Krwawy szlak, rozdział piętnasty - Pierwszy upadek Daniela

Daniel bardzo długo stał jak słup w ciemnościach, słuchając ciszy i patrząc niewidzącym wzrokiem w bezkresne promenady gwiazd nad jego głową, nie mogąc wykrztusić ani słowa. Nie dbał wtedy kompletnie o to, kto może patrzeć. W głowie kotłowały mu się tysiące myśli, nie dających się opanować. Co to było?! Jak to się stało?! Czy Kapłan naprawdę pomógł mu tak po prostu?! Czy to wszystko w ogóle naprawdę się wydarzyło?! Czy on rzeczywiście był magiem?! Czym była ta wizja?! Gdzie on teraz jest?! Jak tu wszedł?! Dokąd zniknął?! Czy może mu ufać?!

Powoli, gdy stopniowo uspakajał rozszalały umysł i ciało, zaczynało jednak dochodzić do niego, że przecież odpowiedź na każde z tych pytań tak naprawdę już zna. Gdy po dłuższym czasie, gdy udało mu się już wszystko przemyśleć i zrozumieć to, co zobaczył, a potem ułożyć to sobie w głowie, doszło do niego, że to co się stało, wcale nie było aż tak nadzwyczajne. To był tylko pokaz magii, nic, czego nie widziałby do tej pory. Naprawdę wybitny i niezwykły, ale po prostu pokaz umiejętności. Dowodził tylko tego, że kapłan jest potężnym magikiem, dużo silniejszym, niż Binna, czy gypsa, które potrafiły jedynie odrobinę zmienić to, co już zastały lub wpłynąć na samą siebie. Było to więc niezwykłe widowisko, ale nic więcej. Nic, czego wcześniej by już nie widywał.

Daniel usiadł na pobliskim kamieniu, starając się zebrać myśli. W gruncie rzeczy, musiał odpowiedzieć sobie tylko na jedno, za to bardzo ważne pytanie – Co chce zrobić z zaproszeniem, które jasno dał mu Kapłan? Czy ma zamiar iść do Kuźni? Czy chce ryzykować? Zginąć i zabić wszystkich sobie bliskich, albo zdobyć rzeczy tak cenne, że wszystko co miał byłoby przy tym jak piach? Nawet sobie nie wyobrażał, jak długo stał tam, rozważając wszystkie za i przeciw. Tkwił sam w ciemnościach, wahając się, myśląc, rozważając, co może się stać, jeśli przegra oraz co zyska, jeśli zwycięży. Rozmyślał o wizji, którą miał przed chwilą i wszystkim tym, co w niej zobaczył. Na myśl o wszystkich tych bogactwach, serce biło mu szybciej, jednak na myśl o ćwiartowaniu i oskórowaniu żywcem, które mogło go czekać w razie porażki, nieprzyjemnie zwalniało. Wiedział, czym ryzykuje, wiedział też jednak, jak wiele zyska, jeśli mu się powiedzie. Rozmyślał bardzo długo, wahał się, patrzył na za i przeciw. Zastanawiał się wreszcie, co powiedziałby na to Mark. Ta myśl go pobudziła.

Przypomniał sobie wysokiego, ostrożnego człowieka, którego tyle razy podziwiał. Pomyślał o wszystkich chwilach, w których podejmowali wspólne ryzyko, o wszystkich gniazdach i ruinach, które napotkali. Przyszło mu na myśl, Mark zawsze był ostrożny i delikatny, zawsze unikał ryzyka. Spróbował sobie przypomnieć jakiś konkretny przykład, który poparłby tą tezę. Niemal od razu na myśl przyszło mu zakażone miasto, które minęli kilka tygodni temu. Mogli iść wtedy przez środek, zyskując na czasie ale napotykając zakażone ciała, nie chcieli jednak ryzykować, szukali więc innej drogi. Taki był Mark. Jeśli mógł iść na około, unikając zagrożenia, robił to. Uniknął go wtedy i teraz także poradziłby mu, by i on go unikał. Nie poszedłby do takiego miejsca i on też nie powinien tego robić. Nie. Powinien zawrócić. Bo to zrobiłby Mark. To była słuszna decyzja.

Daniel, zadowolony ze swojego toru myślenia, wstał, chcąc odejść. Niestety, idąc z powrotem do wioski, pomyślał jeszcze o czymś. Przyszło mu na myśl, co stało się niedługo po tym, jak ominęli skażone miasto. Bo przecież już w dwie godziny potem, Mark był martwy. Daniel zacisnął zęby, próbując odgonić tą myśl, już widział jednak pod powiekami tak znienawidzoną twarz Wisenherta oraz zbielałe usta i siną, przerażoną twarz swojego ojca. Wiedział, że to co widział i słyszał w wąwozie, jest tu bez znaczenia, ale te myśli nie dały się odpędzić. Uderzyła go świadomość, że on nie może wejść do Kuźni, podczas gdy Wisenhert wjechał w nich jak w masło i zabrał co tylko chciał, a wraz z nią myśl, że musi chodzić z odpadkami, gdy jego wróg jeździ konno i ma wszelkie możliwe udogodnienia. Rozpaliło go to od środka. Przypomniał sobie, jak został postrzelony z kuszy, jak umykał stamtąd niczym przegoniony szczur. Czuł, jak rośnie w nim gniew. Uświadomił sobie, że zaciska obie pięści tak mocno, że bieleją mu knykcie. Ilekroć wracał do głównego problemu, raz za razem przed oczami stawały mu te same wizje, za nic w świecie nie dające się zapomnieć. To nie były argumenty tylko zwykły gniew i zazdrość, nie obchodziło go to jednak. W chwilę potem myślał już tylko o tym, jak wyglądałby, przecinając tętnicę Wisenherta i wytaczając z niej ciepłą, lepką, szkarłatną krew przy pomocy prawdziwych, czystych żyletek. Wyobrażał sobie, jak wyglądała będzie jego twarz, gdy zobaczy go, idącego do niego w przedwojennej zbroi, z przewieszonym przez ramię jakimś artefaktem, albo gdy będzie konać, rażony paralizatorem czy wrzeszczeć, oglądając swoich ludzi oślepianych granatami błyskowymi. A może nawet czymś więcej. Czymś jeszcze potężniejszym, czymś wycelowanym prosto w jego obrzydliwą, zdradziecką twarz.

Ta wizja pochłonęła go zupełnie. Próbował pomyśleć o tym, jak niedorzeczny to pomysł, o całym ryzyku, ale możliwość pokonania, upokorzenia Wisenherta była po prostu zbyt piękna. W wściekłości, w rządy krwi, w nienawiści utonęła jego logika, poczuł, jak ogarnia go szczera nienawiść. Głęboka, czysta, niemalże spokojna nienawiść. Wstał jeszcze raz, w wściekłości zgrzytnął zębami, ale w głębi siebie, był spokojny. Wiedział, co powinien zrobić. Wiedział to aż zbyt dobrze. Odwrócił się od Kuźni i zaczął iść powoli w stronę obozowiska. Jeden krok, drugi, trzeci. Potem stanął. Odwrócił się. Poszedł dalej. Odwrócił się znów. Nie mógł przestać patrzeć. Zrobił krok najpierw w tę, potem w tamtą stronę. Znów udał się do obozowiska, po czym znów się odwrócił. Anioł walczył w nim z diabłem. Wreszcie poszedł dalej, by po trzech krokach znów się odwrócić i znów spojrzeć na olbrzymią budowlę. Coś wewnątrz niego dało mu wizję jego, grożącego temu człowiekowi przy użyciu jego własnej krótkofalówki. Na myśl o całym jego przerażeniu i strachu Wisenherta, na wyobrażenie tej obrzydliwej twarzy wykrzywionej strachem, nie wytrzymał. Pozwolił zniknąć wszelkim głosom rozsądku, stłumił w sobie opinie mówiące o wszystkich tych, którzy kategorycznie by mu to odradzili. Odetchnął z najgłębszych części swoich płuc i pozwolił sobie iść tam, gdzie naprawdę chciał się teraz znaleźć, a nie tam, gdzie iść powinien. Z każdym krokiem miał w głowie nie cichnący głos rozdzierającego bólu i agonii Wisenherta. Czuł się z dobrze. Bardzo dobrze. Chociaż wiedział, że było to złe.

Do Kuźni doszedł bez problemów, jeżeli nie liczyć sporego stresu i szczerego strachu, jaki zdążył się w nim wytworzyć. Gdy tylko się tam znalazł, zaczął z bezpiecznego cienia ostatniego domostwa obserwować budynek.

Daniel przyjrzał się bliżej, starając się znaleźć jakąś drogę do środka. Po kilku minutach obchodzenia molocha z bezpiecznej odległości, wybrał najgorzej strzeżone wejście, ale i ono było niestety pilnowane przez strażnika, ściskającego halabardę i mającego długi miecz za pasem. Spróbował obejść budynek raz jeszcze dookoła, nie znalazł jednak żadnej lepszej alternatywy. Wokół był jeszcze jeden uzbrojony człowiek patrolujący teren i kilku obstawiających inne drogi do środka. Razem była ich jakaś piątka. Na jego szczęście, strażnik robiący obchód wykonywał okrążenie w jakieś osiem do dziesięciu minut, co dawało mu mnóstwo czasu do działania. Dobrą wiadomością było też to, że ludzie ci stali tam raczej dla zasady. Hutnicy jasno nie spodziewali się, że ktokolwiek mógłby w ogóle ominąć mur i wejść do wioski, nie wspominając już o tym, że miałby czelność podejść aż pod Kuźnię. I nie dało się ukryć, było w tym całkiem sporo racji.

Daniel jednak miał tę czelność, a teraz właśnie zastanawiał się, jak obejść niechcianą przeszkodę. Najpierw pomyślał o sztuczce, której użyli wcześniej, gdy wchodził za mur. Mógłby rzucić kamieniem i odwrócić uwagę strażnika. A wtedy on poszedłby sprawdzić co to było, nie mogąc znaleźć źródła dźwięku ogłosiłby alarm, potem postawił na nogi całe miasto, wysłał za nim pogoń i ostatecznie znalazł, powalił na ziemię, a potem w zależności od nastroju udusił, ściął lub ukrzyżował. Niezbyt podobała mu się ta opcja.

Potem na myśl przyszło mu udawanie zranienia, by przyciągnąć strażnika do siebie. Nie poznałby w mroku kim jest, więc podszedłby, żeby zobaczyć co mu się stało, uświadomił sobie, że ranny chłopak potrzebuje pomocy i pobiegł po lekarza, a on mógłby wstać i wbiec do kuźni, gdy go nie będzie. A strażnik mógłby następnego dnia znaleźć go, zrewidować, powiązać z kradzieżą najcenniejszych artefaktów i zależnie od nastroju oskalpować, oślepić, poodcinać palce, połamać kilka kości lub poćwiartować. Niekoniecznie jedno z powyższych.

Sytuacja wyglądała źle. Nie miał pomysłu na żadne inne ruchy, dopóki nie przypomniał sobie o trzymanych w kieszeni petardach i zapalniczce. Mógłby użyć ich by coś podpalić. W okolicy było pełno drewna. Wystarczyłoby tylko podłożyć ogień pod któryś z bardziej zniszczonych domów lub porzuconą ławkę, a strażnik pobiegłby, by go zgasić. Przy okazji budząc całe miasto, które nie spoczęłoby, dopóki nie odnalazłoby podpalacza. A potem, zależnie od nastroju….

Daniel potrząsnął głową, odpędzając zbędne myśli. Musiał się skoncentrować. Przecież musiał być jakiś sposób, by bez zwracania na siebie uwagi całego miasta przejść obok tego człowieka i dostać się do środka. Problem w tym, że nie miał pojęcia jaki. Zmartwiony zaczął gmerać w kieszeniach, myśląc o sposobie na przedostanie się do wnętrza Kuźni. Wtedy jego palce napotkały długi, podłużny przedmiot, który przez cały ten czas miał w kieszeni. Wyjął go, a wtedy jego oczom ukazało się zawiniątko z liści, które kilka tygodni temu zdobył w walce na bagnach. Uśmiechnął się. Wiedział, że dobrze zrobił, biorąc je ze sobą. Odwinął liście, a jego oczom ukazał się wysuszony i zmarniały, ale wciąż bardzo niebezpieczny palec Pernuma, potwora którego kilka tygodni temu zabił na bagnach. Do głowy wpadł mu genialny pomysł. Teraz pozostawało już tylko czekać na odpowiednią okazję.

 

 

Alex, dwudziestopięcioletni, rosły przedstawiciel Hutników niechętnie pełnił wartę przed wejściem do Kuźni. Jak większość mieszkańców, darzył ten budynek gigantycznym szacunkiem, nie wierzył jednak, by warta przed nim miała jakikolwiek sens. Czemu ktokolwiek miałby chcieć wejść do środka bez pozwolenia? Przecież i tak nie przeżyłby po tym nawet dnia, nie mówiąc już o tym, że w czasie nocy niemal nikt nie wychodził nawet z domów, by nie wydać innym podejrzany, a co dopiero podchodził pod najcenniejszy sektor ich miasta. Problemem mogły być na najwyżej dzikusy, ale one nie mogłyby przecież nawet przejść przez mur, a co dopiero aż tutaj. Kompletnie nie widział sensu w swoim zadaniu. Ale rozkaz to rozkaz, trzeba więc słuchać.

Całą noc wszystko było spokojne. Dookoła była niemal całkowita cisza, przerywana tylko przez okazjonalny tupot nóg innych strażników i bardzo odległe, ciche dźwięki zwierząt, których nie potrafił rozróżnić. Alex, jak na każdej warcie, stał oparty o swoją halabardę, obojętnie i spokojnie słuchając dźwięków nocy. Nie spał, ale był temu bliski i pewno by zasnął, gdyby tylko nie obawa przed nakryciem, a co za tym idzie, karą połamania ręki. Po ostatnim dokonanym przez niego wykroczeniu, sprzeciwie wobec starszego rangą, wciąż jeszcze nie mógł stać całkiem prosto, naprawdę wolał więc uważać na to, co robi. W mieście atmosfera robiła się ostatnio coraz bardziej nerwowa, a to nie sprzyjało łagodnym wymiarom kary. Alex zastanawiał się, ile jeszcze potrwa obecna kolej rzeczy. Pomniejsi byli coraz bardziej agresywni i chciwi, a trzymanie ich w ryzach kosztowało ich coraz więcej. Szczerze nienawidził ich pychy i chciwości. Czy naprawdę nie potrafili zrozumieć, że mieszkań i jedzenia nie wystarczy, by dać go wszystkim po równo? Ani też tego, że przecież hutnicy pracują bez końca, nieraz także w nocy, byleby zdobyć dość broni, by opłacić nienormalne żądania Wisenherta i należą im się te lepsze warunki, a wyższe wyżywienie jest tu po prostu konieczne? Denerwowało go to. Oni przynajmniej mogli uprawiać sobie w wolnym czasie ogródki, a Hutnicy co mieli zrobić? Pomniejsi mieli ich za nierobów i darmozjadów, podczas gdy oni od rana do nocy harowali jak woły, wypluwając sobie płuca i zdrapując dłonie, byleby ta ich wioseczka miała co jeść.

Popatrzył na współpatrolującego z nim człowieka, przechodzącego obok niego z wyrazem wyraźnego zmęczenia na twarzy. On pracował cały dzień, a teraz chodzi zamiast spać po nocach. Nie należało mu się więc za to życie w lepszych warunkach? To prawda, że nie dopuszczali innych do hutnictwa, ale przecież i oni mieli czym się posilić, a szkolenie było długie, trudne i brak im było nawet ludzi do pracy, a co dopiero nauczycieli. A co najgorsze, im mniej obie strony ufały sobie nawzajem, tym bardziej wszyscy patrzyli sobie na ręce. A im bardziej patrzyli sobie na ręce, tym mniej bezpieczni się czuli. A mniej bezpieczni się czuli, tym mniej sobie ufali. Już teraz wybudowali ten cholerny mur, by jakoś utrzymać ich wszystkich razem, bo inaczej rozeszliby się i poumierali z głodu nie mogąc, lub nie mając pojęcia jak znaleźć jedzenie w jedynym mieści otoczonym dookoła wyłącznie piaskiem z trzech stron i kompletną dziczą z czwartej. Ale ile czasu musiało jeszcze minąć, aż przerwą ten błędny krąg i znów rzucą się sobie do gardeł, tak jak zrobili to poprzednio? I czy wtedy znowu wygrają? Ten sam podstęp nie przejdzie drugi raz. Czy Wienhert znowu zdąży? Czy w ogóle przybędzie? I jak niby będzie wyglądać wioska po tym, kiedy to się już stanie? Ilu ludzi zginie? Ilu im zostanie? Jak się w ogóle przystosują do nowej sytuacji? Widział przyszłość czarno. Bardzo, bardzo czarno.

Niewesołe rozważania przerwał nagły ruch, gdzieś niedaleko przed nim. Nim zdążył zareagować, na spotkanie z nim wybiegł, lub raczej wypadł młody, na oko osiemnastoletni chłopak, kurczowo ściskający się za bark. Mimo mroku Alex zauważył, że jest bardzo blady i z trudem unosi się na nogach. Chłopak nie dobiegł jednak do niego, tylko zemdlał kilka kroków wcześniej. Alex natychmiast znalazł się przy rannym, próbując zrozumieć, co się stało. W ciemności nie mógł go rozpoznać, ale to nie był nikt mu bliski, więc musiał to być któryś z Pomniejszych. Miał na sobie kurtkę i sprane jeansy, a w dłoni kurczowo coś ściskał. Alex, lekko przerażony zaczął trząść jego ramieniem.

-Młody! Hej młody! Słyszysz mnie?! Co ci się stało?! Napadły cię dzikusy?! Hej!

„Młody” nie odpowiadał, wyraźnie był jednak w miarę przytomny, bo spojrzał na Alexa niezbyt kontakującymi oczyma i wyszeptał coś niezrozumiale. Dopiero po drugim razie zrozumiał, że chłopak szepcze słowo „lekarz”

Alex dotknął jeszcze ramienia tamtego, ale na szczęście krew wciąż pulsowała mu w ciele. Nie widział ran, może więc był to zawał lub zapaść. Nie było czasu na myślenie, potrzebował pomocy medyka. Jeśli chciał uratować życie tego człowieka, natychmiast był mu potrzebny odpowiedni Pomniejszy! Odwrócił się i już miał zamiar krzyczeć po pomoc, gdy nagle poczuł łagodne ukłucie w okolicach stopy i nagły napływ zimna, najpierw bardzo słaby, potem szybko rosnący. Gdy spojrzał w tamtą stronę, zobaczył kłąb węży, pełzających po jego stopie. Ogarnęła go dezorientacja i przerażenie. Chciał strząsnąć gady, ale noga odmówiła mu posłuszeństwa. Węże szybko i boleśnie rozeszły się po całej nodze, wbijając w niego zęby i niemal natychmiast unieruchamiając go całego. Próbował krzyczeć, ale głos utknął mu w gardle. Przewrócił się, przy czym usłyszał smak dźwięku swojego upadku. Nagle świat zaczął się rozmazywać, a on zobaczył, że chłopak wstaje nagle z ziemi, chwyta jego ciało i ciągnie do drzwi Kuźni. Czas zaczął rozmywa się i zmieniać, zapadał się sam w sobie niczym melasa. Alex chciał powstrzymać chłopaka, ale ręka zatrzymała się w połowie drogi i zamarła, zmieniając w kawałek drewna. Świat dookoła zaczął wirować w nieludzkim tempie, coraz szybciej, szybciej i szybciej. Zaczął wrzeszczeć jak opętany, z jego ust wydobyło się jednak jedynie nieskończenie wiele małych, lśniących kamyczków, sypiących się kaskadą po bruku. Poczuł na skórze ich metaliczny, czerwony zapach, doprowadzający go do istnego szaleństwa.

Potem, była już tylko ciemność.

 

 

Daniel podszedł spod drzwi Kuźni, by przenieść ciało ogłuszonego strażnika wraz z sobą, nim kolejny wartownik go nakryje. Nikt chyba nie zauważył krótkiej scenki, jaka odegrała się w ciemności, wolał się jednak śpieszyć. Naprawdę nie powinien teraz ryzykować.

Przeciągnął ciężkie ciało aż pod drzwi, po czym zostawił je tam, gdzie mężczyzna wcześniej stał i zamknął wejście za sobą. Miał nadzieję, że gdy go znajdą, po prostu uznają że miał jakiś atak lub zawał i nawet nie wymierzą mu kary. O to, czy strażnik go potem rozpozna się nie martwił. Po tak potężnym odlocie, jaki na pewno teraz miał, zapewne trudno będzie mu pamiętać cokolwiek z całej nocy. Zostawił go pod drzwiami, a teraz jego oczom po raz pierwszy ukazało się wnętrze kuźni.

Widok ten był dość rozczarowujący w porównaniu do tego, czego się spodziewał. Kuźnia okazała się wewnątrz po prostu olbrzymim pomieszczeniem, pełnym, miechów, pieców, kowadeł i wszystkich innych możliwych narzędzi kowalskich, ustawionych w niemożliwie wręcz długim, prostym rzędzie, od najmniejszych, wielkości dużej butelki, aż do największych, wyraźnie obsługiwanych przez przynajmniej trzy albo cztery osoby. Praktycznie cała posadzka, poza kilkoma wyjątkowo trwałymi plamami marmuru, pokryta była prymitywnie skleconym drewnem, które w większości zdążyło już zwilgotnieć i spleśnieć. Poza kowalskimi narzędziami, jedynymi obiektami w pomieszczeniu były tam dwie pary schodów: jedna, niegdyś ruchoma w górę i druga, wykuta w kamieniu, w dół.

Daniel, przypomniawszy sobie wizję, którą niedawno zobaczył, wiedział, że szukany przez niego skarb znajdzie w piwnicach, pokonał więc niezbyt silną ciekawość i zszedł dolnymi schodami. Musiał się śpieszyć, kolejny patrol miał przejść tędy już za chwilę, a wtedy musiało go tu już nie być.

Na dole przywitało go spore, pogrążone w kompletnym mroku pomieszczenie, przesiąknięte zapachem stęchlizny i czymś jeszcze, czego nie był w stanie rozpoznać. Daniel wszedł głębiej w otaczającą go ciemność, w nadziei że uda mu się wypatrzeć cokolwiek gdy jego oczy lepiej przyzwyczają się do otoczenia. Niestety, szybko musiał pogodzić się z faktem, że takie działanie nie ma żadnego sensu. Wnętrze piwnicy było kompletnie pozbawione okien, szpar, czy czegokolwiek, co mogłoby przepuszczać choćby pojedyncze fotony, ciemność w niej panująca była więc tak olbrzymia, że nawet kocie oczy nie miałyby szans na jej przebicie. Istniała wprawdzie mała furtka, w postaci pozbawionego drzwi wejścia do tego pomieszczenia, ale myśl, że ta odrobina księżycowego światła, wpadająca przez nieliczne, brudne okna na górnym piętrze i trafiająca do piwnicy, pozwoli na cokolwiek, była po prostu śmieszna.

Daniel musiał więc znaleźć inny sposób. Przypomniał sobie o wciąż trzymanej w kieszeni zapalniczce, którą wcześniej tejże nocy otrzymał od Graice, razem z paczką petard. Wyciągnął plastikowy przyrząd z kieszeni i pociągnął kciukiem po kółku. Mechanizm zaskrzypiał, nic się jednak nie stało. Pociągnął jeszcze raz. Pociągnął po raz kolejny. W końcu, po kilkunastu próbach, pokój wypełnił słaby, jasnopomarańczowy żar. Daniel rozejrzał się dookoła raz jeszcze, i omal nie upuścił źródła światła z przerażenia. Kompletnie zapomniał, że calutki pokój wypełniony był pożółkłymi, rozpadającymi się ze starości książkami, które ułożone jedna na drugiej, zajmowały niemal całą objętość pomieszczenia, niczym dziwaczne kolumny ustawione po obu stronach. Daniel wolał nawet nie myśleć, co stałoby się, gdyby dotknął którejkolwiek z nich płomieniem swojej zapalniczki.

Gdy minął już pierwszy szok wywołany nowym odkryciem, Daniel rozejrzał się dookoła raz jeszcze, bardzo ostrożnie obracając dookoła zapalniczką. Pokój był spory, podobny w rozmiarze, ale różniący się delikatnie wypełnieniem od tego, co zapamiętał z wizji. Był w kształcie prostokąta, pomalowany dawno złuszczoną, białą farbą, która pod wpływem zębów czasu nabrała już ciemnoszarego odcienia. Poza niezliczonymi skrzyniami i stertami książek, o miejsce w zagraconej piwniczce walczyły także liczne belki, podtrzymujące sufit i ściany pomieszczenia, które naznaczone były wieloma rozległymi pęknięciami. Nawet dla Daniela jasne było, że miejsce to prędzej czy później w końcu się zawali, a Hutnicy najwyraźniej starali się jak najbardziej odwlec ten moment, bo stworzenie budynku podobnego do Kuźni byłoby w obecnych warunkach absolutnie niemożliwe.

Daniel przeszedł szybko przez całe pomieszczenie, oświetlając je blaskiem zapalniczki. Postanowił od razu szukać tej jednej, konkretnej skrzyni, która stała w jego wizji w samym centrum. Wypatrzyć jej nie było trudno. Była drewniana i mimo oheblowania oraz warstwy lakieru, wyglądała dosyć prymitywnie w porównaniu do podobnych przedmiotów, które Daniel widywał na fotografiach i kartach książek. Podszedł do niej, wciąż ostrożnie trzymając w dłoni nóż i zaczął dobierać się do zawartości swojego znaleziska. Znał się nieźle w dziedzinie otwierania zamków, gdyż Mark uznawał, że taka umiejętność jest po prostu diablo przydatna gdy wertuje się opuszczone domostwa albo dawne hotele w poszukiwaniu przydatnych przedmiotów. Miał w tym zresztą sporo racji. Wyłamanie zdezelowanego zamka było znacznie wygodniejsze, niż wyważenie całych drzwi lub wchodzenie oknem.

Łamanie zamków było zajęciem raczej trudnym i wymagającym dużo czasu, którego Daniel raczej nie posiadał, jako że jednak skrzynia była raczej prosta w konstrukcji i niezbyt nowa, po kilku minutach ciężkiej szarpaniny udało mu się złamać zamek, który odskoczył wraz z ciężkim zgrzytem. Daniel zajrzał do środka, a tam, na grubej wyściółce ze starych ubrań, jego oczom ukazały się dwa, dosyć zaskakujące przedmioty: sztuczny ludzki ząb, wykonany z zielonego kamienia, oraz mały wisiorek przedstawiający głowę konia z wystającym rogiem. Daniel był lekko skonsternowany, gdy zobaczył takie przedmioty leżące w skrzyni, w której miał znaleźć przecież drogocenne przedmioty. Przez chwilę pomyślał nawet, czy nie jest to jakiś rodzaj zmyłki, a pod spodem nie są ukryte prawdziwe skarby. Zdecydował się jednak wziąć do ręki broszkę z nieznanym mu zwierzęciem, i gdy tylko jego palce dotknęły jasnego metalu, natychmiast zrozumiał, że to, co trzyma teraz w dłoniach, zdecydowanie musi być szalenie cenne. Wiedział o tym, bo gdy tylko dotknął przedmiotu, poczuł pod palcami nieprzyjemne, ale zarazem intrygujące, pulsujące mrowienie oraz nienaturalne ciepło twardego metalu, zupełnie jakby jego znalezisko było świeżo wyciętych kawałkiem mięsa jakiegoś dzikiego zwierzęcia. Gdyby urodził się dwie dekady wcześniej, zapewne pomyślałby, że broszka jest jak pod prądem, który pulsuje w rytm jego serca. Ale skoro urodził się później, pomyślał raczej, że przedmiot ten przypomina mu wciąż bijące serce dopiero co upolowanego wilka, tyle że niezwykle twarde i pokryte warstwą malutkich, niewidzialnych kolców.

Ale w było w tym coś więcej. Daniel, czuł to, gdy obracał nienaturalnie ciepły wisiorek w dłoniach. To była trudna do nazwania, niezrozumiała siła, która szeptała do jego uszu, wypełniała jego nozdrza, kładła się na języku i obracała się wewnątrz jego mózgu, zdając się powtarzać w kółko i w kółko cichą, niezrozumiałą informację. Daniel, trzymając błyskotkę a rękach, zobaczył w oku metalowego bibelotu błysk. Nie, nie zobaczył. Poczuł go. Poczuł, że wewnątrz jego głowy znajduje się ciche, przetwarzane wszystkimi zmysłami, powtarzające się w kółko pytanie.

-Danielu. Czego pragniesz? Czego Pragniesz? CZEGO PRAGNIESZ? C-Z-E-G-O P-R-A-G-N-I-E-S-Z? Czego pragniesz, Danielu?

-Zemsty. - wyszeptał sam do siebie w myślach. Nie poczuł nawet, że szepcze te słowa. - Pragnę sprawiedliwości za mojego ojca.

Gdy to powiedział, sznurek na którym zawieszony był jednorożec leciutko drgnął. Tak słabo, że żadne nieuzbrojone oko nigdy nie byłoby w stanie tego zobaczyć, a zarazem na tyle mocno, by Daniel wiedział, że to się stało. O mikrometry, powolutku, ale drgał. Drgał, bardzo, bardzo powoli obracając rogiem zwierzęcia w stronę jego pragnienia. W stronę, w którą był Wisenhert.

Daniel obrócił wisiorek. Róg nie drgnął. Zakręcił nim lekko. Róg stał. Podrzucił nim w górę, potrząsnął. Choć cały wisiorek tańczył, róg pozostawał cały czas w tej samej pozycji. Cały czas wskazywał na to, czego on pragnął. Daniel przełknął głośno ślinę z przejęcia, po czym bardzo powoli zbliżył go do swojej szyi. Gdy metal dotknął piersi chłopaka, nieprzyjemne mrowienie zniknęło, ale wciąż czuł paranormalne ciepło przedmiotu. Sięgnął ku małemu wybrzuszeniu na swojej kurtce, chcąc raz jeszcze dotknąć przedmiotu i dopiero wtedy sięgnąć po drugi, gdy za plecami usłyszał krzyk.

-Hej! Kim ty jesteś?! Co ty tu robisz?! Jak tu wszedłeś?!!

Daniel obrócił się szybciej, niż kiedykolwiek w życiu, omal nie gasząc od tak gwałtownego ruchu zapalniczki. Zobaczył rosłego mężczyznę, stojącego w drzwiach, przez które wszedł. Chciał coś powiedzieć, ale zdawało mu się, że język wpadł mu do gardła. Tymczasem mężczyzna zaczął podchodzić, krzycząc coraz głośniej.

-Co to jest!!!? Kim jesteś i co tu robisz, odpowiadaj! - to mówiąc, wyciągnął długą broń, którą zaczął machać w przód i tył. Ze względu na brak światła, Daniel nie mógł zobaczyć, co dokładnie trzymał w dłoni. Zaczął mamrotać coś nie wyraźnie, próbując uspokoić człowieka, ale nim sklecił pierwsze sensowne zdanie, mężczyzna był już przy nim.

-Zaczekaj! - zdążył krzyknąć, nim potężny metalowy pręt wzniósł się nad jego głowę. Umknął szybko krok do tyłu, unikając przecinającego ze świstem powietrze metalu i w tym samym momencie wyjął z kieszeni palec, który wciąż miał przy sobie. Sekundę później, wciąż wycofując się szybko, natrafił na grubą ścianę, w którą uderzył z impetem. W jednej chwili poczuł, jak jego nogi zaplątują się w ciężką skrzynię, na którą upada, gdy jego potylica z rozpędem uderza w grubą warstwę cegieł, z siłą od której zęby zadzwoniły mu w szczęce.

-Alarm! Alarm! Intruz! - Krzyczał tymczasem mężczyzna, dopadając go i wymierzając kolejne pchnięcie prosto w jego bok. Daniel zdążył wykonać niezgrabny unik, lub raczej upadek w prawo, wpadając na stertę kartek i książek graniczących ze skrzynią i wywalając je na swojego przeciwnika. To dało mu na tyle czasu, by półwstać i kopnąć go w kolano, przez co ten upadł na ziemię, sycząc z bólu. Daniel, nie czekając na jego powstanie, natychmiast skoczył ku niemu i przygniótł kolanem szyję do podłogi. Już miał zamiar wprowadzić mu w żyły truciznę, gdy zorientował się, że nie ma w ręce potrzebnego mu w tym celu palca. Zdziwiony, spojrzał na swoją dłoń, i wtedy uświadomił sobie, że ten musiał wypaść mu z niej, gdy uderzył głową o ścianę. Przerażony, nim zdążył pomyśleć cokolwiek, poczuł, jak przeciwnik chwyta go i zrzuca go z siebie, wykorzystując chwilę jego nieuwagi. Udało mu się w porę wyszarpać z jego palców, upadł jednak na podłogę, czując piekący ból w jednym z kolan i szczęce. Podniósł się tak szybko, jak tylko mógł i rozpaczliwym ruchem wyciągnął z kieszeni nóż. W tej same chwili zobaczył, jak postać naprzeciwko niego rusza, kolejną, teraz już naprawdę wściekłą szarżą. Daniel miał wrażenie, że minęła tylko nanosekunda, nim metalowa broń świsnęła nad jego głową. Uskoczył miękko w bok, wykonał przejście za jego lewy bark.

Mężczyzna odepchnął go łokciem, po czym metalowy przedmiot po raz kolejny przeciął powietrze. Daniel nie stracił równowagi, szybko i bezwiednie wykonał kolejny unik, gdy wściekły i dyszący mężczyzna uderzył bronią w ziemię, na której chwilę temu stał jego cel. Daniel zrobił kilka szybkich kroków w tył, starając się zyskać nieco więcej miejsca, po czym stanął twarzą do swojego wroga, chwytając wygodniej nóż. Miał wyjście za plecami, wiedział jednak, że nie ma sensu uciekać. Przerażony i roztrzęsiony stał jak kompletny kretyn, nie mając pojęcia, co robić.

Tymczasem wściekły do granic możliwości przeciwnik znów poderwał łom do góry i zaczął biec krzycząc, z zamiarem zadania kolejnego uderzenia. W słabym świetle leżącej gdzieś niedaleko zapalniczki Daniel zobaczył kurtkę tamtego, która zsunęła się o centymetr podczas ostatniego ciosu i odsłoniła obojczyk oraz szyję, na której pulsowała wielka, czerwona tętnica. Mężczyzna znalazł się przy nim w ułamku sekundy, cios celujący w czubek głowy nie doszedł jednak do skutku. Lata walk o życie w puszczach i na stepach sprawiły, że Daniel zareagował absolutnie samoistnie, niemal nie czując, że jego ręka w ogóle się przemieszcza, nogi przesuwają się do przodu, a stopy lekko okręcają w tanecznym półobrocie. Gdy jego wróg rzucił się na niego, on natychmiastowo, miękko, jak automat wykonał swój ruch, trafiając idealnie, aż po rękojeść. Gdy potem o tym myślał, przerażało go to, jak przyjemnie znajome było uczucie, gdy zagłębiające się w miękkie ciało ostrze uwolniło fontannę krwi. Ciepła posoka, lejąca się strumieniem z wrogiej tętnicy, długo wracała potem do niego we wspomnieniach.

Jęk uwiązł w gardle mężczyzny, a ręce opadły jak sflaczałe. Chwycił się za gardło, bezsensownie próbując zatamować kompletny krwotok, jednocześnie rzężąc jak oszalały. Przez krótką chwilę stał jeszcze w miejscu, po czym opadł na ziemię, wciąż miotając się w konwulsjach i znacząc na czerwono wszystko dookoła. Niezliczone stronice bezcennych ksiąg przesiąkały jego posoką, stając się na zawsze nie do odczytania.

Daniel stał nad mężczyzną, jak w transie wpatrzony w jego ruchy. Mimo ciemności zdawało mu się, że doskonale widzi, jak z jego oczu nagle znika blask, a ciało bardzo powoli nieruchomieje. Stał tam w miejscu, bojąc się poruszyć, spuścić wzrok, czy choćby zaczerpnąć oddechu. W końcu, po przerażającej chwili uświadomił sobie, że to już koniec. Ten człowiek nie żył. On kogoś ZABIŁ. Pierwszy raz w całym życiu, zabił innego człowieka. Nie zwierzę, nie potwora. Człowieka. Zabił. On. Popatrzył tępo na swoje dłonie, wciąż kurczowo ściskając w nich czerwony od krwi nóż, jakby szukał w nich jakiejś odpowiedzi. Ale odpowiedzi tam nie było, ręce wyglądały normalnie, jeśli pominąć wielkie plamy czerwieni na palcach. Opuścił je więc z powrotem i spojrzał w dół na ciepłe, bezwolne ciało człowieka, który jeszcze przed chwilą atakował go, krzycząc jak szaleniec. Teraz mężczyzna wyglądał kompletnie spokojnie. Uleciał z niego cały gniew, strach i agresja. Cała nienawiść i siła, rozleciały się, jakby nie było ich nigdy. Teraz po prostu leżał bez ruchu, wpatrując się głupio w podłogę i raz na jakiś czas konwulsyjnie podrygując, a dookoła niego rosła coraz większa kałuża ciepłej, gęstej juchy.

Daniel poczuł, jak w gardle wzbiera mu fala wymiotów, ale zdołał zdławić obrzydliwe uczucie. Zamknął oczy i odetchnął kilka razy bardzo spokojnie, starając się nie pozwolić dopuścić do siebie zbędnych myśli. Uniósł głowę do przodu, chcąc ustawiając ją tak, by po otwarciu oczu nie zobaczyć tego, co znajdowało się tuż przed nim. Popatrzył do góry, ze wszystkich sił chcąc utrzymać umysł razem. Wykonywał jak najgłębsze wdechy, ale to kompletnie nie pomagało. Zabił. Zabił. ZABIŁ! On, Daniel innego człowieka. Miał jego krew na swoim nożu, jego ostatni oddech wibrował w jego uszach, widział jego przerażoną, ludzką twarz i martwe drgające ciało. Z przerażeniem rozchylił powieki, ale gdy znów zobaczył ślady swojej zbrodni, nie wytrzymał. Fala wymiocin wyleciała z niego z obrzydliwym dźwiękiem, łamiąc w nim ostatnie barykady. Tłumiąc płacz i szloch, chwycił znaleziska, jakimi były wisiorek i kamień, omal nie padając na kolana zabrał zapalniczkę, po czym natychmiast wybiegł z pomieszczenia, brocząc stopami pośród cudzej krwi i własnych wymiocin. Ząb również zdawał się mrowić go pod palcami, ale nie było mowy, by teraz zwrócił na to uwagę.

Daniel ostatecznie opuścił piwnice, nie napotykając się na nic. Nie miał teraz sił, by myśleć ani o skarbach, ani o konspiracji, ani o czymkolwiek innym, po prostu wybiegł stamtąd wstrzymując kolejna falę łez i wymiocin, po czym jak najszybciej uciekł do swojego obozu, nawet nie dbając już o to, że setki ludzi mogą go teraz zobaczyć. Modlił się tylko, by jutro wyruszyli w podróż, nim ktokolwiek zorientuje się, co się stało. Gdy biegł przez ulice, królowały tam pustki. Najwyraźniej ani dobiegający z Kuźni hałas towarzyszący walce, ani krzyki mężczyzny nie były słyszalne z głębin piwnic. I dobrze, bo Daniel nie był teraz zdecydowanie zdolny do czegokolwiek. W głowie kłębiły mu się miliony myśli, które rozbijały mu się w głowie jak kawałki szkła.

Po pewnym czasie opadł z sił, zwolnił kroku i próbował ogarnąć, co w ogóle się dzieje. Przechodził powoli przez puste ulice, rozmyślając z trudem. Myślał o tym, do czego właśnie doszło. Pierwszy raz zadał komuś śmierć, patrzył, jak ktoś umiera z jego ręki. Widział już śmierć wcześniej, na pustyni, bagnach, przed poznaniem Marka oraz dawno temu, gdy walczył z wszechpotężnym smokiem w innym wymiarze. Pomyślał o tej walce i miał ochotę się roześmiać. Tamto starcie wtedy było takie proste, w porównaniu do tego, co teraz przeżywał. A przecież walczył z potworem o niesamowitej wielkości, otoczony jego sługami, próbując zmienić świat. Przecież to wtedy wszystko było tak okrutne i wielkie, więc czemu to teraz było mu tak ciężko? Czemu to teraz tak się bał, tak płakał, zbierało mu się na torsje?

-Bo to było co innego. - pomyślał ktoś wewnątrz niego. – W jego świecie ludzie ciągle ginęli z różnych przyczyn, ale zawsze było to dlatego, że choć każdy chciał ich chronić, nie był w stanie. Daniel aż dotąd zawsze walczył wspólnie z innymi, zawsze chciał bronić innych przed pustynią, potworami i głodem. A teraz to on był tym potworem. To on był złem, przed którym chciał chronić. I by osiągnąć swój cel, odebrał cudze, niewinne niczemu życie. Życie hutnika, ale czy to cokolwiek zmieniało?

Wrócił myślami do momentu, gdy po raz ostatni widział swojego ojca, ale uświadomił sobie, że boi się przywołać jego twarz. Za bardzo, choć dobrze ją pamiętał. Zsiniałe usta i otworzone szeroko oczy budziły go w nocy już nieskończoną liczbę razy, każdego dnia, za każdym razem tak samo przerażające. Ale teraz, ta twarz to już było coś innego. Dotąd zawsze, nie ważne ile razy widział twarz Marka, mógł powiedzieć sobie, że idzie zaprowadzić za nią sprawiedliwość. Że już wkrótce Wisenherta spotka to, na co zasłużył. Że ten obrzydliwy, chory człowiek, który śmiał zabić innego człowieka, wkrótce dostąpi takiego samego losu. Ale teraz, nie potrafił sobie tego powiedzieć. Teraz, gdy naprzeciw duszonego na pętli mężczyzny stał drugi, krztuszący się krwią, z ręki uciekły mu wszystkie argumenty. Czy teraz naprzeciw mordercy stał nie mściciel, tylko drugi morderca?

Wtedy uświadomił coś sobie i nagle zachciało się śmiać. Przecież wiedział, co chciał zrobić z Wisenhertem przez cały ten czas. Zabić go. Zabić go, tak jak teraz zabił tego, kto przed chwilą stanął mu na drodze. Morderstwo było jego zamiarem od samego początku. Ale przecież właśnie kogoś zabił i co? Czy naprawdę byłby w stanie zrobić to jemu, skoro tak reagował na widok tamtego zabitego człowieka? Czy w ogóle da radę to powtórzyć? Spróbował wyobrazić sobie twarz Wisenherta, wykrzywioną w tym samym grymasie, co twarz mężczyzny sprzed chwili. To był błąd. Sama myśl o tym, co zobaczył przed chwilą, to było za dużo. Poczuł, jak uginają się pod nim kolana i prawie upada podłogę, którą szedł. Podparł się o ścianę, starając się uspokoić i zachować pion. Nabrał głęboko powietrza, wszystkimi siłami chcąc utrzymać się w porządku.

-Jeszcze nie tutaj. – Stęknął do siebie, starając się słuchać tylko powietrza przechodzącego przez jego ciało. - Jeszcze trochę. Już zaraz.

Gdy doszedł tam, skąd przyszedł do miasta, Dante już czekał. Wykorzystał kolejny podstęp, tym podpalając ścięte w tym celu włosy w pobliskim budynku, a gdy wartownicy zajęli się dymem wychodzącym stamtąd, przekradł się obok nich.

Gdy wrócił do obozu, wciąż jeszcze była noc. Nie miał pojęcia jak długo go nie było, musiało to jednak być dosyć krótko, bo Ash dyskretnie czekał na niego, ciekawy jak poszła misja. Przywitał go jakimś pytaniem, ale jego słowa kompletnie ominęły jego mózg i uleciały gdzieś w kosmos, a on nie zwrócił na przyjaciół żadnej uwagi. Po prostu dał mu co dostał od Graice, a potem ruszył by się wyspać, próbując powstrzymać suchy szloch. Zdążył zapomnieć kompletnie o swoich krwawych rękach, które teraz wytarł w wewnętrzną stronę kurtki. Nieważne, i tak go znajdą. Nie ma szans, by nie znaleźli.

Ash, nie rozumiejąc tego kompletnie, stał przez chwilę, skonsternowany. W międzyczasie przyszedł Dante, znów uniknąwszy pogoni, który pojął to od razu. Podszedł do Daniela i szepnął coś przyjacielowi do ucha, a gdy upewnił się, że ten rozumie, zabrał Asha ze sobą, do swojego legowiska. To nie było jego miejsce, ale chciał, żeby ich towarzysz mógł odpocząć. Po tym co się stało, powinien przynajmniej wyspać się w spokoju.

Daniel niestety, nie spał aż do rana. Leżał tylko, wśród łez, rozmyślań i przeczucia zbliżającego się końca. Bo wiedział przecież, że znajdą ciało, jakże mieliby go nie znaleźć? A nawet jeśli jakimś niewytłumaczalnym cudem go nie odnajdą, to czy on może ot tak dalej iść, po tym jak zabił człowieka i zostawił jego rodzinę, która nawet o tym nie wie? Ma prawo tak odejść? Czy odróżniałby się po tym jeszcze od Wisenherta? Czy stać go na to, by to zrobić? Czy powinien?

Nie wiedział. Nie potrafił odpowiedzieć sobie na żadne z tych pytań. Ale w jego głowie przede wszystkim cały czas pobrzmiewał mu szept Dantego, powtarzany w jego umyśle niczym bolesna mantra.

-W porządku. Nie martw się tym. Wiesz, że zabiłeś go w słusznym celu.

Danielowi słowa te nie mogły dać spokoju. Przez całą noc, aż do rana leżał, myśląc głównie o nich w czasie długiego, bezsennego odpoczynku.

-No właśnie. Czy on był słuszny? - pytał sam siebie, głaszcząc przez podkoszulek grzywę srebrno-białego jednorożca i pieszcząc szmaragdowo zielony ząb trzymany w kieszeni.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania