Krwawy Szlak, rozdział trzydziesty pierwszy - Kuracja

Daniel leżał na łóżku, od niechcenia oglądając swój pokój. Nie był to specjalnie pasjonujący widok. Odrapane ściany, z których powoli łuszczyła się beżowa farba, gnijący sufit i oparty o framugę kawałek brązowej deski, który nieudolnie imitował drzwi. Do tego mały stół i szafa, na których kłębiło się od rupieci.

Tych ostatnich nie mógł dokładnie obejrzeć swoim jedynym zdrowym okiem, ale i tak był przekonany, że nie ma tam nic interesującego. Wśród tego, co mógł dostrzec, znajdowały się połamane meble, niekompletne zabawki czy pożółkłe zeszyty, których z pewnością nie dało się już odczytać. Opał. Dzielił pokój ze śmieciami do spalenia.

W jego pokoju nie było nic wartego obejrzenia, ale i oglądał go i tak. Nie miał żadnej lepszej alternatywy, skoro od kilkunastu dni był przywiązany do poręczy.

Chociaż i bez lin daleko by nie odszedł. Jego stan zdrowia powoli się poprawiał, ale daleko mu było do wyzdrowienia. Przestał bez przerwy mdleć i majaczyć, ale nawet odwiązany nie byłby w stanie zejść z łóżka.

Miał dużo wolnego czasu, odkąd przestał bez przerwy mdleć i majaczyć. Dzielił go teraz między sen, jedzenie, gapienie się na ściany i rozmyślania.

Od jakiegoś czasu słyszał też za sobą krople wody bębniące o szybę, która najwyraźniej znajdowała się za jego łóżkiem. Ale ten dźwięk wcale go nie uspokajał.

Przeciwnie, doprowadzał go do szaleństwa.

O tej porze roku nie powinno być deszczu. Przez całej jego życie, w czasie pory suchej miała miejsce na najwyżej ciepła mżawka, zostawiająca człowieka prawie suchego. Nigdy długa, mocna ulewa, która bez wątpienia miała miejsce właśnie teraz.

Nie potrafił tego zrozumieć i właśnie to go dobijało. Nie wypełnił swojej misji, nie mógł się ruszać, musiał polegać na łasce obcych mu ludzi, a teraz nie potrafił nawet zrozumieć, co dzieje się za oknem. Miał już tego dosyć.

Burza sprawiała też, że coraz częściej myślał o Binnie. Zastanawiał się, czy jego matka, przybrana zaledwie kilka miesięcy temu, mokła teraz w tej nienaturalnej burzy. Czy była teraz gdzieś tam, posiniaczona, brudna, ze swoim zakrwawionym kikutem, przewodząc resztkami ich niegdysiejszej armii i zapewne przeklinając go na wszystkie znane jej sposoby.

Westchnął, patrząc w odrapany, gnijący powoli sufit. Próbował przywrócić z pamięci jakieś szczegóły ich pierwszego spotkania. Czasów, gdy była jeszcze tą wyniosłą, pełną godności królową, która ich prowadziła. Dnia, gdy zawarli z nią pakt, poznali jej osadę i walczyli na arenie, by wkupić się w jej łaski.

Czy bał się, gdy zobaczył ją po raz pierwszy? Czy Binna przyjęła ich z szacunkiem? Czy spodziewała się, że mogą być dla niej jakimkolwiek zagrożeniem? Czy osadnicy byli wściekli, gdy ich dowódczyni została pokonana?

Próbował sobie to przypomnieć, nic jednak do niego nie przychodziło. Miał wrażenie, jakby od tamtego momentu minęły całe tysiąclecia. Albo w ogóle przydarzyło się to jakiemuś innemu Danielowi z innego świata. Innemu, wesołemu chłopakowi, który nie musiał leżeć i leczyć się w obcym mu budynku, skazany na cudzą łaskę. Danielowi, który nie miał krwi swojej matki i stosu trupów, które zaprowadziły go kompletnie donikąd. Jakiegoś innemu, odległemu Danielowi, który nie musiał iść przez pół świata i tracić po drodze wszystkiego co kochał, by pozbyć się z serca pieprzonej dziury, która wciąż w nim tkwiła. Chłopakowi, który mógł po prostu cieszyć się życiem, zachwycać wszystkim co widział, śmiać się ze zwykłej jazdy na koniu i żyć pod skrzydłami swojego niezwyciężonego mentora.

To przecież nie mógł być ten sam Daniel. To było po prostu niemożliwe.

Myślał o dawnych czasach, podczas gdy świat za oknem moknął. Myślał o tym, kim się stał i czego się dopuścił. Myślał o Wisenhercie i o tym co zrobi, gdy znów go napotka. Ale przede wszystkim, myślał o swojej matce. Czy naprawdę go teraz nienawidziła? Jego, swojego jedynego syna?

 

Zbliżał się wieczór. Deszcz wciąż nie ustawał, a on leżał na swoim miejscu, otoczony ciszą, zmęczony i smutny. Myślał.

W pewnym momencie udająca drzwi deska uchyliła się odrobinę i w wejściu pojawiła się zgarbiona, ciemna sylwetka. Daniel natychmiast rozpoznał Azaila.

- Wchodź. Nie śpię – powiedział. Odzyskał już na tyle sił, by móc normalnie mówić.

Stary człowiek wkroczył do pokoju, odstawiając deskę na miejsce. Daniel przyglądał mu się bez zainteresowania, gdy zapalił przyniesiony z sobą kaganek i odkręcił pudełko z lepkim, białym kremem. Po pokoju rozeszła się przyprawiająca o zawroty głowy woń pokrzyw, czosnku i innych, nieznanych Danielowi ziół.

Azail spokojnie podniósł kryjącą Daniela kołdrę i zaczął wcierać specyfik w jego klatkę piersiową. Krem piekł niemiłosiernie, ale chłopak nie narzekał. Jedynie syknął kilka razy z bólu, gdy spękana dłoń lekarza najechała zbyt blisko którejś rany.

Azail wykonywał swój obowiązek w ciszy i bez skrępowania. Daniel obserwował go uważnie. Wszystkie jego mięśnie były napięte. Był gotów rzucać się i walczyć, gdyby starzec wykonał choć jeden fałszywy ruch.

Zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby starzec chciał go zranić bądź zabić, mógłby po prostu zatruć krem, który w niego wcierał, albo przyjść do niego w nocy i go udusić. Albo zwyczajnie dźgnąć go teraz nożem. Związany i ledwo żywy pacjent i tak nic by na to nie poradził.

Mimo to nie potrafił odpuścić. Chciał mieć choć wrażenie kontroli, skoro i tak był skazany na łaskę Azaila.

Starzec spokojnie i metodycznie wtarł krem w całe jego ciało, kompletnie nie krępując się przy żadnej jego części. Daniel szybko zrozumiał, że dla niego był jedynie przedmiotem. Kawałkiem mięsa, które wymagało leczenia. Jego płeć, wiek ani wygląd nie robiły mu różnicy.

Podobało mu się takie rozumienie sprawy.

Azail skończył nacieraniem i naciągnął kołdrę z powrotem. Daniel spodziewał się, że teraz odejdzie, ale starzec zamiast tego wyciągnął dłonie ku jego twarzy. Chłopak musiał zagryźć wargi, by nie krzyknąć, gdy odlepił bandaż z jego lewego oka.

Poczuł chłodny powiew na miękkiej i zapewne bardzo czerwonej masie, która niegdyś była jego twarzą. Z trudem stłumił westchnienie, gdy Azail dotknął jej delikatnie palcem. Poczuł metaliczny posmak krwi ze swojej wargi.

- No, no, no – odezwał się starzec, sięgając do stołu po pałeczkę kosmetyczną i dotykając nią jego łuku brwiowego. - Aleś się urządził. Wprost niesamowite. Twoje oko przypomina wypluty befsztyk z jajkiem w środku. Podziękuj bogu, gdy znów zaczniesz nim widzieć. Albo raczej jeśli.

Danielowi nie spodobał się ten dobór słów, ale nie odpowiedział. Z sercem bijącym niczym dzwon czekał, gdy starzec wyjmował patyczkami paprochy z jego rany i kropił ją przezroczystym płynem z białej buteleczki. Gdy w pewnym momencie Azail przycisnął mocniej patyczek, Daniel omal nie stracił przez to przytomności.

Na koniec zabiegu, starzec ponownie włożył palec do pudełka z pachnącym pokrzywami kremem i wziął trochę białej maści, po czym skierował go ku jego oku. Źrenice Daniela rozszerzyły się ze strachu, ale nie rzucał się. Azail delikatnie, ale bardzo stanowczo przytrzymał jego głowę, po czym wtarł piekący specyfik w najbardziej bolące miejsce w jego ciele.

Daniel wyprężył się w łóżku. Jego palce zacisnęły się aż do krwi, oczy łzawiły. Mimo to, nie krzyczał. Zachował ten fragment godności.

Starzec zakrył oko Daniela nowym bandażem, w miarę czystym jak na warunki. Patrzył na niego z tym typowym wyrazem skruchy, jaki mają ludzie, którzy muszą oglądać, jak pomoc ich bliźnim zarazem przyczynia się do ich cierpienia.

- Wytrzymaj. Wiem, że to co czujesz nie jest przyjemne, ale tylko tak możesz liczyć na zagojenie się ran. Inaczej wkrótce będziesz widział tyle, co Erina.

Daniel drgnął lekko, słysząc to imię. Nie uszło to uwadze Azaila.

- Poznałeś ją już, prawda? Opowiadała mi ostatnio, że rozmawialiście odrobinę, gdy cię karmiła. Myślę nawet, że przypadliście sobie do gustu.

Daniel nie odpowiedział. Nie wiedział czemu, ale uciekł wzrokiem od swojego rozmówcy.

- Na pewno polubiłeś ją bardziej, niż mnie - zaśmiał się staruszek. – Biorąc pod uwagę, o ile bardziej rozmowny byłeś wtedy.

- Jej musi być naprawdę ciężko, prawda? – zapytał Daniel cicho.

Azail spoważniał. Gdy znów przemówił, w jego głosie słychać było zatroskanie.

- Bez wątpienia. Strata wzroku, słuchu czy kończyny nigdy nie jest łatwa. Gdy znika coś, na czym polegałeś przez całe życie, musisz zacząć uczyć się wszystkiego od nowa. A wojna to na to wyjątkowo zły moment.

- Straciła wzrok na wojnie?

- Dokładnie pod sam jej koniec. Jakieś cztery lata temu.

- Musiała czuć się niesamowicie samotna. Zapewne dalej się tak czuje.

- Ma nas.

- Owszem, ale myślę, że jest samotna mimo to. Nieważne, ile osób jest dookoła niej.

- Skąd możesz to wiedzieć? – To nie był wyrzut. Azail pytał dosłownie.

- Bo… doświadczyłem już czegoś podobnego. Gdy wasz dowódca zabił mojego ojca.

Starzec popatrzył na Daniela w dziwny sposób. Chłopak nie potrafił nazwać tego, co pojawiło się w jego oczach. Nie było to współczucie ani żal, nie była to też nienawiść ani pogarda. To było coś znacznie bardziej pasywnego. Coś czego dotąd nie miał nikt, komu powiedziałby o swoim ojcu. Ale Daniel nie potrafił tego nazwać. Jeszcze.

- Opowiedz mi proszę, co właściwie ci się przydarzyło. Wszystko, od samego początku.

Daniel chciał zaoponować, ale coś w sposobie mówienia Azaila go powstrzymało. Ale nie poprzez nakazanie mu mówienia. Przez coś innego.

Opowieść była długa. Daniel mówił powoli i z namysłem, bojąc się pominąć choćby najdrobniejszy szczegół.

Zaczął od mglistych wspomnień o tym, jak uciekł od wojny, jak poznał Marka i stał się jego synem. Jak wspólnie spotkali Binnę i odkrywali nowy świat. Opowiedział o feralnym dniu w kanionie i wszystkim, co wydarzyło się potem. Opowiadał bez końca, a Azail słuchał cierpliwie, kiwając głową i z uwagą wsłuchując się w każde jego słowo.

Tymczasem deszcz bębnił o szyby, zwilżając pogrążone w nieprzebitym mroku drzewa, domy i odległe, niezbadane szlaki.

Średnia ocena: 2.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania