Krwawy Szlak, rozdział trzydziesty siódmy - Nocny Wypad 2/3

Dalsza droga prowadziła ich przez ruiny. Przeszli kilka przecznic wśród zniszczonych do szczętu budynków, zapadających się sklepów i opuszczonych bunkrów, aż asfaltowa droga przeszła w polną ścieżkę, a ścieżka w mały, błotnisty pasek udeptanej ziemi, zmuszający ich do podróży jeden za drugim. Wkrótce dookoła nich pojawiły się potężne i stare drzewa, a te powoli zmieniły się w potężny i stary las. Wreszcie, po długim marszu, doszli na małą polanę, wyglądającą nieco nienaturalnie po środku okalającego ją gąszczu.

- W porządku – powiedział Eliot. – Oto jesteśmy.

- I co teraz? – zapytał Daniel, szczękając zębami od nocnego chłodu. - Gdzie ten sekret?

- Poszukaj znaków na drzewach.

Daniel rozejrzał sie dookoła. Nie musiał szukać długo, właściwie co drugie drzewo miało tu wycięte runy. Były jakby znajome, a zarazem kompletnie odległe. Jak litery, których znaczenia nie potrafił sobie przypomnieć.

Podszedł do bliżej do jednego z drzew. Nie wiedział czemu, ale był pewien, że te znaki maj jakąś historię, której on nigdy nie pozna. Zbliżył dłoń do jednego z nich, czując emanującą od niego moc. Ta była zupełnie inna, niż dawana mu niegdyś przez naszyjnik z różowym jednorożcem. Przyjemnie ciepła, stabilna, a jednocześnie kojąca, niczym chłodny, górski strumień. Trzymając rękę na drzewie, czuł coś rodzaju oczyszczenia, jakby wszystkie wspomnienia z ostatnich miesięcy ulatniały się z jego głowy. Wszystkie koszmarne wydarzenia jego wędrówki zaczęły blaknąć, a on nie mógł przypomnieć sobie ich szczegółów. Nagle nie było z nim niewygodnych pytań, niepewnej przyszłości, splamionych krwią wspomnień. Próbował przypomnieć sobie barwę ludzkiej krwi i z błogością odkrył, że nie potrafi. Nie potrafił też wyobrazić sobie żadnej wersji przyszłości ani zrozumieć, co go otacza. Nie czuł bólu, mrozu ani wilgoci. Czuł jedynie wszechogarniającą pustkę, bezkresną czerń, pozbawioną wczoraj, dzisiaj i jutra. Miał problem z oderwaniem dłoni.

Dopiero czyjaś dłoń na ramieniu przypomniała mu, że dookoła istnieje jakiś świat. Zabrał rękę, próbując ukryć przy tym tempo swojego oddechu i szczerą chęć przyłożenia jej z powrotem.

- Daniel? - zapytała go Erina - Co widzisz? Znalazłeś jakiś symbol?

- Tak. Jeden jest dokładnie na tym drzewie. Tylko… jest jakiś dziwny. Wydaje mi się, jakbym go znał, a zarazem nie mam pojęcia, czym może być.

- Daj mi zobaczyć. - powiedziała Erina, podając Danielowi dłoń. Ten dopiero po krótkiej chwili zrozumiał aluzję i poprowadził jej palce pod głębokie, toporne runy.

- I jak? Rozpoznajesz ten znak?

- To kielich. Z wychodzącymi z niego macki i lejącym się winem.

- Naprawdę?

- Tak?

- Jak myślisz, kto…

- Cicho! Zamknij się! - warknęła, przesuwając dłonią po runie.

Daniel zamilkł zdziwiony i pozwolił Erinie robić swoje. Dziewczyna przesuwała delikatnie dłońmi po krawędziach znaku, nie zwracając na niego najmniejszej uwagi. Daniel nie miał wątpliwości, że ona czuje teraz to samo, co on sam przed kilkoma chwilami. Choć może jej reakcja była bardziej stonowana, bo po pewnym czasie sama zabrała dłoń, bez niczyjej pomocy.

- Daniel, muszę cię o coś zapytać.

- Tak?

- Czy my na pewno jesteśmy w lesie?

- Tak… na pewno.

- W środku nocy?

- Ehe…

- Na polanie?

- O co ci chodzi?

- Daniel… - zawiesiła na chwilę głos, zastanawiając się, czy aby na pewno powinna to mówić – Ja widzę. Widzę tak samo, jak przed tyloma latami!

Daniel spojrzał na nią w totalnym, absolutnie szczerym zdziwieniu.

- Widzisz? Jak to? - przysunął się bliżej, jakby ze wcześniejszej odległości nie mógł na pewno powiedzieć, że kawałki zwęglonej tkanki na jej twarzy absolutnie nie dawały żadnych szans, by cokolwiek przez nie zobaczyć.

- Widzisz?

- Owszem. Tyle że… nie las.

- A co?

Erina zawahała się na chwilę. Otworzyła kilka razy usta, by coś powiedzieć, potem znów je zamknęła.

- Wyzogotę – wyznała w końcu - Prawie taką, jak zawsze ją sobie wyobrażałam, ale nie do końca. Jest nieco inna.

- A co jest inne?

- Sama nie wiem. To te same ściany, ta sama kuchnia, tyle samo składników. Niektóre rzeczy widzę gorzej, właściwie to trochę jakby przez mgłę. Ale to dokładnie to samo miejsce, takie, jakim zawsze było w moich wyobrażeniach. Tylko… atmosfera się tu zmieniła. Wszystko jest żywsze, cieplejsze. Zupełnie jakby… Och, sama nie wiem. Czuję, że przy stole są ludzie, możeeeeeeeee…

Erina nagle przerwała wpół słowa i odwróciła głowę, jakby chciała spojrzeć w inną stronę. Daniel nie mógł widzieć tego na pewno, ale odniósł wrażenie, że na jej twarz wypełzł słaby rumieniec.

- Zresztą nieważne. Po prostu… cieszę się. Dawno już nic nie widziałam. Może nieco wariuję ze szczęścia.

- Ale nie widzisz tego, co dookoła? Jedynie Wyzogotę?

Skinęła głową.

- A teraz wybacz, ale chcę się nieco pobawić swoim nowym zmysłem. – Po tych słowach odwróciła się i zaczęła spacerować po okolicznym lesie, po raz pierwszy oglądając stary, dobrze jej znany przytułek. Już w pierwszej minucie tego procesu dwa razy ledwie ominęła drzewo.

Widząc to, Daniel postanowił dla odmiany zagadać nieco do Eliota, który zapewne stał gdzieś niedaleko.

- Co to właściwie za miejsce? – zapytał, szukając wzrokiem swojego kolegi. Gdy go odnalazł, z trudem powstrzymał okrzyk zaskoczenia. Zamiast dobrze mu znanego oszpeconego monstrum, ukazał mu się krótkowłosy, szczupły chłopak o nawet niebrzydkiej twarzy. Potrzebował chwili, by przyjąć do wiadomości, że to naprawdę on.

- Co? Jak?! Eliot, to ty?!

- Owszem, ja. – chłopak uśmiechnął się tak szeroko, jakby chciał porozciągać swoją twarz na zapas. – Eliot Michigan, miło mi poznać.

- Co się stało?! Jesteś… cały.

- Nie wiemy. To dzięki tej polanie, tego jesteśmy pewni. Gdy tu przychodzimy, nieraz dzieją się rzeczy, które nie powinny być możliwe. To co widzisz, to zaledwie dwie z nich.

- Co jeszcze się dzieje?

- Różnie. Znajdujemy jedzenie, leki do których nie powinniśmy mieć dostępu, zabawki. Czasem widzimy grę świateł na niebie. Czasem po prostu… sam nie wiem. Trudno to wyjaśnić.

Daniel rozumiał, co Eliot ma na myśli. Miał już w życiu do czynienia z magią kilka razy i znał wrażenie, jakie potrafiła ona wywołać.

Musiał jednak zapytać o coś, co wydawało mu się jedyną słuszną odpowiedzią w tej sytuacji.

- Nie sądzisz, że to może mieć coś wspólnego z jakimś dzikim duchem?

Eliot otworzył lekko usta, z typowym zakłopotaniem człowieka, któremu wytknięto coś, o czym dobrze wiedział i starał się o tym nie myśleć. Erina stała za nim, ale mógł postawić każde pieniądze, ze patrzy teraz na niego z dokładnie takim samym wyrazem twarzy.

- Nie wiem… no, właściwie to tak. Myślę, że jest dokładnie tak.

- Myślałem, że nie wolno wam się nimi posługiwać.

Eliot spojrzał na niego ze złością.

- Ale to robimy. Lubię Illo, ale jeśli on nie może zapewnić mi mojej twarzy, to muszę radzić sobie z tym, co mam.

Daniel aż się cofnął, słysząc agresję w głosie chłopaka.

- Okej, nieważne. Tak czy inaczej, co teraz? Czy poza naprawianiem nieodwracalnych uszkodzeń ciała, to miejsce oferuje też jakieś rozrywki?

- Ja wiem? Na pewno możemy gdzieś usiąść. Z doświadczenia wiem, że jeśli ta polana ma nam coś jeszcze do zaoferowania, sama nam to pokaże. Choć będąc szczerym, mnie w zupełności wystarcza, że mogę robić to – Eliot chwycił swoje policzki naciągnął mocno skórę, wywracając przy tym język. Daniel nie mógł powstrzymać uśmiechu, widząc ile radości sprawia mu ten drobny gest.

- No, w sumie odpoczynek nie brzmi najgorzej. A na pewno lepiej niż stanie wśród błota i dziwacznych robali.

- A niby czemu myślisz, że tam nie ma robali?

To pytanie zaskoczyło Daniela. Faktycznie, z jakiegoś powodu był przekonany, że na tamtym terenie nie będzie niczego żywego. Nie wiedział czemu. Po prostu czuł, że polanka jest zbyt… czysta, by mieszkały tam jakiekolwiek żywe istoty.

- Ja wiem? Zawsze lepsze to, niż stać.

- No dobra. Prowadź.

Daniel wzruszył ramionami i wszyscy ruszyli w stronę polanki. Marsz był krótki, ale gdy dotarli, poczuli się niczym w kompletnie innym świecie. W niewielkim trawiastym kole, w którym zaraz usiedli, wszystko było inne. Krąg był cichszy i znacznie cieplejszy niż reszta lasu, trawa, sięgająca niemal do połowy ud, sucha i przyjemnie miękka, a powietrze ciepłe, ciężkie i orzeźwiające zarazem. Erina i Daniel niemal bez zastanowienia postanowili się położyć, Eliot zdecydował się siedzieć.

Leżenie w trawie było tak przyjemne, że było to wręcz dziwne. Pod nimi nie było żadnych kamieni, mchu ani robactwa, zimna ziemia nie drażniła, nawet ich plecy pozostawały suche, choć po tylu dniach deszczu wszystko powinno przesiąknąć wodą. A jednak, polana była czysta, ciepła i sucha.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania