyknąć, nim pochłonęła ich śmierć. Pozostali zaczęli uciekać we wszystkich kierunkach, nie oglądając się za siebie. Dziesiątki ludzi z krzykiem i biegiem umknęło, przez błoto i krzaki, z całych sił starając się uciec jak najdalej od masakry. To było zbyt dużo nawet dla Daniela, który także rzucił się przez trawy i chaszcze, i nie oglądając się pognał jak najszybciej przed siebie.

Po chwili odgłosy walki i krzyki ucichły, a Daniel stracił z oczu wszystkich swoich ludzi. Wydawało mu się, że nic go nie ściga, ale mimo to wciąż biegł, zbyt przerażony żeby zatrzymać się lub obejrzeć za siebie. Błoto i kamienie nie pozwalały mu rozwinąć dużej prędkości, ale mimo to robił co tylko mógł, by znaleźć się jak najdalej od tego, co się stało. Po chwili nie wiedział już ani gdzie jest, ani co stało się z całą resztą, ale mimo to wciąż jeszcze biegł. Nie wiedział czy biegnie w stronę wioski, ani czy zbliża się, czy oddala od zagrożenia. Przed oczami migały mu krzewy i kamienie, do kolan chlupało rozpryskiwane błoto, świat zdawał się tańczyć i wariować. Zatrzymał się dopiero wtedy, gdy kompletnie opadł już z sił i musiał złapać oddech.

Oddychał głęboko i ciężko, chciwie łapiąc ustami powietrze. Na czerwonej ze zmęczenia i strachu twarzy miał krople łez, ale nie chciało mu się podnosić rąk z kolan, aby je otrzeć. Miał wielką ochotę usiąść pod jakimś drzewem i odpocząć chwilę, wiedział jednak, że będzie przez to tylko jeszcze bardziej zmęczony, a teraz jeszcze wciąż nie może pozwolić sobie na odpoczynek.

Po paru minutach głośnego dyszenia, gdy oddech powoli zwalniał, serce uspokoiło się odrobinę, a świat na powrót nabierał kształtu i sensu, w końcu oderwał dłonie od kolan. Wtedy zobaczył na nich masywne krwawe plamy, po chwili jednak skontaktował, że krew ta nie należy do niego. Z ulgą obejrzał dokładnie całe swoje ciało w poszukiwaniu innych poważnych obrażeń zamaskowanych adrenaliną, jednak największą raną jaką miał były drobne rozdarcia skóry na dłoniach i twarzy. Zapewne pamiątka po mijanych cierniach.

Wciąż jeszcze miał na twarzy resztki łez, ale zdążył już się w miarę opanować. Starał się nie myśleć o tym, jak blisko śmierci był jeszcze kilka minut temu. Zamiast tego skupił umysł na rozejrzeniu się po okolicy i próbie znalezienia kierunku, w którym powinien iść. Jego położenie nie było niestety zbyt jasne. Dookoła otaczała go dzika roślinność, głównie niemal kompletnie zasłaniające niebo drzewa i gęsto rosnące krzewy, uniemożliwiające zobaczenie czegokolwiek na dalej niż kilka kroków. Dookoła nie widział nawet najmniejszego śladu ścieżki, czy oznaki ludzkiej obecności. Spojrzał w niebo i przekonał się, że obecnie jest już późny wieczór, a niedługo zapadnie noc. Raz jeszcze otaksował wzrokiem teren dookoła, ale nie mógł odnaleźć niczego, co wskazałoby mu skąd przyszedł, albo dokąd powinien iść. Poczuł w żołądku nieprzyjemnie zimny ucisk strachu, udało mu się jednak opanować. Mark wielokrotnie powtarzał mu, że pierwszą zasadą przeżycia jest nie panikować, niezależnie od tego, jak zła jest sytuacja. Wygrzebał z pamięci kilka dawnych ćwiczeń oddechowych, mających pomóc w takich właśnie sytuacjach. Żałował teraz, że nie uważał bardziej, gdy Mark uczył go, jak ich używać.

Daniel uklęknął na porośniętym mchem skrawku ziemi, i zaczął głębiej wdychać powietrze, unosząc splecione dłonie w rytm oddechów. Raz – dwa. Raz – dwa. Raz – dwa. Pomagało. Czuł, jak puls zwalnia, a on odzyskuje jasność umysłu. Teraz spróbował przypomnieć sobie, czy Mark mówił mu kiedyś o czymś, co pomogłoby mu odnaleźć właściwą drogę. Faktycznie było coś takiego. Daniel z trudem przypomniał sobie, że jego mentor mówił mu kiedyś o czymś, co nazywał stronami świata. Daniel nigdy nie wyniósł zbyt wiele z tych lekcji, teraz jednak była to jego jedyna nadzieja, musiał więc spróbować. Na szczęście dla siebie wciąż miał w głowie ogólny zamysł tego projektu. Całość opierała się na teorii, według której słońce zawsze zachodziło w tym samym kierunku, a wschodziło w odwrotnym. Tak samo mech rosnąć miał zawsze w tą samą stronę, jeszcze inną niż wschodziło i zachodziło słońce. Daniel zamknął oczy i wytężył pamięć. Przez cały dzień szli w jedną stronę. Gdy szedł rano, słońce świeciło w mu plecy. Potem, gdy weszli na bagna, nie skręcili ani razu. Minęli za to wiele drzew i na wszystkich mech był przy jego prawej ręce, tak że mógł go dotknąć. Teraz, słońce było po drugiej stronie, więc musiał mieć je przed twarzą, a mech musiał tak jak wcześniej, dotykać jego prawej dłoni. To znaczy, że musiał iść…

-Mam! – radośnie wykrzyknął w myślach Daniel, gwałtownie otwierając oczy. A pierwszym co zobaczył, gdy tylko je otworzył, była najprawdopodobniejsza przyczyna jego śmierci. Naprzeciw niego stał właśnie nagi, brudnobrązowy humanoid o dwóch długich rękach zakończonych łącznie siedmioma równie długimi palcami o ostrych paznokciach oraz krótkich, ale grubych nogach z dużymi stopami. Jego skóra była łysa, gruba i tłusta, niemal w całości pokryta błotem. Głowa monstrum była duża i okrągła, z małymi, ledwo widocznymi oczami i masywną słoniopodobną trąbą zajmującą większą część twarzy. Uszu, włosów ani nosa stwór nie miał wcale. Widocznie skradał się aż do tego momentu, teraz zaś, stanął w miejscu. Daniel patrzył, jak mięśnie kreatury naprężają się do skoku, ręce rozkładają szeroko, a on nachyla powoli, czekając na najlepszą okazje do ataku. Przełknął głośno ślinę, ale zachował zimną krew.

-To Pernum. - mruknął sam do siebie. Mark opowiadał mu o tych stworzeniach, ale nigdy żadnego nie spotkali. Wiedział jak zachowuje się stojąca przed nim abominacja. Wiedział także, że ze względu na swój słaby wzrok, nie zaatakuje go dopóki nie poruszy się gwałtownie. O powolnym wstaniu i ucieczce nie było jednak co myśleć. Czuły nos Pernuma pozwalał mu śledzić ofiarę właściwie w nieskończoność. Jedyną opcją było pozbyć się nieproszonego gościa, dopóki są sami, a potem ruszyć tak jak planował, mając mech po prawej stronie, a słońce przed twarzą. Ale wiedział, że walka z Pernumem to nie błahostka. Sama trąba tego stworzenia, nie dość, że pozwalała mu obwinąć się wokół dowolnego przedmiotu i chwycić go nie gorzej niż dłoń, to miała dość siły by zgnieść bark rosłego mężczyzny niczym pomarańczę, a była jedynie bronią pomocniczą. Pernum trąbą jedynie ofiarę unieruchamiał, a życie odbierały jej jego długie, ostre paznokcie, które nasączone były trucizną, powodującą potężne halucynacje, od których organizm ostatecznie się wykańczał. Gdyby dał się więc choć drasnąć, zmora zabiła by go i zjadła, a on naćpany do granic wytrzymałości nawet by o tym nie wiedział. Albo, co się ponoć czasem zdarzało, przezwyciężyłby halucynacje i został pożarty żywcem, bezsensownie szarpiąc się w stalowym uścisku. Obie opcje zdawały się mało kuszące.

Nie pomagał też fakt, że musiał działać szybko. Do zniknięcia słońca za horyzontem zostało tylko kilka minut, a podczas walki nie będzie mógł kontrolować jego położenia. Nie było więc czasu do stracenia. Musiał działać.

Daniel odetchnął bardzo głęboko, po czym tak powoli, jak tylko potrafił podniósł się do półprzysiadu. Gdy był już w odpowiedniej pozycji, jego ręka zawędrowała do przytroczonego do pasa miecza, brnąc niczym zanurzona w smole. Zdawało mu się że minęły godziny, nim jego palce zacisnęły się na rękojeści. Wtedy też uświadomił sobie, że całą dłoń ma lepką od potu. Mimo to starał się nie tracić głowy i tak spokojnie jak tylko mógł, wysunął ostrze z torby. Miecz zaślinił słabo w ostatnich błyskach zachodzącego słońca.

Chłopak zacisnął mocno powieki, po czym na powrót je otworzył, a potem raz jeszcze odetchnął głośno. Czuł, że walka będzie trudna.

Pernum przez cały ten czas nie poruszył się ani o centymetr. Stał w dokładnie tej samej pozycji, nawet nie uświadomiwszy sobie, ze jego ofiara wykonała jakikolwiek ruch. Wciąż stał, naprężając każdy mięsień, chłonąc słony zapach potu i czekając. Daniel także czekał, choć dobrze wiedział, że nic się już nie zmieni. Że musi atakować, albo będzie tu tkwił w nieskończoność. Odetchnął ostatni raz i skierował miecz sztychem w stronę bestii. Na okrzyk nie starczyło mu ducha.

Pierwsze natarcie poszło prosto w pierś, trafiło jednak jedynie powietrze. Pernum okazał się szybki, znacznie szybszy niż Daniel oczekiwał. Gdy tylko zauważył ruch, natychmiast uskoczył w bok, poza zasięg miecza. Daniel natychmiast wykorzystał energie uderzenia i zaatakował z półobrotu, ale i to było na nic. Szybkie natarcie na nic się nie zdało, gdy maszkara uniknęła go szybkim ruchem w tył. Następnie sama zamachnęła się swoją wielką trąbą, celując w głowę ofiary. Jednak i Daniel zdążył schylić się by uniknąć ciosu, który dotknął jedynie jego włosów. Wtedy wykorzystał moment i trafił płytko w nogę. Stwór zaryczał przez to z bólu, ale bynajmniej się nie zniechęcił. Natarł jeszcze szybciej, tym razem młócąc rękami powietrze, przez co zmusił Daniela do kilku uników, uniemożliwiając mu atak. Daniel wykonał kilka kroków w tył, aż nagle poczuł, że pod jego prawą nogą brakuje mu powierzchni. Nim zdążył choć pomyśleć, jak długi uderzył w błoto. Zadowolony potwór rzucił się do niego, i spróbował owinąć trąbę wokół jego nogi. Jego ofiara kopała i odsuwała się najszybciej jak mogła, ale potwór był w o wiele lepszym położeniu. Daniel poczuł, jak trąba owija się wokół jego kostki. Zdawało mu się, że już czuje łamaną kość. Ogarnęło go przerażenie i ostatnim, niemalże rozpaczliwym sztychem posłał miecz stronę trąby, jednak i tym razem nie dosięgnął potwora. Trąba zaczęła się okrutnie zaciskać. Daniel poczuł niesamowity, odbierający zmysły ból w naprężającej się kostce, zdał sobie jednak sprawę, że poza nią noga jest wciąż wolna. Spojrzał w tamtą stronę i uświadomi sobie, że Pernum nie zacisnął trąby na jego nodze. Zrobił to na mieczu. Ślepy, bezmyślny potwór pomylił kończynę ze stępiałą stalą. Daniel miał wrażenie, że czas zwolnił na sekundę. Nie pamiętał, kiedy udało mu się chwycić głownie, pamiętał za to jak z całej siły, na oślep szarpnąć ostrzem do siebie. Pamiętał także świdrujący uszy ryk okrutnie ranionego stworzenia. Pamiętał krew na swojej twarzy, gdy ostra krawędź miecza głęboko rozcięła trąbę potwora, przecinając ją niemal na pół.

Pamiętał wreszcie, jak okaleczony stwór upadł na ziemię, tarzając się z bólu w błocie i chwastach, rozbryzgując przy tym litry własnej krwi. Daniel wstał i kilkoma szybkimi cięciami pozbawił go głowy, tym samym kończąc jego katusze.

Gdy było już po wszystkim, młody wojownik oparł się plecami o drzewo, szybko łapiąc oddech. Dawno już nie walczył z nikim ani niczym w pojedynkę, prawie zapomniał, jak przerażająca jest wtedy bliskość śmierci. Nie miał jednak czasu by rozczulać się nad sobą. Spojrzał na swoją kostkę, a gdy przekonał się, że kość wytrzymała nacisk, jeszcze raz spojrzał na ubite stworzenie, by po chwili namysłu odciąć jeden z jego palców, po czym owinąć go w kilka liści i ostrożnie wsunąć do torby. Nie był pewien, czy będzie mu do czegokolwiek potrzebny, ale wolał go mieć na wszelki wypadek. Życie nauczyło go, że wszystko może się do czegoś przydać.

Daniel mimowolnie odetchnął z ulgą, pokonał jednak przekorną ochotę, by usiąść na ziemi. Dopiero teraz zaczął czuć, jak bardzo jest zmęczony i głodny. Jeszcze przed chwilą przepełniony adrenaliną, a teraz na powrót pusty żołądek zdawał się już nie tylko kurczyć, ale wręcz rozpuszczać z głodu, mięśnie paliły go jak przypiekane żywym ogniem i kwasem, a głowa zdawała się z ledwością być w stanie utrzymywać się na jego karku. Świat dookoła wirował nieznośnie i nie chciał przestać. Tylko determinacja i kompletna pustka w brzuchu powstrzymywały u niego coraz mocniejsze torsje. Miał szczerą ochotę rzucić miecz w błoto i odpocząć przez kilka godzin, wiedział jednak, że byłoby to kompletną głupotą z jego strony. Zabił jednego potwora, ale kolejne mogły przyjść w każdym momencie.

Daniel przetarł spocone czoło, rozmazując przy tym warstwę pokrywającego go błota i rozejrzał się dookoła, próbując na powrót odnaleźć kierunek, z którego dochodzą promienie słońca. W raptownie gęstniejącej ciemności łatwo zauważył słaby promyk światła docierający do niego zza drzew, po chwili jednak uświadomił sobie, że nie jest to słońce. Ono zdążyło już zniknąć za horyzontem, a docierający do niego promień światła był zbyt regularny i skupiony, by mógł być jednym z jego ostatnich promieni.

Daniel potrzebował dłuższej chwili, by zrozumieć, że tym, na co patrzy jest bardzo odległe, ale mocne ognisko. Nagle zapłonęła w nim nadzieja. Ognisko oznaczało ludzi, a ludzie oznaczali pomoc. Chłopak poczuł, jak pod wpływem tego widoku jego ciało napełnia się nowymi siłami i jakby samo rusza do przodu. Nagle cały strach niemal do reszty z niego wyparował. Nareszcie wiedział gdzie iść, musiał tylko jak najszybciej się tam dostać. Szybkim krokiem ruszył w kierunku dalekiego światła, i szedł nieprzerwanie przez całą noc. Na miejsce dotarł dopiero nad ranem, po długiej wędrówce. Gdy w końcu znalazł się na miejscu, był przemarznięty, głodny, poraniony, cały w błocie i krwi, a do tego ledwo trzymający się na nogach ze zmęczenia. Ale mimo to, gdy tylko dostał się na miejsce, czuł pewego rodzaju szczęście. Jego pierwszy przystanek, wioska gypsy, został osiągnięty.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania