Krwawy szlak, rozdział czternasty - dwadzieścia niewolniczych dni 1/2

Czas pochodu: 35

Stan pochodu: 38

 

Kolejny dzień pracy Daniel ledwie zapamiętał. Od momentu wstania aż do ostatniej wieczerzy, przez cały czas czuł, że jest u kresu sił. Gdy tylko się obudził, zdawało mu się, że jego ciało jest niczym z ołowiu, nie wierzył, że uda mu się wykonać choćby krok. Mimo to, pod wpływem rozkazów i krzyków jakoś wstał, a następnie udał się w odpowiednie miejsce. Zaskakująco, dano im nieco czasu i kilka wiader wody, by mogli się umyć, co nie było częścią ich normalnej dziennej rutyny na nieprzyjaznych stepach. Dla niektórych z nich, była to w sumie pierwsza kąpiel od naprawdę wielu lat. Potem wracał do kamieni i cały dzień pracował jak w malignie, nie pamiętając, co robił dziesięć minut temu, ani co powinien robić za godzinę. Wyłupać, podnieść, upuścić, wyłupać, podnieść, upuścić. To było wszystko, o czym musiał myśleć i starał się, by jego umysł nigdzie dalej już nie wędrował. Wśród totalnego zmęczenia nie miał siły rozmawiać, opuściły go wszystkie myśli. Ręce działały jakby same, nogi po prostu szły, nie złączone w żaden sposób z jego jaźnią. Wyłupać, podnieść, upuścić, wyłupać, podnieść, upuścić. Tak aż do wieczora, bez jednego słowa, jednej zbędnej myśli. Potem jedzenie, siedzenie samemu ze sobą, kamienny sen bez snów, kolejna pobudka. Kolejna praca. Tak minął dzień drugi, potem trzeci, potem kolejne, następne. W ten sposób spędzał kolejne tygodnie.

Nie wszyscy mieli się jednak aż tak źle. Starsi, lepiej zbudowani i zahartowani w życie mężczyźni potrafili wytrwać, starczało im energii na rozmowy po pracy i szukanie zajęć. Niestety, dodatkowa energia i tak na niewiele im się przydawała, bo bez nadzoru nie wolno było im ani opuszczać terenu parkingu, strzeżonego stale przez straże, ani oddalać się od miasta za dnia, chyba że na msze. Tak właśnie miewał się Dante, który wściekły o te ciągłe kontrole zaczynał coraz częściej sarkać, jęczeć i narzekać, razem z resztą tych, którzy mieli na to siłę. Także co sprytniejsze kobiety i słabi mężczyźni, znajdowali sposoby, by się obijać pod nosem nadzorców. Szczególnie Ash zdawał się i tutaj znać kilka sztuczek, których nie wiadomo gdzie się nauczył. Po pracy, mimo zmęczenia, ale zgodnie z prośbą poczynioną przez Daniela, pokazywał ludziom, jak wykrzesać mniejsze kamienie, by mniej się zmęczyć, albo udawać używanie dźwigni, gdy w rzeczywistości po prostu upiera się dla chwili wytchnienia. Takie i inne oszustwa, których używali, by dać sobie chwilę czy dwie na odpoczynek, ratowało wielu z nich od omdlenia albo kompletnej katatonii, wywołanej zmęczeniem. Strażnicy nabierali przez to podejrzeń i stawali się coraz okrutniejsi, z każdym dniem chętniej i mocniej wywijając swoimi batami, poganiając ludzi i nie szczędząc przekleństw pod ich adresem. Dla osadników była to jednak mała wojna. Oni się lenili, a oni poganiali i tak zamykało się koło.

Czasem na pole ich pracy przychodził Kapłan, twierdząc, wysłał go Kenbra. Dawał ludziom dobre słowo, przekazywał nowe nauki i słowa swojego boga, pomagał temu czy innemu. Na początku ludzie przyjmowali go z dużą niechęcią, pogardą, lub nawet otwartą wrogością, wszyscy jednak , chcieli czy nie, musieli go słuchać i zaskakująco, z dnia na dzień kilka osób zaczynało powoli czuć, że w słowach Kapłana kryje się mimo wszystko jakaś mądrość i słuchać go coraz uważniej. Z czasem liczba takich osób systematycznie się zwiększała, a kolejne osoby zaczynały twierdzić, że słuchanie nauk dadaje im sił. Co więcej, czasem, gdy ktoś z wierzących mu naprawdę mdlał już z braku energii lub dyszał niepokojąco, Kapłan przychodził do niego. Nacinał wtedy jego skórę i stawiał na niej dziwaczne, niezrozumiałe znaki, wykonane krwią nacinanego, błogosławiąc go przy tym i obiecując wspomożenie Kenbry. Każdy potraktowany w ten sposób faktycznie stawał dzięki temu, ożywiając się i wracając do pracy z dodatkowym zapałem. Mimo tych cudów, nie wszyscy wierzyli w moce Kapłana, choćby dlatego, że pomagał tak wyłącznie swoim zadeklarowanym wyznawcom. Wielu sceptyków próbowało potem powtórzyć te znaki na sobie i innych niewierzących, ale zawsze bezskutecznie. Nikt poza wyznawcami Kenbry nie czuł się lepiej po tych zabiegach, żadne znaki im nie pomagały. Kapłan twierdził na to, że magia której używa może być wykorzystana tylko przez niego, bo była mu dana od Kenbry. Niektórzy spośród nich zaczęli w to wierzyć, inni dalej wątpili. Koniec końców jednak coraz więcej przychodziło na msze, recytowało na ziarnach różańców siedem nakazów, mimo zmęczenia modliło się śpiewnie wraz z Kapłanem i innymi wiernymi wieczorem, zamiast oszczędzać słabe siły. Wiara zdawała się im naprawdę pomagać. Było to w sumie zrozumiałe. W świecie katorżniczej pracy, stałych nadzorów i głodowych racji, cuda Kenbry, dawały ludziom nadzieję i siłę, nie żądając przecież w zamian niczego, poza przestrzeganiem kilku zakazów i odrobiną modłów. Była to niewielka cena za tak potrzebną im wiarę w zwycięstwo, której ani Daniel, ani Binna nie potrafili im zapewnić.

Z tajemniczym człowiekiem często rozmawiała także ich dowódczyni. On przychodził po nią kiedy chciał, często w środku dnia pracy, przekonując usilnie, by gdzieś z nim poszła. Czasami zdarzało się, że zmuszał ją do opuszczenia całego dnia i nawet Carl, choć próbował, nie mógł nic na to poradzić. Binna często odmawiała, nieraz wyrażała sprzeciw, bywało jednak, że zgadzała się, szczególnie pod naciskiem wierzących osadników. Ale o czym rozmawiała z Kapłanem? Co wspólnie robili, co mogli ustalać? To mogli wiedzieć tylko oni. Wielu przypuszczało jednak, że Kapłan uparcie ją do czegoś przekonuje. Czegoś, na co ona absolutnie nie chce się zgodzić. Wydawało im się tak, bo ilekroć on do niej przychodził, a ona w końcu zgadzała się iść praktycznie zawsze słyszeli wcześniej to samo stwierdzenie. „Ale wiedz, że odpowiedź wciąż jest taka sama.”

Ludzie dużo mówili na ten temat. Przynajmniej w przeliczeniu na procent wszystkich rozmów, które prowadzili, bo choć oszustwa Asha trochę im pomagały, to odkąd przybyli do Miasta, wszystkie rozmowy praktycznie ustały. Skatowani pracą, dręczeni głodowymi porcjami jedzenia, przemęczeni na wszystkie sposoby, lustrowani i kontrolowani niemal całą dobę i wewnętrznie skłóceni, ludzie zrobili się nerwowi, grymaśni i cisi. Odzywali się teraz głównie wtedy, gdy ich o to proszono, rzadko marnując energię na niezobowiązujące pogaduszki. Temat Binny i Kapłana, był obok jedzenia i Hutników jednym z bardzo nielicznych, jakie wciąż kogokolwiek interesowały. Zdania zaś były podzielone. Ci, którzy zaufali Kapłanowi, mieli Binnie za złe, że wciąż się mu sprzeciwia, ci zaś, którzy nie wierzyli, gardłowali przeciw niej za to, że zgadza się z nim chodzić, zamiast pracować. Mało kto wciąż myślał o niej jak o swojej królowej. Ona sama też sobie nie pomagała. Gdy tylko przychodziła na miejsce spoczynku, z nikim nie rozmawiała, nie wydawała już żadnych rozkazów, a do tego coraz mniej chętnie korzystała z magii i unikała choćby mówienia o niej, jeśli ktoś już w ogóle pytał. Zachowywała się, jakby sama wierzyła, że jej działania to pogański, wstrętny Kenbrze obrzęd, jak niektórzy od jakiegoś czasu jej wyrzucali, pomimo, że Kapłan nigdy nie mówił niczego takiego.

Binna wykonywała wszystkie swoje obowiązki, ale poza tym milczała niemalże cały czas. Jej osada była po raz pierwszy w swojej krótkiej historii nie tylko wewnętrznie podzielona, ale i zarazem pozbawiona swojej liderki wtedy, gdy najbardziej jej potrzebowała.

Przez pierwsze kilka dni, Daniel z wysiłku kompletnie zapomniał o buncie i walce. Nie robił nic poza pracą, nie był nawet wstanie myśleć o czymkolwiek innym. Niewolnicza harówka pozbawiła go wszystkich myśli i sił, osłabiła do granic i wyprała z myśli, a zapewne złamałaby go do reszty, gdyby nie nagła wizyta Dantego. Pewnego wieczoru, już po kilku dniach wśród kamieni, podszedł on do jego miejsca spania. Powiedział, że zebrał już ludzi, ma nawet więcej niż potrzebuje i wszyscy oni są gotowi do działania, absolutnie kompetentni i godni najgłębszego zaufania. Stwierdził też, że mają dosyć czekania i chcą wreszcie otrzymać rozkazy. Tylko ta wizyta sprawiła, że Daniel wrócił do planu buntu, o którym zdążył już niemalże kompletnie zapomnieć. W pierwszym odruchu zdziwił się, że jego przyjaciel w ogóle wciąż myśli o czymś takim. W tamtej chwili, zmęczony, senny i głodny, miał ochotę przegonić go i zapomnieć o wszystkich głupich zamiarach, jakoś się podniósł. Bardzo pomocne były w tym wspomnienia łez płynących z jedynego czynnego oka Graice i trupie, którego był Wisenhertowi dłużny. Głównie wspomnienia sprawiły, że wstał i omówił wszystko z Dantem. Potem spędził całą noc myśląc wyłącznie o tym, jak trudne staną się od teraz kolejne dni, było już jednak za późno, by się wycofać. Ustalił wszystkie szczegóły najpierw ze swoim przyjacielem, a potem z Binną i od tej pory, całe dnie spędzał na wyłupywaniu, przenoszeniu i układaniu bloków kamienia, nocą zaś, zamiast spać, wykonywał kolejną pracę. A właściwie, to cztery zadania, które musieli wykonać „pod stołem”:

Pierwszym, którym mimo marazmu i nadzoru Kapłana zajęła się Binna, była magiczna komunikacja z Graice i innymi członkami podziemia, a następnie przekazywanie zdobytych od nich informacji, których wykonywaniem zajmowali się potem odpowiedni ludzie.

Drugą częścią ich pracy była dywersja. Do tego zadania ochoczo zgłosił się Dante oraz kilku jego bliskich przyjaciół. o wiele więcej osób było bardzo chętnych, by zająć się tą sprawą, przypadła ona jednak w udziale tylko paru. Mieli oni przyciągać swoją osobom jak największą uwagę, by zająć czymś strażników, podczas gdy inni wykonywali swoją pracę. W tym celu musieli więc wywoływać lub inscenizować bójki, histerycznie reagować na drobne urazy, wdawać się w dyskusję z nadzorcami, słowem robić jak największy bałagan, chaos, rwetes i nieporządek, by skupić na sobie całą okoliczną uwagę. W gruncie rzeczy, ich zadanie nie różniło się właściwie aż tak bardzo od ich dotychczasowej postawy. Robili mniej więcej to co wcześniej, tyle że teraz na zlecenie.

Gdy oni odstawiali swoje spektakle i wygłupy, kolejna czwórka zajmowała się zdecydowanie najpopularniejszą u nich częścią całej operacji, czyli sabotażem. Zgodnie z instrukcjami przekazywanymi z wewnątrz Binnie, a od niej im, dokonywali przypadkowych uszkodzeń sprzętów i skał, wywoływali drobne wypadki, wydłubywali kawałki szarej masy spomiędzy kamieni i dokonywali tym podobnych drobnych zniszczeń, które miały za zadanie powoli, stopniowo stworzyć usterki na tyle małe, by nikt ich nawet nie zauważył, ale na tyle duże, by skutecznie i trwale opóźnić budowę muru, dając więcej czasu buntownikom i ekipom z osady. Dzięki temu mur miał pozostać jeszcze nieukończony gdy wybuchnie kolejne powstanie, a przy odpowiednich działaniach, pęc w specjalnie dobranym miejscu, tworząc szczeliny, które pewnego dnia spowodują konsekwencje, mające wykraczać daleko poza wizytę Daniela i jego ludzi. Wszyscy działali przy tym tak zaskakująco dokładnie i precyzyjnie, że nikt nawet nie podejrzewał celowości tych działań. W teorii sabotażyści mieli ograniczać się głównie do długoterminowych i skrytych działań, mających zaowocować dopiero długo po odejściu Daniela i jego ludzi, w praktyce jednak osoby odpowiedzialne za to nieraz dawały ponieść się fantazji i często, przenosząc ciężkie bloki kamienia i słuchając gróźb poganiaczy, wszyscy cieszyli się w duchu jak dzieci, widząc jak wszędobylscy i chełpliwi budowniczy skakali na jednej nodze klnąc na czym świat stoi, lub jeszcze siarczyściej, gdy wielkie ciężkie bloki, które układali godzinami, nagle pękały na pół, czy nawet zawalały się niczym z klocków. Jeśli ktoś został przy tym złapany oznaczało to oczywiście rozmaite, czasem naprawdę wyszukane kary, takie jak biczowanie, głodzenie, bicie, czy nawet duszenie, wszystko to jednak zdawało się spływać po ludziach jak po kaczce, gdy nagrodą była tak piękna zemsta za godziny głodzenia i zmuszania do siermiężnej pracy.

Ostatnim zadaniem, czyli pozyskiwaniem, zajmował się przede wszystkim Daniel. W teorii było ono proste. Gdy uwaga nadzorców zostawała odwrócona przez dywersantów, on przychodził we wcześniej umówione miejsce i przez nikogo nie zauważony spotykał się z łącznikiem lub otwierał odpowiednią skrytkę, dzięki czemu zdobywał specjalne przedmioty, mające pomóc im w dalszej części ich misji. Czasami miejscem w które miał się udać był specjalnie określony fragment muru, w którym czekała specjalnie na taką okazję przygotowana skrytka, innym razem łącznik sam czekał w określonym miejscu, a w niektórych przypadkach odpowiednie przedmioty były zwyczajnie przerzucane przez mur w określonym miejscu i czasie. Czasem zdarzało się jednak, że to on musiał wejść za niezabudowany jeszcze fragment muru i osobiście odebrać fant, gdyż ten był zbyt cenny i kruchy, by go wynieść. Tych nocnych wycieczek, mimo walorów turystycznych, Daniel zdecydowanie nienawidził najbardziej, wiedząc, że jeden głupi ruch może go tam kosztować nie tylko dekonspirację, ale i życie. Ryzyko jednak opłacało się. Dzięki serii swoich ryzykownych wycieczek, Daniel i jego zastępca zdobyli dla drużyny między innymi zestaw latarek, scyzoryki, przedwojenne zestawy suszonej żywności, potężną przedwojenną truciznę, nieprzemakalne ubrania i obuwie, filtry do wody, łopaty, kompasy, złożone mapy, całe zestawy leków i masę papierków lub metalowych krążków, które tutejsi uważali za przydatne. Te ostatnie Daniel przyjmował dość niechętnie, wiedząc że są tak zwane „pieniądze” są wytworem Wisenherta, step nauczył go jednak, że ci, którzy wybrzydzają, nigdy nie kończą dobrze. Większość łupów i tak zaraz przekazywał Binnie, która zagrzebywała je w sobie tylko znanym miejscu, nie miał więc czym się zajmować.

Wszystko szło dobrze. Praca, choć ciężka, była wykonywana, nadzorcy starali się nie zabić żadnego ze swoich podopiecznych, konspiracja rosła cicho w siłę, a ludzie wytrzymywali jakoś każdy kolejny dzień, jedni pośród modłów, inni spisków, a niektórzy po prostu jakoś zaciskając zęby i żyjąc. Sprawa nie była łatwa, każdy jednak trwał jakoś na swój własny sposób. Jedynie Kapłan cały czas pozostawał dla wszystkich niewiadomą, niezbadaną jednostką, ale i on nie zdawał się jednak atakować nikogo wprost, jakoś więc go wytrzymywano. Trwało to tak długo. Wszystko szło przyzwoicie niemal przez całe trzy tygodnie, prawie do samego końca. Prawie. Bo na równo dwa dni przed opuszczeniem Miasta, coś jednak poszło nie tak. A miało to miejsce przy ostatnim spotkaniu, Daniela z Kenbrą, gdy ten wreszcie upomniał się o swoją owieczkę.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania