Krwawy Szlak, rozdział dwudziesty czwarty - Pożegnanie 1/3

Czas pochodu: 36 dni

Stan pochodu: 32 + 1

Jeśli osadzie było cokolwiek, czego nikomu nie trzeba było tłumaczyć, była to kwarantanna. Ją ludzie rozumieli wprost perfekcyjnie.

Już od pierwszych chwil wznowionego marszu, zmieniło się wszystko. Z przyjaźni zaufania, jakie dawno temu królowały wiosce, nie został nawet ślad. Nikt nikogo nie dotykał, nikt nie rozmawiał, ustały właściwie wszelkie odgłosy. Nieważne czy człowiek był zdrowy czy nie, kogo popierał albo do której religii należał. Teraz każdy był wrogiem.

Szczególnie tyczyło się to czwórki, która tego feralnego dnia przeszła przez szczelinę. Zaraz po zakończeniu rozmowy z Danielem, niemalże od razu kazano im opuścić wąwóz i aż do wymarszu trzymano na górze, wśród palącego słońca i piasku. Gdy pochód wznowiono, unikano ich jak ognia, mimo że żaden z nich nie zdradzał na razie oznak zarażenia.

Na razie.

Musiały minąć dokładnie dwa dni, nim na szyi Roba pojawiły się niebieskie wykwity. Tej sprawy nie trzeba było poddawać pod żadną dyskusję. Mężczyzna mógł już z miejsca zapomnieć, że kiedykolwiek był częścią osady.

Nie wyrzucono go, ale tylko dlatego, że ludzie zbytnio bali się go dotknąć. Za to nikt nie zbliżał się już do niego na mniej niż pół kilometra, nie rozmawiano z nim, nie dawano jedzenia. Gdy obóz ruszał, nie sprawdzano nawet, czy nadal idzie. Dla nich, równie dobrze mógłby być martwy.

Powolna wędrówka zdawała się nie mieć końca. Odpoczynek, marsz, sen. Marsz, odpoczynek, marsz, sen. To było wszystko, co wypełniało zlewające się ze sobą dni. W tym czasie na kolejnych szyjach i dłoniach pojawiały się niebieskie wykwity, kolejne pary dziąseł stawały się blade i nieruchome, nienaturalne zimno i ból atakowało.

Pierwszy człowiek umarł czwartego dnia po wyjściu z wąwozu. To był Wiliam, bardzo młody i silny chłopak, oddany Kenbrysta. Jeden z wielu kamratów, jakich do tego czasu dostał się Rob.

- Panie Daniel, jak daleko jeszcze jesteśmy?

- Za daleko. Nie zatrzymywać się.

Odpoczynek, marsz, kopanie dołów, sen. Obolałe kończyny, bąble na rękach i odciski na nogach. Płytki, nie dający wypoczynku sen. Spory z zarażonymi, oddzielanie zdrowych od chorych, samosądy i walki. Oszczędne modły za chorych, pełne furii odpędzanie zarażonych. Odpoczynek, marsz, sen.

- Panie Daniel, co z nim? On nie oddycha!

- Umiera. Idziemy dalej.

Odpoczynek, marsz, sen.

-Pani Binno, niech mu pani pomoże! Pani Binno, błagam! Niech coś Pani powie, niech coś zrobi! Proszę... Mój syn... Proszę...

Odpoczynek, marsz, sen. Ile to już dni? Dni? A nie tygodni? Nie miesięcy, a może lat na pustyni? Czy to się jeszcze skończy? Czy to się w ogóle kiedyś zaczęło? Mogło kiedyś być inaczej?

- Daniel, musisz mi pomóc! Spójrz na mnie… moje ręce… moja twarz…

- Nie mogę. Nikt nie może ci pomóc. Idź do reszty getta, nie mnóż zarażonych. Nikt z nas nie chce umierać. Rozumiesz? Dante?

Odpoczynek, marsz, sen. Odpoczynek, marsz, sen. Odpoczynek, marsz, sen. Niekończąca się opowieść. Dawna osada, podzielona na dwa obozy. Zarażonych i zarażonych, którzy jeszcze nie mieli symptomów. Tych, którzy wciąż żywili głupią nadzieję, liczyli na cud. Patrzących na resztę chorym wściekłym, nienawistnym wzrokiem, jakby to wszystko było ich winą. Tych obrzydliwych, niebiesko-czerwonych dziwadeł, ledwo przypominających już ludzi. Umierających i nienawidzących pozornie zdrowych za to, że oni nienawidzą ich, a innych zarażonych po prostu za to, że są. Zarażeni, kiedyś będący rodziną, dziś siłą wpychający się do obcego obozu, walczącego o jedzenie i wodę, wrzeszczący o lekarstwach, które ktoś przecież musi mieć! Gdzieś muszą być, ktoś tylko je zabrał, ktoś je ukrył, chciał dla siebie! Chorzy i chorzy, wszyscy szaleni, podzieleni i znienawidzeni. A wkrótce, martwi.

Odpoczynek, marsz, sen. Auto sunące obok zgrai umierających, wóz ciągnięty przez tych, którzy jeszcze są w stanie iść. Śpiewne modły zarażonych, wrzeszczących w dziwnych pozach, płaczących i padających na ziemię, umierających w bólu. Nic się nie zmienia. Ciągle to samo.

- Daniel, myślisz, że możemy ich jeszcze uratować?

- Nie możemy. Tak jak ty nie mogłeś, gdy szliśmy do Miasta, pamiętasz? Ratunek po prostu nie ma tu racji bytu.

Odpoczynek, marsz i sen. Jedyne co jeszcze ma znaczenie. W piachu pojawiają się pierwsze kiełki trawy, słońce przestaje palić, zmierzchy i świty stają się naturalne. Ale to już nie ma znaczenia. Jest za późno. Nie ma już dokąd zmierzać.

Kolejny dzień, kolejny odpoczynek, marsz i przerwa. Ludzie zgubili się już w liczeniu, jak długo są na pustyni. Zresztą, jakie znaczenie mają dni, gdy dookoła i tak otacza ich wyłącznie śmierć? Gdy nie ma już nikogo do ufania, gdy wszyscy których znałeś albo nie żyją, albo umrą w ciągu dni? Gdy złudny cel, do którego dąży twój przywódca, wymyka mu się z rąk? Gdy nie chcesz już nawet iść, po prostu zbytnio boisz się śmierci, żeby się zatrzymać? Żadnego. Dlatego żadne z nich nie wiedziało już, ile dni byli na pustyni.

Aż wreszcie, pewnej nocy, gdy byli już tuż przy swoim celu, gdy pustynia powoli zamieniała się w stały teren, natrafili na coś dziwnego. Drobny obiekt, który miał okazać się punktem zwrotnym w ich historii.

Tym obiektem był mały, niegdyś żółty autobus szkolny, z tyłem zagrzebanym do połowy w piachu. Jego dziób wystawał jeszcze spośród piasku, rdzewiejąc wśród martwej ciszy i palącego słońca. Tkwił tam dumnie, pośrodku nicości, przypominając dawne, zapomniane czasy. Czasy świetności, które nigdy już nie wrócą.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania