Krwawy szlak, rozdział dwudziesty - Ostatni Przewodnik

Czas pochodu: 31

Stan pochodu: 32 + 1

 

Daniel i Martin stali naprzeciwko siebie. Obaj milczeli. Kilka trupów leżało wśród piasku, patrząc niewidzącymi oczyma w szarobrązowe niebo, gdy wysuszona gleba piła ich karminową krew. Dookoła nich było czterdziestu ludzi, w tym kilku martwych lub umierających. Ale nikt się nie odzywał. Panowała cisza.

Martin wciąż stał w tej samej pozycji, nie drgnąwszy ani o milimetr. Przypominałby odlany z żelaza posąg, gdyby posągi mogły patrzeć wzrokiem pełnym statecznej, wyrachowanej nienawiści.

Ale nie odzywał się. Żaden z nich tego nie robił.

Po długiej chwili milczenia, powoli złożył swoją broń, po czym włożył ją z powrotem do zawieszonej na plecach pochwy. Poruszał się przy tym powoli i bardzo ostrożnie, jakby żywił jakąś szaloną nadzieję, że mogłoby to wskrzesić leżące dookoła trupy.

Do Daniela nie docierała otaczająca go rzeczywistość. Po prostu nie dowierzał temu, na co patrzył. Miał wrażenie, jakby świat dookoła niego został strzaskany, zniszczony jakimś szalonym, nienaturalnym zaklęciem. Wciąż kurczowo trzymał w dłoniach swój miecz, ale już tylko po to, by czuć się bezpieczniej.

-Dlaczego? – miał wrażenie, że nie trafiają do niego jego własne słowa. Czuł się, jakby słuchał kogoś innego, stojącego gdzieś bardzo daleko. – Dlaczego?... go zabiłeś?...

Mężczyzna przeniósł spojrzenie na Carla, potem na Asha, następnie na cały otaczający ich tłum i wreszcie wrócił do Daniela. Po długiej chwili czekania, wyjął zza ubrania małą, brązową piersiówkę i pociągnął z niej długi łyk. Jego twarz nie wyrażała niemal żadnych emocji.

-Matematyka. Wykonałem prostą kalkulację. Nic więcej.

Chłopak patrzył na niego, ale słowa ledwo do niego docierały. Wciąż był zbyt oszołomiony i zdezorientowany. Próbował ułożyć sobie w wolno pracującej głowie wszystko to, co zobaczył, ale nie było to łatwe, dla człowieka w całości oblepionego piaskiem, potem i zasychającą krwią. Miał wrażenie, że dookoła jest zwyczajnie zbyt wiele, by wszystko to przetworzyć.

-Matematyka? Kalkulacja? – Nie potrafił przypomnieć sobie, co w ogóle znaczą te słowa. – O czym ty mówisz?

Martin spojrzał na Daniela wzrokiem pełnym czystego, pustego zmęczenia.

-Gdy zobaczyłem co się dzieje, wykonałem w głowie szybki rachunek. Przede wszystkim uwzględniłem to, że nie jestem typem patriotycznego głąba, który byłby gotowy zginąć, byleby pogrążyć swojego wroga i zabić jak najwięcej ludzi. Ani tym bardziej takim, który gotów byłby umrzeć tylko po to, by odnieść moralny triumf nad przeważającymi siłami nieprzyjaciół i zostać zapamiętanym jako bohater. Jestem tym typem patriotycznego głąba, który woli przeżyć, by on i jego ludzie wyszli z każdej sytuacji z jak największą korzyścią. Uratować maksymalną ilość osób, zapewnić innym bezpieczeństwo, zadbać o to, by samemu wrócić do domu. To są rzeczy, które się dla mnie liczą. Nie obchodzi mnie, z kim muszę się w tym celu zjednoczyć, ani jak mnie ocenią. A już na pewno nie obchodzi mnie życie jednego, bezradnego człowieka, który i tak nie mógł już uniknąć śmierci.

Martin westchnął ciężko i spojrzał na Daniela. Przypominał kogoś, kto z głodu postanowił zjeść szczura, byleby przeżyć.

-Dlatego, gdy zobaczyłem, trzydziestu sześciu uzbrojonych i wściekłych ludzi, rzucających się na zaskoczoną czwórkę, wiedziałem, że walka nie ma sensu. To nie było starcie, które można by wygrać. Mogłem zabić jednego lub dwóch, może trzech, jeśli miałbym szczęście. A potem rzucilibyście się na mnie i rozszarpali na strzępy. Porzucilibyście też nasz wóz z bronią, bo wam na nic by się nie przydał i szli wgłąb pustyni, a potem dalej, Kenbra tylko wie dokąd. Może zabłądzilibyście wśród wydm i zginęli, ale na to szansa wydała mi się mała. Bardziej prawdopodobne było to, że przeszlibyście przez Pola Egipskie i udali gdzieś dalej, nigdy nie mając zamiaru wracać do Miasta.

Kolejne westchnięcie Martin skierował do trupa swojego towarzysza, leżącego teraz wśród piasku. Jeśli faktycznie choć trochę było mu żal Carla, to zdecydowanie dobrze sobie teraz z tym radził.

-A Miasto tymczasem wciąż czekałoby, aż wrócimy zza pustyni, niosąc świeże zapasy racji żywnościowych, wymienione u Wisenherta za wykutą przez nas broń. Ludzie długo nie mieliby tam jeszcze pojęcia, co się wydarzyło. Zjadaliby wszystko co tylko by mieli, kompletnie nie świadomi, że nowe porcje nigdy nie nadejdą. Dzień za dniem, tydzień za tygodniem, kończyliby kolejne zapasy, i tak mocno już uszczuplone waszym przybyciem, potem zaczęli otwierać rezerwy, a wreszcie polować na chwasty i szczury, aż w końcu nie zostałoby im nic. Kiedyś w końcu połapaliby się, co musiało się wydarzyć, ale dawno byłoby już za późno. Nasze miasto padłoby. Ludzie zaczęliby walczyć o resztki, próbowali uciekać, może nawet zjadaliby siebie nawzajem. Zmieniliby się w zwierzęta, a potem wszyscy zginęli. Każdy, nieważne, jaką częścią społeczności był.

-Dalej nie rozumiem, jaki to ma związek z zabiciem twojego przyjaciela.

-Prosty. Otóż tak właśnie stałoby się, gdybym zastrzelił ciebie, albo któregoś z losowych ludzi. Zdawałem sobie jednak sprawę z tego, że gdyby z tej masakry cało wyszedł choć jeden Hutnik, całą ta historia mogłaby skończyć się kompletnie inaczej. Taki Hutnik mógłby sprzymierzyć się z dowódcą, przeprowadzić was dalej przez pustynię, spotkać z Wisenhertem, oddać mu zamówioną broń, zebrać jedzenie potrzebne do dalszego istnienia Miasta, a na koniec wrócić z nim do domu. Tam opowiedziałby ludziom swoją historię, opłakiwał straconych przyjaciół i kamratów, poprzysiągł wieczną nienawiść bandzie dzikusów, która ich zamordowała i zarzekł się, że nie ma pojęcia, gdzie mogą teraz być. Otrzymałby może jakąś symboliczną karę, bo zabicie Hutnika pozostawałoby przecież morderstwem, ale nieważne co by się stało, tak samo on, jak i wszyscy na których mu zależy dalej by żyli, zamiast tkwić pogrzebani wśród piasków albo umierać z głodu wśród murów.

-Ale by ten scenariusz się dokonał, taki Przewodnik musiałby najpierw przeżyć jakoś to bitewne szaleństwo, jakie dookoła niego wybuchło, a następnie znaleźć kogoś, kto nie pozwoliłby zabić go, gdy tylko sytuacja się uspokoi. Kogoś, kto będzie wiedział, że istnieją rzeczy ważniejsze niż wyrzynanie się dookoła niczym banda demonów. Kogoś cywilizowanego, innego niż otaczające go bydło. Dlatego, widząc Carla, szarżującego na ciebie bezmyślnie jak oszalałe zwierze, niemal natychmiast podjąłem decyzję. Wypuściłem ten bełt, zapewniając sobie tym samym obie potrzebne mi rzeczy - przerwałem trwający dookoła mnie niezmyślny chaos i ocaliłem życie jedynego człowieka na tyle inteligentnego, by chcieć ocalić moje.

Daniel przez cały czas trwania tej przemowy słuchał w napięciu, ukradkiem gładząc głownię swojego miecza, by choć trochę się uspokoić. Musiał dać teraz z siebie wszystko, by nie pozwolić, by to co się działo wyprowadziło go z równowagi. Odgonić tak samo przerażająco zimną i chorą logikę stojącego przed nim człowieka, jak i obrzydliwą świadomość, że to, co leży teraz dookoła, do niedawna było jeszcze żywymi ludźmi. Po raz kolejny mógł podziękować Markowi za to, że przed swym odejściem nauczył go jak kontrolować oddech. Musiał to teraz wykorzystać aż do maksimum.

-A dlaczego myślisz, że cię ocalę? – zapytał, nie mogąc ukryć dużej trudności z tworzeniem artykułowanej mowy - Co niby sprawia, że nie powinienem zabić cię ot tak, tak jak ty zabiłeś Carla?

-Bo cię znam – odparł spokojnie Martin - Jesteś inny niż banda dzikusów, którą dowodzisz. Inteligentny. Świadomy. Umiesz pisać, liczyć, szukasz informacji, działasz logicznie. Nic dziwnego, że przewodzisz tej bandzie. – powiódł wzrokiem po Osadnikach, jakby byli sforą dzikich psów. – Ty możesz okazać wdzięczność. Oni rozszarpaliby mnie na strzępy, choćbym poddał się dziesięć razy, ale ty jesteś inny. Najpierw zapytałeś dlaczego, dopiero potem zagroziłeś, że odbierzesz mi życie. Dlatego jesteś moją jedyną szansą. Gdybyś zginął, nie byłoby dla mnie żadnej nadziei, ale skoro ocaliłem ci życie, to i ty ocalisz teraz moje.

-Skąd ta pewność? Czemu w ogóle myślisz, że znasz mnie tak dobrze?! Mogłeś przecież wdepnąłeś jeszcze gorzej, popełniając przede mną bratobójstwo!

Martin wzruszył ramionami.

-Jak miałem wdepnąć gorzej? A jeśli chodzi o wiedzę o tobie, to dały mi ją przede wszystkim opisy, jakich Ash dostarczył mi niedawno podczas naszej przyjacielskiej rozmowy. – Martin spojrzał na zalęknionego chłopaka z jadowitą satysfakcją. - Jak dotąd, wiele się sprawdziło. I dało mi to kilka powodów, by jednak uwierzyć w lepsze jutro. Po pierwsze, ty ponoć nie zabijasz dla zabawy ani z płytkiej, głupiej nienawiści. Co potwierdzałaby twoja reakcja na to, co przed chwilą miało tu miejsce. Po drugie, jak już ustaliłem, myślisz logicznie. A obaj wiemy, że nie masz po co mnie zabijać. Nie zyskałbyś tym nic, poza zagłodzeniem i skazaniem na śmierć trzech setek obcych ci ludzi, a przy okazji i garści swoich. A jak już mówiłem, to nie twój rodzaj rozrywki. Po trzecie, moje przeżycie ci się opłaca. Wiesz o tym. Teraz, gdy Roger, Nicki i Carl nie żyją, tylko ja mogę czytać gwiazdy, pokazać wam jadalne rośliny, dostarczyć dodatkowych sposobów na walkę z chłodem i rażącym gorącem, a także więcej. To, co dotąd wam pokazaliśmy, było zaledwie ułamkiem moich możliwości. Wszystkich znanych tylko przeze mnie sztuczek jest dwa razy więcej. A ty naprawdę chciałbyś je poznać. Wiem to. Bo ja już poznałem ciebie.

Danielowi kręciło się w głowie. Miał trudności ze zrozumieniem każdego kolejnego słowa Martina. Skupiał się na nich i chłonął, jakby były wodą lejącą się z pustynnej skały, ale analizowanie tego wszystkiego przychodziło mu z trudem.

-Wcale cię nie potrzebuję. Ash również zna wiele pustynnych sztuczek.

Martin znów wzruszył ramionami. Przynajmniej kilka osób z tłumu odniosło wrażenie, że Przewodnikowi cała ta gra sprawiała choć trochę przyjemności.

-Oczywiście. Mogłem się mylić. Ale fakt, że wciąż jeszcze toczymy tę rozmowę, świadczy raczej o czymś zupełnie innym. Zresztą, jest jeszcze jeden, całkiem dobry powód ku temu, by uznać, że wcale nie byłem w błędzie.

- Czyżby? Niby jaki?

-Pokażę ci.

Po tych słowach podszedł do Daniela tak blisko, że ten omal się nie cofnął i bez zawahania uklęknął przed nim na kolano. Chwycił mocno jego dłoń, a nim ktokolwiek zareagował, upuścił ją, kładąc sobie końcówkę jego miecza na swoim pochylonym karku. Daniel nie miał cierpliwości, by się opierać, pozwolił mu więc brnąć w tę farsę tak głęboko, jak tylko tego chciał. Na koniec mężczyzna zaczął jeszcze inkantować jakąś modlitwę, zapewne ku chwale spotkania z wielkim Kenbrą, choć jego słowa były trudne do rozróżnienia. Danielowi chciało się śmiać i płakać zarazem.

Martin zaś wydawał się śmiertelnie poważny. I tak samo spokojny.

-Skończ ze mną, jeśli naprawdę nie chcesz mnie w załodze. I obojętne jest ci życie ponad trzech setek ludzi.

Gdy skończył już swoje przedstawienie, zastygł w miejscu, bez stresu czekając na wyrok. Oczekiwał ruchu Daniela, zdając się absolutnie gotów przyjąć wszystko, nieważne czy będzie to łaska czy śmierć.

Daniel patrzył an niego, ledwie rozumiejąc. Miał wrażenie, że to wszystko po prostu nie może być prawdziwe, ani tym bardziej nie może go dotyczyć. Miał już cholernie dosyć. Tych gierek, łażenia, walk, patrzenia na martwych ludzi, zabijania żyjących. Nie chciał dalej patrzeć na śmierć przed jego oczami. Chciał to wreszcie zakończyć. Rzucić to wszystko w cholerę i pójść jak najdalej stąd, zapomnieć o swoim pierdolonym pościgu, odpuścić tą kretyńską zemstę, zostawić swoją wioseczkę i mieć wszystko to głęboko w dupie, razem ze wszystkimi wojnami i intrygami całego tego przeklętego świata.

Niestety, takiej możliwości nie było. Musiał dalej iść do przodu, nie oglądając się za siebie. Nie wydawało mu się, żeby jakieś inne wyjście w ogóle istniało. Wzniósł więc swój miecz do góry, ponad głowę Martina. On ani drgnął.

Daniel zacisnął zęby. Chciał opuścić swój miecz, przyprawić tego kretyna o śmierć i patrzeć jak jego krew rozchlapuje się po całej ziemi. Chciał go zabić, zniszczyć, zakończyć wreszcie choć trochę ten chory cyrk i pluć szczerze na wszystkie tego konsekwencje.

Ale nie potrafił. Zrozumiał nagle, że to było ostatnim argumentem Martina. On nie da rady zabić człowieka, jeśli ten niczym mu nie zagraża. Właściwie to nawet tamten jeden, jedyny, któremu odebrał życie, był jedynie zwykłym efektem chwili. Zrozumiał to z takim bólem, że omal nie zaczął się śmiać. Tak bardzo chciał to zrobić, ale coś wciąż go trzymało. Nie mógł opuścić miecza. Nie mógł zabić człowieka. Nie mógł. Nie potrafił.

Parsknął się najbardziej histerycznym, najgłupszym śmiechem, jaki w całym swoim życiu z siebie wydał i schował miecz z powrotem do pochwy. Miał wrażenie, że nic już nie jest prawdziwe. Że po prostu wreszcie kurwa oszalał.

- No co jest kurwa?! Na co się patrzycie?! Idziemy dalej! Już!

-Ale Daniel – powiedział ktoś. - Chyba nie masz zamiaru pozwolić mu...

-Powiedziałem, idziemy! JUŻ!!! – wrzasnął, od radości przechodząc nagle w totalną furię. - I zabierzcie temu tutaj broń! Nie będę ryzykować.

-A co z naszymi towarzyszami? - odezwał się ktoś jeszcze. Daniel spojrzał w jego stronę i uświadomił sobie, że mówi o kilku trupach, które leżały teraz na piachu. Sam Roger zabił jednego człowieka i zranił kolejnych kilku, nim ostatecznie udało się go poskromić, zaś pozostali Przewodnicy kolejnych czterech, nim przełamano ich obronę. Zmarłymi byli Ango, stary brodacz o dziwnym odcieniu skóry, Neptis, nieustannie wesoła trzpiotka, zawsze chodząca z różowymi ozdobami wpiętymi we włosy, Alex, wieczny kanciarz i moczymorda, nie mający zbyt wielu przyjaciół wśród wioski, Aizawa, stary, zrzędliwy, ciągle śpiący nudziarz oraz Morri, piękna, młoda kobieta, będąca do niedawna obiektem zaczepek i flirtów praktycznie całej osady. Doliczając do tego samych Przewodników, razem padło osiem osób, a kolejne siedemnaście było ranne w różnym stopniu. Danielowi nie robiło to różnicy.

-Rannych opatrzyć. Bełty wyciągnąć, wytrze... zostawić brudne i spakować. Trupów nie potrzebujemy. Porzućcie ich.

-Co? - odezwał się ostry głos z innej części zgromadzenia - Przecież tak nie można do cholery! Ci ludzie to nasi...

-Trupy porzucić! - krzyknął Daniel ostro, choć nie tak głośno jak by chciał, po czym odwrócił się od reszty i ruszył do przodu. - Nie będziemy marnować czasu na grzebanie się w piachu! Martwym jest wszystko to samo, co nie? Więc ruszajmy, bo noc nam się skończy. A jeżeli się to komuś nie podoba, to może sam przejąć pierdolone dowodzenie nad tym cyrkiem! No?! Jacyś chętni?!

Odwrócił się jeszcze raz, żeby zobaczyć, czy ktokolwiek się skusi. Nikt nie zareagował. Wszyscy patrzyli jedynie z odległości. Jedni z nienawiścią, inni ze strachem. Nikt jednak nie wyzwał młodszego o kilka lat człowieka na pojedynek.

Daniel nie był zaskoczony ani tym, ani faktem, że poczuł się raczej zawiedziony.

-Dobrze. Chodźmy wreszcie, to może już nikt do nich nie dołączy.

 

Pochód ruszył szybko, napędzony niezwalniającym tempem Daniela. Ludzie myśleli, że ich dowódca nad ranem zarządzi przerwę, jednak on nie miał takiego zamiaru. Zmęczenie, przygnębienie i gniew pchały go dalej, jakby do reszty oszalał. Szedł z trudem, potykając się i upadając, chwiejąc się i omdlewając, z czasem wymiotując żółtą, lepką mazią, a jednak nawet wtedy prąc dalej. Słońce grzało już pełną siłą, a on, jak oszalały, dalej kazał iść. Po pewnym czasie ludzie zaczęli już bać się, czy po tym co się stało, on wciąż jest przy zdrowych zmysłach.

Po kilku godzinach drogi, widząc patologicznie prącego do przodu przyjaciela, Dante spróbował z nim porozmawiać, w szczerej obawie o to, że obecne tempo przyprawi kogoś o śmierć. Podszedł do niego i chwycił lekko za ramię, starając się jakoś wrócić go do zmysłów. Daniel przystanął na krótką chwilę i spojrzał nieprzytomnie na Dantego. W oczach miał wręcz zwierzęcy gniew.

-Daniel, dobrze się czujesz?

-Zostałem sam Dante. Nic już nie będzie dobrze - Rzucił, po czym ruszył dalej przed siebie. Potem nie odpowiadał już na żadne pytania, kompletnie odmawiając kontaktu ze światem dookoła.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania