Krwawy Szlak, rozdział dwudziesty ósmy - Starcie cz.2/2

Wisenhert ruszył po raz kolejny. Tym razem chłopak nie czekał, aż na niego wpadnie. Teraz wybiegł mu na spotkanie, ignorując zmęczenie i ból. Widział oczy konia, dwie czarne kule, kierujące się prosto w jego stronę. Widział cienką, srebrną szablę, błyszczącą w dłoni jego wroga. Spojrzał na swój miecz, gotowy by rzucić się i śmiertelnie ciąć. Nie przestawał biec, dopóki praktycznie nie wpadł na zwierzę. W ostatniej chwili zgiął kolana, ustawiając całe ciało do skoku w prawo. Zobaczył, jak Wisenhert podnosi broń.

Wtedy, uniósł nogę i odepchnął się w lewo.

Zobaczył zaskoczenie na twarzy przeciwnika, zobaczył pełne przerażenia, gorączkowe przerzucanie broni do drugiej ręki. Wylądował na lewej stopie, odepchnął się prawą od podłoża i z całym impetem piruetu wypuścił ostrze w stronę swojego celu. Ale nie atakował Wisenherta, na to było za późno.

Celował w konia.

Miecz wszedł gładko, przecinając zad niczym blok masła. Daniel usłyszał ranny kwik zwierzęca i poczuł na twarzy kropelki krwi. Cięcie było głębokie, rana obficie krwawiła. Zwierzę przewalało się już na bok, a Wisenhert desperacko próbował wyjąc nogę ze strzemienia, nim zostanie ona przygnieciona i złamana.

Daniel wykorzystał ułamek sekundy, by rozejrzeć się dookoła. Wirmir leżał bez ruchu na plecach. Ash zasłaniał się desperacko przed masakrującą go pałką. Kusznik bujał się na swoim koniu ze strzałą wystającą z gardła, a pierwszy jeździec dogorywał, rozszarpywany przez szaleńców. Drugi dobijał właśnie Asha.

Odwrócił się z powrotem. Żadnemu z nich nie mógł pomóc, a wygrana była jeszcze możliwa. Jeśli teraz uda mu się zabić Wiseneherta, pozostanie mu tylko jeden przeciwnik.

- Przepraszam, Ash – szepnął do siebie, choć wcale nie miał wyrzutów sumienia. I nie sądził, by miał je, gdyby nie wiedział, dla kogo on niegdyś pracował. Na wojnach ludzie umierali. Tak to już działało.

Pobiegł na Wisenherta z wyciągniętym mieczem. Ten wciąż leżał na ziemi, skąpany w krwi swojego wierzchowca. Chłopak zobaczył, jak przerażony sięga po zapasowy sztylet, ukryty za połami kurtki.

Za późno.

Nie miał już czasu by wstać, odpowiednio wycelować swoją broń, ustawić stopy ani by nabrać energii do poprawnego uderzenia. Na pół uderzenia serca był w potrzasku, skazany na łaskę Daniela.

I tyle by wystarczyło.

Gdyby w istocie sięgał po sztylet.

- Dosyć tego! – usłyszał Daniel, po czym potężny huk i błysk białego światła przerwał jego atak. Poczuł w przedramieniu i klatce piersiowej falę bólu, nie przypominającą niczego na świecie. Niesamowita moc odepchnęła go do tyłu.

Cofnął się, omal nie padając na ziemię. Ścisnął swoją rękę, patrząc na Wisenherta, trzymającego w dłoni mały, srebrny przedmiot wygięty w kształt litery L.

Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widział, ale wiedział dobrze, co to.

Pistolety istniały.

A Wisenhert ściskał właśnie jeden z nich w dłoniach.

- Koniec kurwa! Koniec! – wrzeszczał, podchodząc do Daniela, sapiąc ze złości, zmęczenia i bólu. – Zabiję cię, tutaj i teraz, do jasnej cholery!

Schował pistolet i podniósł z ziemi swoją szablę. Daniel próbował się bronić, ale połamane żebra i krew wypływająca z rany kazały mu o tym zapomnieć. Ledwie mógł stać, a co dopiero walczyć.

Ostrze szabli wylądowało na jego twarzy. Krzyknął, przewracając się. Wrzeszczał przeraźliwie, nieludzko, gdy ostrze spadło na niego ponownie, rozpruwając mu rękę, potem pierś i twarz. Daniel próbował się odczołgać, ale Wisenhert przygniótł go butem.

Spojrzał na broń, unoszoną do kolejnego ciosu. Wiedział, że nie czeka go szybka śmierć.

Zamknął oczy.

Wtedy, pojawili się szaleńcy.

Dwoje ludzi, których imion nawet nie pamiętał, zwabione jego krzykiem przybiegły, rycząc jak zwierzęta. Rzuciły jego oprawcę na ziemię, wbiły połamane paznokcie napierśnik i zepsute, zniszczone zęby w jego ręce.

Wisenhert próbował bronić się szablą, lecz dwoje szaleńców miało nad nim zbyt wiele przewagi. Ich furia wystarczała, by wytrzymać najgorsze uderzenie, ich histeryczna siła mogła przebić się przez najlepszy pancerz. Ostatni jeździec zbliżał się do nich, z przerażeniem patrząc na sytuację swojego pana.

Ale Daniel się temu nie przyglądał. Niespodziewana odsiecz szaleńców dała mu kolejną szansę. Z nieludzkim wysiłkiem przewrócił się na brzuch i spróbował odczołgać. Całe ciało, w szczególności zmasakrowana prawa ręka, bolało go opętańczo, ale myśl o ucieczce nie pozwalała mu się zatrzymać. Czołgał się, pokrwawiony, wymęczony, blady. Nie wierząc, że to w ogóle ruch o jego własnych siłach, próbował uciec poza teren placu.

Usłyszał za sobą kolejny, ogłuszający huk. Ale tylko jeden. Czyli choć jeden szaleniec mógł jeszcze walczyć. Uciekał jak najszybciej. Byle poza plac, byle dalej od przerażających ostrzy i ogłuszających wystrzałów.

Aż wreszcie dotarł, doczołgał się do głębokiego, miejskiego kanału. Wpadł do środka i ukrył w zagłębieniu.

Przewrócił się z powrotem na plecy, próbując chociaż tak ograniczyć kontakt ścieków z jego ranami. Cięcie na plecach wciąż oblewała brudna woda, ale na to nic nie mógł poradzić. Nawet stąd dalej słyszał pełen przerażenia krzyk Wisenherta.

Czy był to okrzyk agonalny? Czy mężczyznę, którego tak nienawidził spotkała wreszcie śmierć? Czy któryś z szaleńców dokonał tego, czego on nie mógł?

Nie wiedział. A nawet gdyby mógł wiedzieć, nie czułby żadnej satysfakcji. Gdy leżał pokrwawiony w miejskim ścieku, nie było już nim nienawiści, strachu, gniewu, potrzeby zemsty czy bólu. Było jedynie zmęczenie i niesamowite, ostateczne zimno. Wiedział, że to koniec.

Zamknął oczy.

Zasnął.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania