Krwawy szlak, rozdział osiemnasty - Powrót do niezgody

Pochód szedł równo i bezpiecznie przez kolejne dwa dni. Przez ten czas wszyscy trwali w względnej zgodzie, ludzie dostawali rozkazy, wydawano im jedzenie, pokazywano nowe sztuczki ułatwiające przetrwanie, a także gnano coraz sprawniej, także z pomocą kilku dodatkowych prowizorycznych pomocy wmontowanych w ich wóz. Ludzie, choć na razie nieśmiało i ostrożnie, znów zaczynali wierzyć w swój sukces, modlili się śpiewnie do Kenbry w podziękowaniu za nadzieję, zaczęli chodzić w coraz mniejszym marazmem, a niektórzy zabijali już stres niewyszukanymi żartami, które choć nie miały w sobie zbyt wiele klasy, pomagały im szybciej wracać do dawnych siebie. Jak na razie, ulubionym kawałem Daniela było „Dlaczego mur wokół Miasta jest taki długi? Żeby przy wieszaniu Hutnikom miejsca nie zabrakło!” Normalnie raczej nie uznałby tego za szczyt komedii, w tym miejscu i czasie zdawało mu się jednak, że były to jedne z najlepszych żartów, jakie w życiu słyszał. I na pewno był to dużo lepszy sposób na rozładowanie napięcia, niż pogrążenie się w apatii albo kolejna bójka między niewierzącymi i Kenbrystami, do których jak dotąd dochodziło już kilkukrotnie.

Ludziom udało im się nawet dopuścić do siebie myśl, że może jednak mogą żyć z Przewodnikami w czymś na kształt paktu o nieagresji, który, choć nie wykluczał ich szczerej niechęci i obustronnej pogardy, bardzo ułatwił podróż. Nie dało się powiedzieć, że sytuacja jest łatwa, ale wszystko szło we w miarę dobrym kierunku. Niestety, wszystko wkrótce miało się zmienić, a to przez zaledwie jednego człowieka i jedną, złamaną łopatę.

Wszystko wydarzyło się w czasie jednego z dziennych postojów, kiedy Dante, razem ze swoimi przyjaciółmi, kopali sporej wielkości dół, mający zapewnić im schronienie na czas najgorętszej pory dnia. Praca, choć ciężka, zdecydowanie była warta wysiłku. Jak dowiedzieli się od Przewodników, sztuczne satelity, latające kilkaset metrów nad ich głowami, skupiały światło i odparowywały wodę tylko na kilka centymetrów w głąb ziemi, przez co, choć wysyłane przez nie ciepło mordowało niezawodnie wszystkie rośliny i wysuszały glebę na piach, to rozproszony na kilkuset hektarach powierzchni żwir sięgał w głąb jedynie na jakieś pół metra, dalej ukazując już normalną, wilgotną i miękką glebę w jej dawnym, czarno-brązowym odcieniu. Dzięki temu, w zaledwie kilkadziesiąt minut można było wykopać sobie całkiem wygodną i chłodną jamę, w której wszyscy mogli się ukryć się przed lejącym się z nieba żarem i przeczekać najgorsze upały.

Byli już w połowie kopania, które bez pośpiechu mogli skończyć w ciągu następnych pół godziny, gdy nagle jeden ze szpadli natrafił na coś twardego i złamał się z głośnym trzaskiem. Wszyscy obejrzeli dokładnie łopatę i zgodnie uznali, że jest absolutnie do niczego. Ktoś musiał więc zebrać się w sobie i ruszyć do obozu Przewodników, by powiedzieć im o uszkodzonym sprzęcie. Po długiej i burzliwej dyskusji, w końcu wybrany został do tego Dante, który chcąc nie chcąc, zgodził się iść do Przewodników i powiedzieć im o całej sytuacji w imieniu grupy. Nie miał najmniejszej ochoty spotykać tych ludzi, ktoś jednak musiał wziąć odpowiedzialność za wszystkich i czy to mu się podobało, czy nie, padło na niego.

Kilka chwil później był już przed ich namiotem, kolejną kością niezgody między Przewodnikami, a całą resztą osady. Dante, jak i wielu innych, kipiał wręcz z zazdrości, widząc gigantycznego, poliestrowego molocha, zdolnego pomieścić osiem osób, w którym całe dnie przesiadywało w najlepsze zaledwie czterech. Cała reszta musiała kopać jamy i ciągnąć za sobą wóz, a ci żyli w czymś takim i siedzieli we własnym samochodzie. Na sam ten widok w jego kieszeni wysuwał się niedawno nabyty nóż i aż prosił się o użycie. Niestety, to musiało poczekać. Przynajmniej na razie.

Dante podszedł do molocha, nim jednak zapukał w położony na ziemi kamień, mający służyć za dzwonek, usłyszał z wnętrza znajomy głos. Gdy doszło do niego, skąd go zna, aż westchnął ze zdziwienia. To nie był żaden z Hutników. To był Ash, przyjaciel Daniela i jeden z członków ich wyprawy. Słysząc to, Dante przystanął na chwilę i zdecydował się posłuchać uważniej. Po chwili zawahania położył się na ziemi i nakrył piachem, w nadziei, że ta stara myśliwska sztuczka okaże się równie skuteczna na ludzi na pustyni, co na zwierzęta w lesie.

-...no ale widzisz mały, - usłyszał głos Martina, młodego, ciemnowłosego mężczyzny z potężną zajęczą wargą, którego znał przede wszystkim z tego, że absolutnie zawsze trzymał coś w ustach. Suszone mięso, chleb, krakersy, gałązki, liście, trawę, czy nawet małe kamyki, jeśli nic innego nie miał w zasięgu. Poza tym, nie wiedział o nim właściwie nic. - jak się tak od rana do nocy przy tych miechach robi, to po jakimś czasie nie łatwo jest już spokojnie żyć. Nie bierzcie tego tak do siebie, trzeba gdzieś odreagować stres, to wszystko.

-Oni w osadzie odreagowują raczej grając w karty, a nie biczując ludzi. - stwierdził kwaśno poprzedni głos. Tym razem Dante miał pewność. To był Ash. Ash, członek jego osady, przyjaciel Daniela, wierny sprzeciwowi wobec Kenbry, członek już kilkunastu wypraw i rozmów, niemalże jego przyjaciel, teraz właśnie kolaborował z jego wrogami. Dante poczuł, że zasycha mu w ustach. Co powinien teraz zrobić? Powiedzieć innym? Porozmawiać z nim? Mówić dowódcy? Czyli komu?! I co dokładnie miałby powiedzieć? A może powinien odejść i udawać, że nic nie widział? A co, jeśli on ich wcale nie zdradził? Może potrzebuje teraz pomocy?! Co robić?! Kiedy?! Już?!!! Nie mógł opanować wirowania w swojej głowie. Wziął głęboki oddech i spojrzał w tamtą stronę jeszcze raz. Nie wiedział jeszcze, co zrobi, gdy nadejdzie czas, na razie jednak postanowił zachować spokój i słuchać uważnie. Być może usłyszy coś, co uzna potem za naprawdę ważne.

-Słyszałeś go Nicki?! W karty grają, żeby odreagować! Kto to widział, takie terapie! - zaśmiał się głośno Roger, wysoki, umięśniony jak stodoła łysol, który powód do śmiechu potrafił znaleźć dosłownie wszędzie i bez przerwy z niego korzystał, mimo że nikt nigdy nie śmiał się razem z nim. Dante może nawet by go lubił, gdyby nie należał do obozu ludzi, którzy traktowali go jak niewolnika i ścierwo.

-Och, zamknij się wreszcie, stary krzykaczu, albo ja cię zamknę! - odpowiedział na to Nicki, chudy jak patyk, niski, wiecznie przygarbiony gbur. Zdawało się, że do wszystkiego dookoła podchodzi sztywno jakby stał właśnie na warcie, nigdy nie żartując, nie śmiejąc się, ani nawet nie kpiąc z osadników, co czyniło go jednym z najmilszych członków całego Miasta. - A ty mały i tak nie zrozumiesz naszego życia. Za lekko tam macie na dzikości, by za nami nadążyć.

-Dobrze powiedziane. - Odparł na to Carl. Tego Dante już znał, nim trafili na pustynię i jeżeli nienawidził kogokolwiek bardziej, to był to tylko Kapłan. Nawet Wisenhert znajdował się niżej w jego hierarchii. - Wydaje ci się, że tam, na dzikości, życie jest trudne? Że budowanie tego waszego muru było męczące? Spędź kilka dni w naszym biznesie, to zaraz uznasz, że wzniesienie jakiegoś murku to było nic, dzieciaku.

Dante na to twierdzenie aż zagryzł wargę ze złości.

-Spróbuj sam zrobić cokolwiek, kutasie jeden, gdy pięciu kolesi z batami wisi ci nad głową i wymądrza sie na każdy temat, do kurwy nędzy – wycedził przez zęby, z oczywistych przyczyn musiał jednak zatrzymać tą błyskotliwą odpowiedź dla siebie.

-Skoro tak, to czemu cały czas w tym jesteście? – spytał Ash z pewną ciekawością. - Skoro aż tak wam tam ciężko, nie lepiej byłoby wam odejść i szukać szczęścia gdzie indziej?

W odpowiedzi na to pytanie zaległa na chwilę grobowa cisza. Przez jedno uderzenie serca, Dante poczuł, że sami Przewodnicy nie bardzo chcą odpowiedzieć na to pytanie.

-Przecież wiesz dzieciaku, że to nie takie proste. - powiedział w końcu ponuro Carl. – Dla Wisenherta nasza manufaktura to kopalnia szarego złota, którą tylko my podtrzymujemy. Gdyby w ciągu choć jednej dostawy pojawiło się mniej jego towaru, zaraz zrozumiałby, że coś jest nie tak i zanim byśmy się obejrzeli, już byłby u nas, razem ze wszystkimi ludźmi i całą swoją artylerią. On nie jest głupi, wie jak trzymać ludzi pod butem. Już wiele razy nam groził. Wiesz, jaką karę obiecywał za ucieczkę choć jednego z nas? Zabicie co szóstego z pozostałych, a potem jeszcze obciążenie wszystkich mniejszymi racjami i większym zamówieniem. I to wszystko przez zaczęciem ścigania uciekiniera.

-Mówił też, jaka będzie kara za ucieczkę. – Dodał Nicki z grozą w głosie. – Wysłał z naszą karawaną swojego człowieka, żeby sam nam to obwieścił. To były groźby oskalpowania, tortur, sypaniem ran solą i zostawienia na zawsze w Kuźni, na łańcuchach przykutych do którejś z maszyn, żeby uciekinier już nigdy nie mógł opuścić miejsca swojej pracy. I podobna kara miała czekać za pomoc takiemu człowiekowi.

Nieprzyjemna cisza trwała. Dante, choć widział same sylwetki, wiedział dobrze, jakie miny muszą mieć obecnie znajdujący się w środku ludzie.

-Z Wisenhertem nikt nie walczy. - westchnął Carl, zmęczonym, smutnym głosem. - A tamto miejsce, choć może nie jest najlepsze, wciąż jest dla nas ważne. Żyjemy tam od lat, dla wielu z nas była to pierwsza przystań od czasów wojny. Nie możemy zwyczajnie pozwolić, żeby upadła i spłonęła, bo jednemu z nas chce się żyć inaczej.

Cała grupa wydała kilka pomruków ponurej aprobaty.

-Tak. – westchnął ponuro Ash, przyznając im rację. – Mogłem domyśleć się czegoś takiego. To typowe dla Wisenherta. Miły, hojny i wspaniały, dopóki robisz wszystko, czego tylko zażąda. A jeśli choć raz odmówisz... – Ash wykonał dłonią gest, którego Dante nie mógł zobaczyć, bez trudu jednak domyślił się, co miał oznaczać. – U nas było dokładnie tak samo.

Na te słowa Dante o mało nie podniósł ze zdziwienia głowy. U nas? Czyli niby gdzie do diabła?!

-Zresztą - dodał do tego Martin, wciąż żując swoją gałązkę - Może gdzieś jakieś lepsze miejsce jest, ale kto wie? Może nie ma? Może tam będzie jeszcze gorzej? Porzuciłbyś tak nagle i na zawsze wszystko co masz, żeby dajmy na to, przyłączyć się do losowej wioski wyplataczy koszyków? To nie taka prosta rzecz, młody.

-Rozumiem. Nie łatwo jest porzucić dom.

-Owszem. Szczególnie, jeśli grozi za to coś takiego.

W namiocie zaległa kolejną fala krótkiej ciszy, nim jeden z ludzi, a dokładniej Roger, spróbował delikatnie rozładować napiętą atmosferę.

-Ale koniec końców, nie żyje się tam aż tak źle, co nie? Praca nie jest łatwa, ale mamy sanitaria, ładne domy, meble da się zrobić, a i świątynia to nie jest coś, co spotyka się teraz codziennie. A z biegiem czasu na pewno możemy... – W czasie jego o tej wypowiedzi atmosfera w namiocie chyba wcale sie nie poprawiała, bo Roger w końcu urwał w pół zdania i niezręcznie próbował zmienić temat. - A właściwie, to dokąd zamierzasz iść dalej? No wiesz, teraz, jak już masz swój ukochany łuk?

-Ja wiem? - odparł na to Ash, podczas gdy Dante wstrzymał oddech ze strachu, przed ujawnieniem prawdziwego celu ich misji. - Myślę, że zostanę z nimi. Po... tym co się stało, nie mam już po co wracać do domu, a i Wisenherta wolę już nie spotykać. Więc chyba tutaj zostanę. Wiesz, w sensie z tymi dzikusami. Może i są to głównie bezbożnicy, ale wcale nie są wcale tacy źli, jak może się wam wydawać.

-Poważnie? – podłapał zaskoczony Carl. - A dzikusy dokąd zmierzają?

-Przed siebie. Ot, tam gdzie zawiedzie ich droga. Tak to już u nich jest. Nigdy nie wiedzą co ich spotka, liczą więc na łut szczęścia i po prostu biorą to, co Kenbra ześle, bez wybrzydzania. Chyba nawet pasowałoby mi takie życie. Przynajmniej znów by się coś działo, poza siedzeniem w miejscu, gniciem i słuchaniem wyrzutów.

Dante odetchnął z ulgą. Przynajmniej na tyle Ash pozostał lojalny ich spiskowi, by nie mówić wprost o zamiarze zabicia Wisenherta.

-Zamierzacie więc po prostu brnąć przed siebie? - zdziwił się Carl. – Ot tak, bez planu, bez pomysłu, sami? Nie martwisz się, że oni trafią na coś, co ich zdziesiątkuje? Albo na przeszkodę nie do przejścia?

-Dotąd nie trafili. A skoro dotąd im się udawało, nie mam pojęcia, czemu miałoby się to zmienić po tym, jak do nich dołączę. Przecież nie przynoszę chyba pecha, co nie?

-Więc opuszczasz Nową Macedonię? – spytał Roger z lekkim, ale szczerym zawodem. - Przecież możesz znaleźć sobie inny kąt i siedzieć tu dalej. Nie byłoby ci źle.

Dante aż wzdrygnął się wewnątrz, gdy usłyszał to stwierdzenie. Choć nie mówili do niego, to sama myśl o zostaniu w tym kraju na zawsze sprawiała, że miał ochotę wyszarpać swoją pałkę i oba noże z pochew.

-Nie, dzięki. – odparł na to Ash, choć dopiero po chwili niepewności. - Po moich doświadczeniach... Po prostu nie. Mam nadzieję, że rozumiesz.

Dante zobaczył, jak wszystkie sylwetki kiwają do siebie głowami, wyraźnie myśląc o tym samym. Czymś, o czym nikt nie mówił głośno. Fakt ukrywania przed nim faktów bardzo go drażnił, nie mógł jednak przecież wyjść z piachu i dopytać o szczegóły.

-Możesz zostać tu, ile chcesz Ash. – szepnął niezręcznie Nicki, jakby nieudolnie próbował go pocieszyć. – Nie musisz wracać do spania z nimi, tym bardziej, jeżeli wkrótce masz zamiar zostać tam na zawsze. A chcieć spać w lepszym miejscu to przecież nic wielkiego, każdy z nich zrozumiałby i na twoim miejscu zrobił to samo.

-Dzięki. Właściwie, to całkiem chętnie. Co by nie mówić, stęskniłem się już za spaniem w namiocie. To wszystko, tamte czasy miały wiele... zalet.

-Dla nich czasy mają same zalety. Wiesz o tym.

-Wiem. – westchnął Ash. Dante nie wiedział, o czym on mówi, ale słysząc jego głos i tak mógł poczuć niesamowitą tęsknotę, jaka z niego biła. – Wszyscy to wiemy.

Dante siedział w ukryciu jeszcze przez kilkanaście minut, rozmowa zeszła jednak teraz na pozbawione znaczenia, drugorzędne sprawy. Poczekał jeszcze kilka minut, nim zdecydował się wstać i odejść, zostawiając złamaną łopatę tam, gdzie ją położył. Potem wrócił do siebie, widząc, że dziura w której mieli się skryć, została już wykopana. Gdy zapytano go o łopatę, powiedział, że zabrali mu ją nie mówiąc nic, jedynie każąc wracać do siebie. Potem poszedł jeszcze do Binny, by zrelacjonować jej całe wydarzenie, ta jednak ledwie wysłuchała jego słów, a nie zareagowała na nie prawie w ogóle.

-Decyzje Asha to nie nasza sprawa. Zostaw to i nie pozwól, by doszło do większej ilości strat.

Dantego odpowiedź ta nie zadowoliła. Wiedział, że to co widział było ważne i absolutnie musi zareagować an to, co zobaczył. Dlatego resztę nocy spędził cicho, leżąc w swojej jamie, milcząc, analizując, myśląc i długo zastanawiając się nad najlepszą decyzją, jaką może teraz podjąć.

A następnego dnia, wiele się zmieniło.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania