Krwawy szlak, rozdział siódmy: Chwila wytchnienia

Gałązki i szczapy płonęły w ogniu, bieląc się i trzaskając miarowo, gdy siedzący na trawie Daniel patrzył bezmyślnie w ogień i grzejący się na nim kawałek wieprzowiny. Odrobinę tęsknił za materacami i kocami, jakimi opatulano go w wiosce, ale tutaj nie były mu one potrzebne, więc ich nie zabrał. Tam gdzie żył, noce zawsze były wystarczająco ciepłe ciepłe, by wystarczyło nawet liche ognisko, a materace i poduszki uchodziły za zbędny luksus, którego nie warto targać na szlak. Zresztą przez lata i tak przyzwyczaił się już do zimna i niewygody. Nie obchodziły go także robactwo ani wilgoć. Zawsze spał tak, jak akurat mógł, niezależnie od tego jakie to były warunki. To było po prostu wpisane w życie w jego czasach.

Czasem zdawało mu się śmieszne to, jak przez ostatnie kilka lat spadły ludzkie oczekiwania. Mark opowiadał mu kiedyś o swoim dzieciństwie. Dla niego, zaledwie kilka dekad temu coś takiego jak sen w łóżku, miękkiej pościeli i ciepłym pokoju wydawał się normalny. Każdą jego noc poprzedzał posiłek i kąpiel, a bezpieczna pobudka następnego dnia była oczywista. Wtedy wszyscy chodzili syci, bezpieczni i czyści. I zaledwie kilka lat temu ludzie byli pewni, że tak już pozostanie na zawsze, a w ciągu kilu lat dostęp do takich warunków będą mieli wszyscy ludzie na świecie. Nikt nawet nie wątpił w to, że zawsze będzie tak jak wtedy, a z biegiem lat może być tylko lepiej.

Tymczasem dziś, zaledwie jedno pokolenie do przodu, jedynym na co liczył kładący się do snu człowiek była możliwość zaśnięcia z pełnym żołądkiem. Teraz luksusem był brzuch napełniony byle jak upieczonym świńskim mięsem i pozbawionym smaku surowym kakaowcem.

Daniel spojrzał jeszcze raz na nadziany na kij schab i uznał, że piecze się już wystarczająco długo. Zdjął więc mięso i chwycił w palce. Zgrubiałe i utwardzone latami pracy dłonie sprawiały, że praktycznie nie czuł ciepła.

Złapał upieczoną strawę zębami i odgryzł kawałek. Soki z zarumienionego mięsa trysnęły mu w usta. Zdawało mu się, że jego żołądek podskoczył radości, gdy po całym dniu jedzenia czarnych ziaren miał w ustach pieczoną wieprzowinę. Cały jej półkilogramowy kawał pochłonął w zaledwie kilka minut.

Po skończony posiłku Daniel położył się z powrotem na trawę. Nie czuł się senny, ani nie miał ochoty z kimkolwiek rozmawiać. Leżał na plecach i tępo patrzył w gwiazdy. W głowie kotłowało mu się mnóstwo myśli, wszystkie jednak łączyły się bezpośrednio z jego ojcem, a dość już miał myślenia o nim i nie zniósłby chyba kolejnego powrotu do tych wspomnień. Starał się zamiast tego myśleć o czymkolwiek innym, nie związanym z tamtymi czasami.

Dlatego chyba po raz pierwszy w życiu zaczął myśleć o tym, co było zanim go poznał. Czuł się dziwnie wracając do tego tematu. Po przeżyciu wojny i wszystkich jej okropieństw, tamte dni wydawały mu się zakryte mglą i nierealne, jak gdyby to wszystko nigdy nie miało miejsca, albo przydarzyło się zupełnie innej, kompletnie obcej mu osobie.

Ledwo pamiętał ten okres. Nie potrafił nawet powiedzieć, jak dawno temu się to działo. Dwa lata? Trzy? Pięć? A może znacznie więcej? Dla niego mogłyby równie dobrze odbyć się wczoraj co pięć wieków temu. Wszystko co z nich pamiętał, to że podróżował razem z jakąś inną grupą ludzi po małym, kompletnie opustoszałym i zniszczonym miasteczku. Nie potrafił sobie przypomnieć twarzy czy imienia żadnego ze swoich towarzyszy, pamiętał jedynie, że wszyscy byli tacy jak on. A raczej taki jakim był wtedy, bo bynajmniej nie przypominaliby go dzisiaj. Z trudem przypominał sobie jak przez mgłę, wieczne chodzenie głodnym, zmarzniętym i przerażonym. Każdy ciągle się z każdym kłócił i bił, ale były to walki bezsensowne i nie przynoszące żadnego zwycięscy. Zamiast atakować pięściami czy kopać, ludzie jedynie chwytali się za ubrania, albo szarpali za ręce i ramiona, czy też targali sobą i próbowali powalić. Był to raczej dziwaczny taniec, który mało przypominał walkę.

Pamiętał też, że stale czegoś szukali. Zawsze też mieli jakiegoś dowódcę, i choć niemal co tydzień zostawał nim kto inny, każdy stale kazał czegoś szukać. Jedni szpitali, inni żołnierzy, jeszcze inni stacji radiowych lub bunkrów. Nie wiedział po co konkretnie ich szukają. I możliwe, że ci dowódcy też tego nie wiedzieli. Może szukanie to był po prostu cały ich plan.

Pamiętał także potwory. Dużo, nawet bardzo dużo potworów. Małe, zwinne owady wielkości głowy, kąsające i tnące zakrzywionymi szponami; oślizgłe zielone gluty łapiące za poły kurtek i nogi swoimi palczastymi ogonami; czarne, pół bezkształtne masy, zdające się utkanymi z śluzu i dymu, przechodzące na wylot przez kości i mięśnie, zostawiając za sobą ropiejące rany i zmielone ciało. Te, oraz wiele innych okropności codziennie czyhały na nich i spokojnie, miarowo, niemalże od niechcenia zabierały więcej i więcej ludzi, a mimo to ich grupa prawie się nie zmniejszała. Zawsze na miejsce poległych jakby znikąd zjawiali się kolejni, tak samo brudni, tak samo zmęczeni, tak samo słabi i głodni. I niemal zawsze wręcz błagający o przyłączenie ich do i tak skazanej na śmierć grupki.

Gdy zaczął się koniec, było ich trzydziestu pięciu. Po półtorej miesiąca, zostało czterech z tamtego składu, dwudziestu jeden wszystkich, i prawie dwie setki zasypanych grobów.

Gdy przez cztery dni błąkania nie spotkali nikogo żywego, za to ich grupka zdążyła pomniejszyć się jeszcze o piętnastu towarzyszy, ówczesny dowódca postanowił, że powinni opuścić miasto, by szukać nadziei gdzie indziej, byleby jak najdalej od zabudowań. To chyba była dobra decyzja, bo poza miastem ich szóstka przetrwała jeszcze dwa lub trzy tygodnie, nim wszyscy poumierali. Daniel był sam całe dwa dni, nim napadły go wilki i zjawił się Mark.

Komuś kto słuchałby jego słów, wydawać by się mogło, że dobrze to wszystko pamięta. Mógłby się także dziwić się, że mimo przejścia tak wielu okrucieństw i śmierci wciąż jeszcze jest w stanie normalnie funkcjonować. Przecież większość ludzi nigdy nie otrząsnęłaby się nawet z połowy tego, co on widział.

On jednak wcale nie przejmował się tym, co zostawił za sobą, bo zwyczajnie wcale tego nie pamiętał. Mimo że był w stanie podać większość szczegółów, opowiedzieć o najważniejszych wydarzeniach, czy nawet wielu działaniach, jakie podjęli, kompletnie nie pamiętał tego, co naprawdę się działo. Wszystko to było dla niego jedynie słowami, które wypowiadał jak szkolną regułkę, której znaczenia kompletnie nie rozumiał. Nieraz musiał zatrzymywać się na długą chwilę i zastanawiać się, co właśnie powiedział, by dotarło do niego znaczenie jego własnych słów.

Lubił myśleć, że to właśnie była cena jaką musiał zapłacić za utrzymanie poczytalności, mimo zobaczenia tylu koszmarów. Nie mógł oszaleć z rozpaczy i bólu, bo całe przebyte przez niego piekło było jedynie niezrozumiałym, idiotycznym snem, którego i tak nie pamiętał. Po części żałował nawet, że i tym razem nie może tak być. Zapomnienie o Marku, Binnie, Achisie i wszystkich przygodach oznaczałoby ponowną, już trzecią utratę wszystkiego co miał, ale przynajmniej pozwoliłoby mu to pozbyć się tej okrutnej dziury, która przebijała mu się przez serce i nie pozwalała myśleć, siedzieć ani spać, a kazała jedynie z bezsensownym, oślim uporem przeć przed siebie. Gdyby znów zapomniał, nie musiałby iść w okrutną, niemożliwą przeprawę, ani każdego dnia budzić się o jednej porze, w półśnie czekać aż dobudzi go Mark, a potem przypominać sobie wszystko i na nowo pogrążać w rozpaczy. A przede wszystkim, nie musiałby się mścić.

Pytanie tylko, czy naprawdę tego właśnie chciał? Przecież Mark był dla niego jak ojciec, a poza wspomnieniami nie miał po nim niczego. Czy naprawdę był gotów je oddać w zamian za święty spokój?

Daniel spojrzał w ognisko. Nagle czuł się zmęczony i stary niewyobrażalnie stary. Położył głowę i zamknął oczy, sen jednak nie chciał nadejść. Po prostu leżał, patrząc w oczy tysiąca gwiazd oświetlających jego długą jeszcze drogę.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania