Krwawy szlak, rozdział dziesiąty: Powrót na szlak

Czas pochodu: 8 dni

Stan oddziału: 44

Daniel czyścił miecz, siedząc na zmurszałym pniaku i omiatając wzrokiem niezbyt ciekawą okolicę ich obecnego miejsca zamieszkania. Tuż obok niego siedział Dante, leniwie dłubiąc w zębach i z nudów gapiąc się w niebo. Poza nimi było tam jeszcze czterech innych członków ekspedycji, wylegujących się na powalonym konarze zaadoptowanym na krótką ławeczkę, i starających się wspólnymi siłami zabić jakoś nadmiar czasu. Cała szóstka przerzucała się leniwie nic nieznaczącymi tematami, a każdy dorzucał własny komentarz do omawianej w danej chwili sprawy.

Daniel wraz ze swoimi ludźmi spędził na terenie bagien już cztery dni, czekając na ocalałych z masakry. W czasie kilku wypadów ratowniczych udało im się odnaleźć czternastu żywych i sześć ciał, ale większość, to znaczy równo trzydziestu ludzi, wliczając Binnę i Daniela, odnalazło drogę do wioski samodzielnie, dzięki rozpalanym w nocy ogniskom i zostawianym za dnia poszlakom. Po trzech dniach intensywnych poszukiwań mieli więc czterdziestu czterech ocalałych.

Straconą szóstkę Daniel znał całkiem dobrze. Był wśród nich Henry, niegdysiejszy piekarz i smakosz, nigdy niemogący przeżyć tego, co ludzie mieli w zwyczaju jeść w ich osadzie; jego syn, Georg, niski, chudy i nieporadny, choć mający ponad trzydzieści lat, bardzo polegający na ojcu. Była tam także Weronika, nieco już jak na warunki osady podstarzała, acz cięta kobieta, zawsze racząca ludzi lubieżnymi opowieściami o dawnych i zapewne często zmyślonych przygodach; Robert, młody energiczny chłopak, o każdej porze dnia i nocy narzekający na to i tamto, nie ważne gdzie ani kiedy się znajdował; Jack, stary kobieciarz i zboczeniec, stale podszczypujący panny i rzucający zbereźne kawały, w tym także w stronę Weroniki, która zawsze odpowiadała mu mniej lub bardziej dosadną ripostą; oraz Teodor, spokojny i cichy mężczyzna, zawsze zamknięty w swoim świecie, z którego nie potrafił wyjść, nawet gdy tego chciał. Niestety, nie ze względu na swoją naturę, a na fakt, że stale słyszał w niej głosy, a czasem także widywał różne obrazy. Myśleli przez to o zastawieniu go w wiosce, razem z resztą niezdolnych do drogi, ale po jego kilku zapewnieniach, że nie będzie dla nich ciężarem, pozwolono mu iść. I faktycznie, Teodor nie był już ciężarem. Dla nikogo.

Daniel, choć znał ich wszystkich, nie rozpaczał po tym, co się stało. Powtarzał sobie, że byli jedynie ofiarami wojny. Wiedzieli wszak, na co się piszą. Dzięki temu udawało mu się nie oszaleć.

Wszystkich poległych pogrzebano na terenie wioski, po czym dano ludziom wolny dzień na dojście do siebie przed dalszą drogą. Niektórzy nalegali na dłuższą żałobę, jednak większość nie chciała tracić czasu, szczególnie jeżeli mieliby spędzać go w tym konkretnym miejscu. Poza tym, według mapy otrzymanej od gypsy, Wisenhert z każdym dniem oddalał się coraz bardziej, od ich obecnego położenia, podczas gdy oni wciąż i wciąż stali w miejscu. Nim ich cel miał zacząć zawracać, miało minąć jeszcze wiele tygodni, więc każdy dzień zwłoki oznaczał coraz większą odległość do przebycia, i jeszcze więcej przeszkód, które trzeba by było pokonać.

Obecnie mijał ostatni dzień ich pobytu w wiosce, i wszyscy sposobili się właśnie do wymarszu, którego termin ustalono na południe. Już wcześniej zdążono już wszystko ustalić i zakończyć ogólne przygotowania, teraz pozostało więc tylko czekać, aż pojawi się sygnał do zbiórki i wymarszu. Oczekiwanie na ten moment jedni spędzali na odwiedzaniu grobów swoich przyjaciół, a inni na trenowaniu się w używaniu swoich prowizorycznych broni; ale większość wykorzystała ten czas na siedzenie w ciszy lub rozmowach, czy innych, równie spokojnych rozrywkach, z niecierpliwością czekając, aż nadejdzie pora wymarszu. Mimo czterech dni na bagnach, nie udało się wszak pokonać ogólnej niechęci do tego miejsca.

Do grupy rozmawiających należał właśnie Daniel i kilku jego znajomych, siedzących właśnie na wspomnianym już drzewie i leniwie wymieniających się plotkami, radami i spostrzeżeniami na różne bardziej lub mniej istotne tematy.

Cała grupa rozprawiała właśnie o kolejnym etapie ich podróży, a dokładniej o manufakturze kowalskiej, w której mieli zamiar uzbroić się w wysokiej jakości broń. Ostatnimi czasy był to zresztą nader częsty temat wszystkich rozmów, nie tylko dlatego, że sam w sobie wzbudzał niemało emocji, ale także przez fakt, że wraz z otrzymaniem od gypsy mapy, na jaw wyszła pewna niezwykle ciekawa, ale i niepokojąca informacja, o której dotąd nikt nie miał pojęcia. Według danych na tym skwarku papieru, bagna miała od manufaktury oddzielać wielka połać pustego terenu, wypełniona jedynie piachem i niemal martwymi roślinami, oraz stworzeniami nie spotykanymi w żadnej innej części świata. Teren ten nosił miano pustyni i był ponoć jeszcze jednym z wielu ech dawno zakończonej Wojny. Według kilku wioskowych relacji, obszar przez który miało przyjść im się przedzierać, miał ponoć być kiedyś, wiele lat temu, obrzucony kilkoma satelitami, których zadaniem było na zawsze odebrać tym terenom dostęp do deszczu i wzmacniać siłę promieni słonecznych, tak by na zawsze pozostała tam jedynie warstwa piachu. Jednak główny cel tego ataku, jakim była właśnie manufaktura, wtedy rzecz jasna będąca jeszcze wielotysięcznym miastem, nie powiódł się, gdyż zniszczono najważniejsze satelity, a teren miasta, jako jeden z nielicznych ocalono od ataku. Podobny los nie spotkał jednak żadnego z okolicznych terenów, na którym wszystko co żyło spowił okrutny, pustynny piach.

Taka opowieść zapewne niejednego zniechęciłaby do dalszej drogi, tym razem jednak, paradoksalnie stało się nieco inaczej. Ludzie w osadzie okazali się więc albo kompletnie nieświadomi, albo niezwykle rządni przygód, bo wiadomość o morzu piasku i wydm obudziła w nich w końcu istną sensację, która już od kilku dni nie schodziła z ust wszystkich dookoła. Każdy plotkował, marzył i snuł teorie, z podnieceniem i trwogą zarazem oczekując na zobaczenie tajemniczego pomnika dawnej ludzkiej potęgi. Każdy myślał o tym, jak może wyglądać i czy faktycznie warto zobaczyć ten tajemniczy teren na własne oczy. Ludzie mówili o tym przy ogniskach, wygrzebywali z głowy dawno zapomniane historie, dzielili się możliwymi wersjami wydarzeń. W osadzie nie czuło się wcale strachu i niepokoju, a raczej chęć stanięcia na przeciw przygodzie.

Powodem tak entuzjastycznego przyjęcia tej wiadomości był zapewne fakt, że nikt z tam obecnych nie miał wcześniej okazji widzieć piachu czy suszy, a najcieplejsze dni na ich terenie rzadko kiedy pozwalały na zdjęcie kurtki czy bluzy. Dlatego cała grupa nie wyobrażała sobie tego zbyt realnie, lekko i nad wyraz spokojnie podchodząc do tematu. Nawet teraz ludzie siedziała jak na szpilkach, z niecierpliwością i podnieceniem wymieniając się coraz to nowymi i mniej wiarygodnymi doniesieniami o kolejnych odkryciach czy faktach, na temat pustyni. Daniel też słuchał tego bardzo chętnie, mimo że starał się zachować krytycyzm. Pamiętał wszak z nauk Marka, że wszelkie tereny jakich się nie zna, powinny być unikane jak ogień, jeśli tylko mijanie ich jest możliwe. Teraz jednak przeprawa przez pustynię była konieczna, a on nie potrafił przestać słuchać kolejnych historii, tak naprawdę nie mniej niż wszyscy inni zaciekawiony nową sytuacją.

Od rana przez kilka godzin słuchał coraz to bardziej niestworzonych historii, chłonąc coraz to nowsze opowieści, plotki i legendy, każda coraz bardziej przerażająca od poprzedniej. Oczywiście w żadnej pustynia nie była pewnym wyrokiem śmierci, ale żadna nie rokowała też najlepiej na przyszłość pochodu. W historiach tych mieli przechodzić przez morza ciemności, spotykać ludzi niedźwiedzie, kobiety węże, żywe piaski, starożytne świątynie, czy wielkie potwory, wypełnione wodą i wyskakujące z piasku by pożerać wędrowców. Daniel żałował trochę, że Mark niczego spośród tego nie zobaczy. Było tam tyle cudów, tyle dziwów, tyle do zobaczenia. Dlaczego teraz, gdy mijał takie cuda, tak wspaniałe i tak przerażające zrazem, jego musiało zabraknąć? Wrócił do niego myślami. Wspominał każdą chwilę, każdy wspólny moment, jaki mieli. Czuł się pusty z myślą, jak kompletnie mu tego brakowało.

Z ponurym rozmyśleń wyrwał go Dante, wykrzykujący jego imię z odległości kilku metrów i pokazujący na miejsce, gdzie większość ludzi nosiła zegarek. Daniel uświadomił sobie, że pora wymarszu nadeszła już kilka minut temu, co potwierdziły mu dodatkowo puste miejsca na pniaku, który jeszcze chwilę wcześniej okupowali jego przyjaciele, teraz już będący w drodze na zbiórkę. Na ten widok Daniel potrząsnął głową i natychmiast wstał, po czym niemal biegiem udał się w stronę Dantego, który skwitował to wybuchem śmiechu.

-Brawo, generale. Jeszcze trochę i nauczysz się korzystać z zegarka, a wtedy to już nic nas nie powstrzyma.

Daniel spojrzał na niego z zażenowaniem i poszedł szybkich krokiem pod zbierający się już tłumek. Było mu dosyć głupio, nie chciał jednak o tym rozmawiać, tym bardziej że z reguły to Mark zajmował się takimi kwestiami. On nie wiedział, jak zegarki działają.

• • •

Wznowieniu marszu nie towarzyszyła żadna żarliwa przemowa, albo choćby komentarz ze strony Binny czy Daniela. Ludzie po prostu zebrali się pod lazaretem, a gdy upewniono się, że nikogo nie brakuje, odeszli dalej swoją drogą. Przez krótki czas towarzyszył im jeszcze jeden mężczyzna, który poprowadził ich przez puszczę, by uniknąć powtórzenia się incydentu z ich wejścia. Gdy tylko jednak granica drzew stałą się jasno widoczna, i on opuścił ich niemal bez słowa, po czym zawrócił z powrotem do wioski, przechodząc przez błoto i plątaninę drzew jakby była asfaltową ścieżką.

Wyjście z bagien ludzie przyjęli z olbrzymią ulgą, która wyraźnie podniosła morale całej grupy. Po kilku godzinach marszu, wszystko na krótką chwilę znów stało się zrozumiałe i znajome, a bagnisty koszmar uleciał jak sen. Czas w znany już wszystkim sposób wydłużył się. Wrócono do włóczęgi, którą wszyscy znali i uprawiali już od niezliczenie wielu lat. Całe dnie od wschodu do zachodu słońca znów spędzano na ustawicznym, wyczerpującym marszu, a noce na śnie lub w towarzystwie innych. Czasem zbierano jakieś jagody bądź polowano na wilki i skorpionopodobne potwory, które rzadko kręciły się po okolicy, starając się zebrać dodatkowe zapasy na przejście po pustyni. Rytm życia wyznaczały zdarte stopy, obolałe nogi i twarda, zimna ziemia, na której jedzono zeschły prowiant. To życie było męczące i nudne, ale za to dobrze wszystkim znane i dokładnie sprawdzone. Tu wszyscy wiedzieli co robić, jak się zachować i jak przetrwać. Ta włóczęga była dla nich niczym dom. Dlatego wszyscy byli szczęśliwi. Wszyscy, z wyjątkiem Daniela.

Bo podczas gdy większość ludzi w znoju i trudzie powolnej podróży gubiła wszelkie zbędne myśli, jemu nagły brak zajęcia znów rozjątrzył nigdy niegojące się rany. Już podczas pięciu długich dni oczekiwania na bagnach zaczęły wracać do niego marazm i przygnębienie, wraz ze wspomnieniami niedawno straconych bliskich. Starał się je odegnać, lecz one wszczepiły się w jego umysł, nie dając spać w nocy ani żyć za dnia.

Początkowo myślał, że nieustanny marsz przed siebie lub czas spędzony z bliskimi załagodzi ten ból, lecz marsz jedynie nieprzyjemnie go stępiał, a wszystko dookoła jedynie go irytowało. Obecnie zależało mu tylko na tym, by wreszcie zrobić kolejny krok na drodze do zemsty.

Dlatego, po pięciu dniach uciążliwego marszu, Daniel zobaczył przed sobą małe wysepki piasku, przebijające się przez połacie traw, powitał ten widok z radością, bowiem zwiastowały one kolejny kroczek w stronę ich celu. Niestety jednak, pozostali radości tej nie podzielali. Sztucznie wykonana, powojenna pustynia, na początku była oczywiście pewną sensacją, jednak wraz z brnięciem w nią dalej, ludzie szybko zaczynali rozumieć, że snuć opowieści o morderczych piaskach i połaciach pustki to jedno, ale stanąć na nich, to już zupełnie inna kwestia. I gdy tylko minęli kilka pierwszych jej oznak, uczestnicy pochodu zaraz przestawali myśleć o tym miejscu jako o egzotycznej i niezwykłej przygodzie, a zaczęli jak o niebezpiecznym, morderczym pustkowiu, które gotowe jest pochłonąć ich wszystkich i pozostawić na piachu, wysuszonych i martwych.

Trudno powiedzieć, w którym dokładnie momencie się to zaczęło. Na początku, wszystko było w miarę normalne, jedynie zrobiło się trochę cieplej. Potem jednak wszędobylska trawa zaczęła powoli zanikać, robiąc się coraz krótszą i słabszą, rachityczne kępy drzew zrobiły się jeszcze rzadszym widokiem, a dotąd tak słabe popołudniowe słońce zaczęło, jakby na złość piechurom, grzać z całą swoją siłą. Po kilku godzinach drogi pod stopami zaczęło chrzęścić coraz więcej piasku, aż w końcu pojawiały się pierwsze wydmy. Pustkowie to na pewno było mniej przerażające niż minione bagna, jednak i tak wywołało w ludziach niechęć. Niechęć tak potężną, że gdyby nie pamięć o poprzednim wydarzeniu, być może odmówiliby dalszej drogi już po kilku godzinach. Zdecydowanie nie przypominało to zbyt wielu spośród usłyszanych opowieści. Na szczęście jednak strach przed powtórzeniem masakry na bagnach był na tyle silny, by utrzymać ludzi w ryzach.

Wszyscy szli więc aż do wieczora, w ciszy i spokojnym tempem, tak, że gdyby w okolicy pojawił się jakiś przypadkowy obserwator, to mógłby pomyśleć, iż ci ludzie nie boją się niczego, a przeprawa przez pustynie jest dla nich chlebem powszednim. Jednak były to tylko pozory. W każdym człowieku, jaki tylko znajdował się na tamtej pustyni pulsowało napięcie i strach, tak samo przed kryjącymi się ponoć w każdym ziarenku piasku monstrami, co powolną, już teraz patrzącą w oczy śmiercią z wyczerpania i głodu. Jak się wkrótce okazało, zapasów mogło im jeszcze starczyć na dwa, może trzy dni, nim wszyscy mieli poczuć ten głód. A i to przy rozsądnym racjonowaniu, na które wśród tych ludzi nie było co liczyć.

• • •

Pierwszy obóz rozbito późnym wieczorem, gdy słońce kończyło już zachodzić. O dziwo jednak, mimo późnej pory, światła było tylko trochę mniej niż za dnia, tak że wszystko dookoła było wyraźnie widoczne. Wszyscy myśleli, że taka sytuacja utrzyma się aż do rana, więc nie nikt śpieszył się zbytnio z rozkładaniem obozowiska, a zamiast tego, każdy, wliczając Datnego, Daniela i Binnę rozglądali się po okolicy, szukali szczątkowych tutaj roślin i zwierząt, czy po prostu zwiedzali pustkowia. Choć woleli by tu nie być, na końcu i tak zafascynowała ich surowa i mordercza uroda tego miejsca.

Jak się później okazało, ten moment fascynacji miał ich wiele kosztować. Gdy tylko słońce do końca skryło się za horyzontem, nagle zapadła niemal całkowita ciemność, a okolicę całkiem niespodziewanie zdjął niesamowity chłód, który zaskoczył wszystkich dookoła. Absolutnie nikt się nie spodziewał się, że na tak gorącym, suchym terenie, noce będą chłodne. Tymczasem noce nie tyle przyniósł ze sobą przenikliwy chłód, ile wręcz zmroziły ich nim aż do kości. Co gorsza, nie przywykli do takiego terenu ludzie oczekiwali tu wysokiej temperatury przez całą dobę, nie wzięli więc żadnego drewna ani koców, pewni, że będą im one zbędne. Tymczasem, temperatura na pustyniach nocą wcale nie była wyższa niż poza nimi, a raczej zdawała się wręcz o kilkanaście stopni niższa. Oczywiście w okolicy nie było zbyt wiele drewna. Przerażeni ludzie szybko i w ciemności ogołocili aż do korzeni każdy wyschnięty na wiór kwiat, drzewo i krzew, na jaki udało im się trafić, ale wszystkiego tego i tak nie starczały nawet na najmniejsze ognisko, przy którym ktokolwiek mógłby się ogrzać. Spanikowani ludzie zwrócili się oczywiście do Binny i Daniela, ale i oni mogli jedynie załamać ręce. Chłód absolutnie ich zaskoczył i nie mieli pojęcia, co teraz zrobić. Po krótkiej i cokolwiek desperackiej naradzie z całym zbiorowiskiem, szczękając zębami Binna rozkazała przynieść im całe drewno, jakie tylko mieli, a gdy zobaczyła przed swoimi stopami żałosna kupkę patyków i zaschniętych liści, która nie sięgała jej nawet do kolan, po chwili zdecydowała się kazać dołączyć do niej wszystko, co tylko można było podpalić. Daniel sprzeciwił się temu pomysłowi, ale tym razem nie miał nawet co marzyć o posłuchu. Potrzeba było tylko chwili, by pałki, włócznie skarpety z kamieniami w środku, papierosy, książki, pamiątki po czymkolwiek, czy nawet jedzenie, swetry, a czasem włosy niektórych, trafiły na i tak co najwyżej średniej wielkości stos. W pewnym momencie, Binna uznała, że tyle już wystarczy, i kazała przestać znosić rzeczy, po czym wyjęła z kieszeni paczkę zapałek i kazała Danielowi podpalić stos, a sama zamknęła oczy i wyciągnęła ręce w stronę stosu. Gdy tylko Daniel rzucił zapałkę na górę ubrań i patyków, ta zapłonęła niczym polana benzyną. Ludzie z miejsca zaczęli przepychać się do ognia, niczym szczeniaki próbujące dopchać się do mleka swojej matki. Ogień wciąż nie był wielki, ale magia Binny podsycała go jak tylko mogła, a ludzie byli teraz gotowi wziąć wszystko, co tylko dostaną. W kilka minut, wokół ogniska zacisnęła się ponad czterdziestoosobowa grupa, zbita się w ciasny okrąg, którego wszyscy członkowie ogrzewali siebie nawzajem swoimi ciałami niczym pingwiny. Po kilku minutach, gdy udało się choć trochę uspokoić drżenie ciał i rozprostować zgrabiałe palce, ludzie położyli się spać, a ta część z nich, która miała jeszcze cokolwiek co mogło ogrzać, pomagała sobie nakrywając się jak najciaśniej odzieżą i przykrywając wciąż jeszcze ciepłym piaskiem; jednak nic z tego nie wystarczało. W rezultacie niemal wszyscy leżeli praktycznie nieruchomo, jedynie trzęsąc się z zimna i sporadycznie szczękając zębami.

W którymś miejscu tej grupy tkwił także Daniel, u którego potrzeba ciepła przełamała potrzebę samotności. Obok leżał Dante, starający się zapanować nad trzęsącym się ciałem i pogodzić ze stratą ostatnich papierosów, tak długo zachowywanych na czarna godzinę, a teraz spalonych. Tak samo leżeli wszyscy inni, otoczeni ciemnością, mrozem i ciszą. Tej nocy nie słychać było żadnych śmiechów.

Wśród sterty ciał nie znalazły się tylko dwie osoby. Pierwszą była Binna, która niemal do rana podsycała ich rachityczne ognisko za pomocą magii. Kosztowało ją to mnóstwo wysiłku, a mimo to nieprzerwanie trwała na swoim posterunku, ruchem księżyca odliczając kolejne przez całe godziny. Ona zasnęła dopiero nad ranem, wycieńczona wielogodzinną pracą.

Drugą osobą, która pozostała poza kręgiem, był Ash. Tego zagadkowego chłopaka już dużo wcześniej nie zainteresowały żadne krajobrazy, więc gdy wszyscy chodzili po wydmach, nieświadomi niebezpieczeństwa i podziwiając pustynię, on w ciszy i spokoju przygotował się do snu, który naszedł go jeszcze w gorącym świetle późnego wieczoru, mimo poważnej duchoty opatulonego warstwą koców. Wtedy nikt nawet tego nie zauważył, a i potem wszyscy mieli wiele ważniejsze sprawy na głowie, niż zajmowanie się jego osobą.

Zresztą, od wielu dni nikt nie zauważał niczego, co dotyczyło tego człowieka. Od czasu spotkania w chatce gypsy, Ash właściwie w ogóle już nie rozmawiał z nikim, starając się wtopić w tło tak bardzo, jak tylko było to możliwe. W rezultacie niemal wszyscy praktycznie zapomnieli już o jego istnieniu, a on spokojnie robił to, co uznawał za słuszne, nieustannie dokładając wszelkich starań, by nikt nie zwrócił uwagi nawet na jego najdziwniejsze zachowania. To wszystko pozostawiało wiele pytań, lecz jedno spojrzenie na tego chłopaka wystarczyłoby, by dostarczyć chociaż jedną odpowiedź: Ash się bał. Potwornie, niewyobrażalnie się czegoś bał.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania