Krwawy Szlak, rozdział dwudziesty piąty - Lojaliści

Czas pochodu: 39 dni

Stan pochodu: 6

Była późna noc, albo może bardzo wczesny poranek. Daniel, Martin, Ash i trójka ich nowych, poniekąd, towarzyszy siedzieli razem przy ognisku. Grzali się przy mocnym, ciepłym ogniu, utworzonym z dębowych szczap, na które natchnęli się po drodze. Teraz, gdy na powrót znaleźli się na znanym im terenie, podróż była znacznie prostsza. Tym bardziej, że mieli znacznie mniej gęb do wykarmienia i mniej potencjalnych przeciwników do zwalczania.

Siedzieli w milczeniu, wpatrując się w ognisko. Teoretycznie trwała warta Martina, ale nikt w ogóle nie wydawał się chętny do tego, by iść spać. Wszyscy byli wyczerpani, poirytowani i smutni, każdy pogrążony w swoich własnych, chmurnych rozmyślaniach. Ale nikt nie kwapił się do snu, mimo niezaprzeczalnego zmęczenia.

Nowy dzień wstawał powoli nad horyzontem, rozświetlając ponure zgromadzenie. Daniel, próbując uciec od prześladujących go wspomnień, wyprostował się nieco na trawie i powiódł wzrokiem po swoich towarzyszach.

Ash, jak zwykle cichy i zamknięty w sobie, siedział na kocu i obserwował cierpliwie resztki wczorajszej kolacji, które miały wkrótce posłużyć im za śniadanie. Przy okazji rył z nudów końcem swojego łuku w ziemi. Cały niedawny incydent i wszystkie jego konsekwencję obchodziły go chyba tylko na tyle, na ile dotąd czuł się częścią osady. To znaczy, prawie wcale. O powrót do domu też zdawał się wcale nie martwić, albo przynajmniej wyjątkowo dobrze to ukrywał.

Martin siedział w swoim samochodzie, ze stopami opartymi na trawie, obserwując w zadumie pękające od żaru gałązki. On również milczał, ale w jego milczeniu było coś innego, niż w milczeniu Asha. Ono było dumne, pełne wyższości. Od pierwszych chwil odejścia z osady utrzymywał, że jest ponad tą sytuacją. Że nie dotyczy i nie obchodzi go to, co pomiędzy Danielem i Binną. Chce jedynie oddać towary w ręce Wisenherta, a cała reszta nie należy już do jego problemów. Ale mimo tak żarliwie deklarowanej neutralności, nietrudno było domyśleć się, że Martin ma swoją opinię na temat całej sytuacji. I zapewne nie jest ona pochlebna.

Trzeci mężczyzna, Wirmir, kucał, zamiast siedzieć i patrzył gdzieś w przestrzeń, z wyrazem szczerego zatroskania na twarzy. Był niskim i podstarzałym, ale solidnym mężczyzną, którego jedynym owłosieniem był siwy wąs na okrągłej, pękatej jak melon twarzy. Wyglądałby może nawet całkiem ładnie, gdyby nie ciemnoniebieskie dłonie oraz suche, odrywające się strupy na jego twarzy.

Wydawał się patrzeć gdzieś w przestrzeń w zamyśleniu. Sprawiał wrażenie dojrzałego, inteligentnego człowieka. Kogoś, kto widział już wszystko co miał zobaczyć i przeżył już wszystko, co miało stać się jego udziałem.

Tego samego nie można było powiedzieć o pozostałej dwójce, która poszła razem z Wirmirem. Z nim, bo Daniel wątpił, by ci dwaj w ogóle rozpoznawali jego, ich sprawę albo w ogóle cokolwiek z otaczającego ich świata.

Jeden z nich nazywał się Paweł, drugi nosił imię Adam. Wydawali się dla Wirmira czymś w rodzaju przygarniętych dzieci. Albo może raczej domowych zwierzątek, bo tak właśnie się zachowywali. Obaj byli niscy, chudzi i posiadali krótkie, czarne włosy. Rozróżnić dało się ich tylko po kolorze oczu, które u jednego były niebieskie, a u drugiego ciemnozielone. Charakterem niemalże się od siebie nie różnili. Mieli już na oko po piętnaście lat, ale mówili bardzo słabo i bez przerwy bawili się każdym znalezionym przedmiotem. Nie wspominając o pustym, pozbawionym wszelkiej myśli spojrzeniu, jakie obaj zawsze mieli na twarzach.

Aż do tej pory Daniel nie znał jakoś specjalnie dobrze któregokolwiek z nich. Kilka razy zdarzało mu się rozmawiać albo polować razem z Wirmirem, czasem też wymieniali się krótkimi uwagami w czasie pochodów. Ale nic ponad to. Tyle robił z każdym mieszkańcu ich małej osady i nie czuł, by czyniło ich to jakkolwiek sobie bliższym. Tak naprawdę wiedział o staruszku tylko tyle, że lubił rozprawiać o dawnych czasach.

Pozostałą dwójkę znał nawet mniej. Będąc szczerym, dla niego wyglądali jak zwykli obłąkani i dziwił się nieco, że Wirmirowi udało się w ogóle przemycić ich do wyprawy. A nawet bardziej dziwiło go, że obaj wciąż jeszcze żyli. Niegdyś zapewne byłby o to wściekły. Doprowadziłoby to do awantury, kłótni, może nawet do osadowego sądu. Tak nazywali Binnę, samodzielnie przesłuchującą, sądzącą i skazującą tak sano oskarżonego, jak i wszystkich biorących udział w procesie. To było najbliższym czymś na kształt sądu, co mieli osadzie.

Ale teraz to było bez znaczenia. Teraz nie było już przecież ani osady, ani tego prymitywnego jakby – sądu, któremu staruszek mógłby zostać poddany. Zresztą nawet gdyby było inaczej, jaką karę miałby niby otrzymać? Biorąc pod uwagę ilu w pełni zdrowych ludzi dotąd stracili, za wzięcie z sobą i utrzymanie przy życiu dwóch szaleńców należał mu się raczej medal.

Wszyscy siedzieli przy ognisku, pogrążeni w ponurej ciszy. Uwadze Daniela nie uszło, że Wirmir znajduje się w lekkim oddaleniu, ze względu na jego chorobę. Nie umknęło mu też to, że szepcze coś do siebie bardzo cicho, mieląc w rękach kolejne ziarna siedmiostopniowego różańca, które wieki temu rozdawano w Mieście.

Wtedy nikt ich nie chciał. Wszyscy bez przerwy powtarzali, że to jakieś badziewie, że branie ich nie ma sensu, że żal im sznurków zmarnowanych na ich produkcję. Niektórzy wydawali się tym wręcz obrażeni, czasem wręcz grozili ludziom za to, że próbowali im „je wcisnąć”. Daniel sam pamiętał, jak miał ochotę napluć na człowieka, który próbował wcisnąć mu do ręki jeden z tych różańców. Wtedy wszyscy nimi gardzili. Niektórzy jednak brali. Czasem by mieć spokój, czasem by połatać nimi dziury w kurtkach, innym razem z czystej ciekawości. Ale brali. I jak widać, niektórym się to opłaciło.

Daniel przyglądał się działaniu mężczyzny w milczeniu. Wirmir chyba czuł na sobie jego wzrok, ale nie zważał na to. Ani on, ani dwójka jego podopiecznych nie wydawali się mieć do Daniela jakiegokolwiek żalu, ale przez cały dzień nie rozmawiali ani z nim, ani z żadnym z pozostałych.

Siedzieli w milczeniu, pijąc wodę i patrząc to w ogień, to na plejadę gwiazd nad ich głowami. Ash rył w ziemi, Martin dumał, Wirmir szeptał. Paweł i Adam podnosili kamyki i oglądali je tak, jakby nigdy wcześniej niczego podobnego nie widzieli. Daniel z kolei półleżał na trawie, nie mogąc wytrzymać milczenia. Jeszcze raz otaksował Wirmira wzrokiem. Chciał coś powiedzieć. Wprawdzie wcale nie miał ochoty na rozmowę, ale nie mógł też dalej słuchać dzwoniącej mu w uszach ciszy. Ani tym bardziej zostawać sam na sam prześladującymi go wspomnieniami.

- Wirmir? – zaczął niepewnie. Staruszek odwrócił się w jego stronę. Pozostali także. - Dlaczego w ogóle tu jesteś? Jesteś zarażony, możesz wkrótce… odejść. Czemu nie dołączyłeś do reszty? Nie wierzysz, że odnajdą tam swoje lekarstwo?

Mężczyzna spojrzał na Daniela spod zmęczonych powiek i odłożył różaniec z powrotem do kieszeni. Wyglądał, jakby wstrzymywał westchnienie.

- A ty? Czemu nie poszedłeś z tamtymi?

Daniel, słysząc to pytanie, spojrzał nerwowo na Martina, siedzącego obojętnie kilka metrów dalej. Jeszcze od dnia masakry, mężczyzna nie zadał im żadnego pytania na temat ich celu. Uparcie utrzymywał, że nie obchodzi go dokąd zmierzają i że nie robią mu różnicy ich decyzje. Chciał tylko dostarczyć towar do Wisenherta i tego kurczowo trzymał się aż do tego momentu. Dlatego nawet po odłączeniu się od głównej grupy, nie zadał sobie trudu postawienia jakichkolwiek pytań. I dlatego, aż do tego momentu, był całkowicie nieświadomy, jak bardzo cała ta sytuacja naprawdę go dotyczyła.

- Ja… muszę dokończyć co zacząłem – odparł Daniel. Odruchowo zaczął znów gładzić głownię swojego miecza opuszkiem palca. Zaraz jednak przestał. Ten gest wydawał mu się teraz bardzo nieprzyzwoity. - Przeszedłem przez całe to bagno, dwie pustynie i Miasto, w… konkretnym celu. Nie pozwoliłbym sobie teraz go porzucić.

Wirmir wzruszył nieznacznie ramionami.

- No właśnie. Też chcę to zrobić. To wszystko.

- Nie wolałbyś się wyleczyć? – włączył się nagle Martin. Wszyscy spojrzeli na niego z zaskoczeniem. Nie wydawało się jednak, by był zainteresowany tym, jaki cel mieli oni na myśli - Jesteś przecież zarażony, w przeciwieństwie do mnie i Daniela. Nie boisz się, że twój stan okaże wkrótce fatalny?

Wirmir uśmiechnął się. Ale samymi ustami.

- Nie. Nie bardzo. Będąc szczerym, to lekarstwo lub jego brak w ogóle nie robi mi różnicy.

-Doprawdy? Ale zdajesz sobie sprawę z faktu, że bez niego wkrótce umrzesz?

Wirmir parsknął krótkim, niewesołym śmiechem

- Możesz być inteligentem z wielkiego Miasta chłopcze, ale wciąż widać, że jesteś młody. Spójrz na mnie. Czy naprawdę widzisz we mnie człowieka, który chciałby żyć? Widzisz, jak wyglądają moje dłonie? – wyciągnął przed siebie swoje zrogowaciałe, lekko trzęsące się ręce, pokryte ciemnoniebieskimi strupami - Albo moje włosy? - wskazał na łysą czaszkę - Możesz wyobrazić sobie moje nogi? Albo brzuch? Albo organy, jak płuca, wątroba, czy serce? Wiesz, ile ja mam lat? Sześćdziesiąt trzy. Widziałem w życiu mnóstwo śmierci, całe mnóstwo. Moja żona umarła w pięćdziesiąt lat, pierwsza córka dwadzieścia cztery, druga dwadzieścia dwa, trzecia dwadzieścia, a obaj syn w wieku lat piętnastu. Jak po czymś takim mógłbym bać się śmierci?

Przy ognisku zapadła nieprzyjemna cisza. Daniel miał ochotę zapytać, czy wszystkich tych ludzi stracił w czasie wojny. Ale chyba zbyt bał się odpowiedzi.

Wirmir tymczasem patrzył na nich, czekając chyba na komentarz, albo może nawet właśnie na to pytanie. Ale jeśli o to chodziło, nie doczekał się. Kontynuował więc swoją wypowiedź.

- Ja po prostu jestem już stary. W dawnych czasach mógłbym żyć jeszcze dobre kilkadziesiąt lat, może nawet dobić do setki, ale dzisiaj mój wiek jest już właściwie cudem. Nawet jeśli jakoś dotarłbym do tamtego miejsca, nawet jeżeli faktycznie wyleczono by mnie z tam z tej całej krwawej łuszczycy, to ile bym jeszcze żył? Rok, dwa? I co robiłbym przez ten czas? Mam już dosyć pałętania się z kąta w kąt jak włóczęga, srania pod drzewami i żarcia grzybów prosto z lasu. Mam już dosyć tego życia. Jestem gotowy. Ale zanim to zrobię, chcę jeszcze spełnić swoje ostatnie marzenie.

- To znaczy? - podjął wątek Ash.

Wirmir spojrzał na chwilę w ziemię, jakby w pełzających tam robakach kryło się jakieś objawienie.

- Fabio. – odparł krótko. - Mój szwagier.

- Rozumiem. – westchnął po chwili Daniel. - Więc jesteś… taki jak ja? – Daniel czuł się głupio, ciągnąc tę oczywistą szaradę. Martinowi jednak jawne wykluczanie z rozmowy wydawało się wystarczać. A może rozumiał, że nie powinien wkładać nosa w nie swoje sprawy.

Wirmir tymczasem pokiwał smutno głową. Jego zimna, ciemnoniebieska skóra skrzyła się w refleksach ogniska.

- Tak. Właśnie tak. Ale nie tylko. Na tę wyprawę wyruszyła też cała moja rodzina. Wszyscy razem przeszliśmy przez bagna, widzieliśmy Miasto, pustynię i nieskończenie wiele przeciwności. Mój syn zaraził się łuszczycą, tak jak ja, a żona walczyła na bagnach z wilkami wielkości koni. Wszyscy przeszliśmy razem przez tyle okropieństw, walk i wojen, że aż trudno mi to wszystko zliczyć. Jak miałbym teraz spojrzeć im w oczy, gdyby po tym wszystkim przez co przeszliśmy, okazało się, że nie udało nam się tego zakończyć?

Daniel nie skomentował. Czuł się zmęczony, zdenerwowany i wyzuty ze wszystkich emocji. Nie miał ochoty nikogo żałować.

- A co z tobą? – dodał jeszcze Wirmir po długim milczeniu. Daniel dopiero po chwili uświadomił sobie, że pytanie było to skierowane Asha, a nie do niego. - Też chcesz to zrobić? Dokończyć, co zaczęliśmy.

Pytanie nie spotkało się z natychmiastową odpowiedzią. Ash popatrzył tylko najpierw na nich, potem na ognisko, a na koniec wrócił do mielenia gruntu końcem swojego łuku.

- Nie musisz mówić, jeżeli nie chcesz. - powiedział wreszcie zakłopotany Wirmir. - Masz prawo do tajemnic.

Chłopak podniósł wzrok i spojrzał na niego z jawną irytacją.

- Masz rację. – rzucił oschle. - Mam prawo. I myślę, że powinienem z niego korzystać.

Nikt nie skomentował. Przywykli już do ciągłego milczenia i wymijających odpowiedzi Asha, nie próbowali więc wyciągać z niego informacji. Przecież nikt nie kazał mówić pozostałym.

Żaden z nich się już nie odezwał. Po prostu milczeli dalej, wpatrzeni w huczące niczym gwiazda ognisko, które wiele kilometrów dalej tworzyło malutki, ledwo widoczny punkcik na horyzoncie. Punkcik ten, gdyby tylko chciał, mógłby dostrzec pewien stary, ciemnoskóry mężczyzna, o głosie przywodzącym na myśl wyschnięte drewno, a który tej nocy patrzył w swój własny płomień, wiele kilometrów dalej. Ale mężczyzna ten tego nie dostrzegł. Ani on, ani żaden człowiek z jego gwardii, od lat budzącej strach i popłoch pośród mieszkańców jego niby-kraju. Wszyscy byli zbyt zajęci liczeniem dóbr, które uzyskali, egzekwowaniem kar dla tych od których nie uzyskali nic, karmieniem koni, piciem, ostrzeniem broni, tańczeniem przy ognisku i wszystkim tym, co czyniło ich szefa królem, w jego własnym niby-kraju.

Nikt nie wiedział o tych, którzy się zbliżają i nikt nie myślał nad tym, co nadchodzi. Przynajmniej na razie.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania