Krwawy szlak, rozdział dwudziesty drugi - Jaskinia

Kilka minut później, cała ekspedycja Dantego przekraczała już szczelinę, która miała zaprowadzić ich w głąb jaskini. W skład tej grupy wchodził on sam, Martin, Ash oraz Rob. Jako pierwszy przez szczelinę przeszedł Martin, wybrany przez Dantego na przymusowego ochotnika do tego zadania. Jeszcze przed chwilą idący na szpicy twierdził, że nie ma pojęcia co mogło kryć się wewnątrz szczeliny, a mimo to jego postawa zdawała się teraz nieludzko wręcz napięta.

Przechodził przez wyrwę powoli, z zawahaniem i wyraźnym strachem. Najpierw wstawiał do niej nogę, potem rękę, następnie tułów i pozostałe kończyny. Głowę wsadził dopiero na samym końcu, jakby bał się, że coś może mu ją odgryźć. Mimo to starał się sprawiać wrażenie spokojnego i opanowanego, choć z marnym skutkiem.

Pozostali czuli pewną satysfakcję, widząc z jaką postawą Martin przekracza dziurę. Myśl, że zawsze tak dumny i pełen pogardy dla wszystkich pyszałek boi się zwykłej jaskini napawał ich niemałą satysfakcją. Jednak po blisko dziesięciu minutach czekania, aż ten wreszcie się przedostanie, satysfakcja ta przerodziła się już w zniecierpliwienie, a potem w zwykłą irytację. Któryś z nich zapewne pchnąłby go w końcu do środka, gdyby szerokość szczeliny tylko na to pozwalała.

Gdy Martin wszedł wreszcie do jaskini, Dante krzyknął za nim ze zniecierpliwieniem.

- I jak?! Co tam jest?! Możemy wchodzić?!

Przez chwilę nie było odpowiedzi. Wewnątrz szczeliny coś zamigotało, zapewne światło odpalonej przez Martina latarki. Mały ognik pojawił się jeszcze kilka razy, nim usłyszeli głos mężczyzny.

- Jaskinia jest bardzo mała. Sufit niski, a ściany okropnie wąskie, zmieści się tu nie więcej niż jedna osoba na raz. Jest za to całkiem długa. I chyba idzie głębiej pod ziemię.

- Możemy tam bezpiecznie wejść?!

- Tak. Nie widzę niczego groźnego.

- W porządku – powiedział Dante, tym razem zwracając się do ludzi stojących dookoła niego. – W takim razie, czas na nas.

 

Wewnątrz było wilgotno i chłodno, ale było to przyjemne po dniu na wygrzanej słońcem pustyni, która mocno dawała się we znaki nawet w cieniu parowu. Trwało to tylko kilka minut, wypełnionych posapywaniem i jękami, nim wszyscy pozostali przedostali się na drugą stronę i stłoczyli na nieco szerszej tuż przy wejściu przestrzeni. Wtedy nastąpiło krótkie przegrupowanie oraz doprowadzenie brudnych ciał i odzieży do porządku, następnie zaś cały pochód ruszył wzdłuż korytarza. Otwierał go Martin, za nim Dante, następnie Rob, a na samym końcu Ash, który na potrzeby ekspedycji odłożył swój łuk i zabrał ze sobą pożyczoną od kogoś maczetę.

Pochód nie szedł nawet przez minutę, nim musiał się zatrzymać. Korytarz skręcał bowiem ostro w lewo, a na ścianach za zakrętem znajdowało się kilka gigantycznych napisów, wypełniających praktycznie całą ścianę jaskini. Wszystkie były napisane bardzo szerokim, nieczytelnym pismem, zdającym się być tu już od przynajmniej kilku lat. Czerwone litery lśniły w świetle latarek, ukazując jedno, wielokrotnie powtórzone zdanie, na końcu którego zawsze tkwił wielki, krzywy wykrzyknik. Mazidło którym napisy zostały postawione wyglądało jak zaschniętą krew, ale równie dobrze mogła to być po prostu czerwona farba, albo rozgniecione kwiaty, przywiezione tu razem z którąś z karawan. Nie wydzielało już żadnego zapachu.

Wszyscy, gdy tylko to zobaczyli, z miejsca poczuli się nieswojo. Nikt nie potrafił odczytać zamazanych, czerwonych liter, ale i bez tego mieli wrażenie, że napisy ich odstraszają, chcą, by natychmiast opuścili to miejsce. Szczególnie tyczyło się to Martina, który z miejsca stanął jak wryty i bardzo dosadnie zaklął.

- Co to? – zapytał Dante, nie mogąc ukryć zdenerwowania. – Martin, potrafisz to przeczytać?

- T-tak! Tak, potrafię – zapewnił natychmiast, głosem łamiącym się ze zdenerwowania. Dantemu nagle zatęsknił za jego dawną pewnością siebie. – Jestem w stanie to odczytać.

- Więc, co tutaj pisze?

- Nie wiem.

Dante spojrzał na niego pytająco.

- J-jeszcze nie. P-potrzebuję chwili, żeby odczytać te napisy. Są niewyraźne, a tu jest bardzo ciemno.

- Więc czemu aż tak cię martwią? Nie wiesz, co na nich jest.

Martin przełknął głośno ślinę. W krótkiej chwili ciszy niemal dawało się usłyszeć jego serce, bijące niczym dzwon.

- Bo…. Czerwona farba zawsze oznacza ostrzeżenia. W mojej wiosce służyła tylko do tego, by pisać wiadomości o czymś, czego lepiej nie spotkać. Nie wiem, co to, ale jeśli zostawili to moi ludzie, to na pewno nie dobre wieści.

Dante, tak samo zresztą jak wszyscy pozostali, popatrzył na napisy ze zgrozą.

- Więc może lepiej zawróćmy?

- Najpierw pozwól mi je przeczytać. Wtedy podejmiemy decyzję.

- Dobrze. Przepuście Asha! Niech pomoże Martinowi w czytaniu.

Były przewodnik przez moment jakby chciał zaoponować, ale ostatecznie się nie odezwał. Pozwolił, by chłopak doszedł do niego i wspólnie przez kilka minut w milczeniu odczytywali szkarłatne inskrypcje. Wszyscy czekali cierpliwie kilka długich minut, podczas gdy Martin wraz z Ashem ciszy i skupieniu przyglądali się tajemniczym znakom wypisanym na ścianach. Trwało to niemiłosiernie długo. Do tego klaustrofobiczna, ciemna i chłodna jaskinia, sama w sobie niepokojąca, raczej nie stawała się przyjemniejszym miejscem przez świadomość, że czekają właśnie na odszyfrowanie napisanego czerwienią ostrzeżenia na ścianie. Ani tym bardziej to, że Ash ciągłe wpatrywał się w sam jego początek, a Martin przez cały czas czytania pocił się niemiłosiernie.

Wreszcie, po długim czasie, Ash poddał się i rozłożył bezradnie ręce, nie mogąc zrozumieć ani słowa z zatartych przez czas napisów. Za to Martinowi wreszcie się udało, choć po niewyobrażalnie długim czasie.

- Miałem rację. To ostrzeżenie. Przypomina o słabym dopływie powietrza do dolnych części jaskini i odradza długie pozostawanie w jednym miejscu. Do jaskini dostaje się niewiele tlenu, więc długie siedzenie w jednym miejscu może sprawić, że ludzie się poduszą.

- Niewiele czego?

- Gazu, dzięki któremu powietrzem da się oddychać.

- Więc czekaliśmy tu kilka minut, by dowiedzieć się, że nie wolno nam czekać?! - powiedział któryś z Rob zduszonym szeptem, jakby bał się, że zmarnuje zbyt dużo tlenu, jeśli bardziej podniesie głos.

- Spokojnie. Wciąż jesteśmy blisko szczeliny. Problemy zaczną się dopiero głębiej. Ale Mimo to powinniśmy uważać. I zgasić tę pochodnię. - wskazał palcem na palne źródło światła w rękach Roba, dla którego zabrało elektrycznych urządzeń.

- Po co niby? – zaoponował Dante

- Ogień wytwarza światło poprzez pobieranie tlenu i wydalanie innych, szkodliwych substancji. Jeżeli będziemy go podtrzymywać, może się skończyć się to dla nas źle, gdy będziemy w niższych kondygnacjach.

Między Martinem a Dantem na chwilę zapadła pełna napięcia cisza. Dante wpatrywał się intensywnie w swojego niegdysiejszego przewodnika, robiąc coś, czego nie miał w zwyczaju robić wcześniej i wątpił, by chciał to powtarzać: rozważał słowa Martina. Ważył ryzyko, zastanawiał się nad jego położeniem i możliwościami, oceniał, czy go nie okłamano. Myślał, szacował, wahał się.

- To prawda, Ash? – spytał chłopaka o radę, on jednak jedynie rozłożył bezradnie ręce, tak samo jak przy odczytywaniu inskrypcji.

- Nie wiem. Nigdy o tym nie słyszałem, ale to jeszcze oznacza, że to kłamstwo. Napis naprawdę wygląda jak ostrzeżenie, ale dla mnie kompletnie nieczytelne. Udało mi się zrozumieć tylko kilka słów.

-Takich jak?

-Cóż… „Ostrzeżenie”, „groźna”, „na dole” i „śmierć”.

W pochodzie nagle zrobiło się jeszcze ciszej. W czasie ogólnego przestrachu można było mieć wrażenie, że nawet sam Dante zwątpił w swoją nieufność i już za chwilę przyzna Martinowi rację. A jednak, tak się nie stało. Groźba śmierci przez zatrucie widocznie nie przerażała go aż tak, jak współpraca z ludźmi z tamtej strony muru.

- Pieprzenie. Przecież powietrze to jedna rzecz. Ogień nie może pochłaniać jego kawałka, a reszty zostawiać. To jakaś głupota. Pochodnia zostaje.

Zaraz po tym, jak tylko to powiedział, w jaskini nagle zrobiło się jeszcze ciemniej, jakby wbrew jego słowom pochodnia jednak zgasła, i nikt nie miał zamiaru zapalać jej z powrotem. I dopiero po chwili doszło do niego, że dokładnie to się stało.

- Wybacz mi, Dante - powiedział Rob, chowając ręce w kieszenie. - Ale ja to jednak bardziej ufam temu tutaj. On to jest jednak jeden z tych mądrych, co rozumieją dobrze te całe tleny i inne pismowe substancje. Nie okłamał by nas. Przecież on tu też jest i też by je wąchał, co nie?

Dante miał szczerą ochotę przeforsować swoją opinię i tak, argumentem siły, ale zaraz zrezygnował. Zacisnął tylko mocniej usta i zgrzytnął zębami, po czym skinął lekko głową, na znak, że w pełni respektuje decyzję swojego kolegi.

- Możemy więc ruszyć dalej? - zapytał Martin, dotąd taktownie milczącego przez cały czas trwania tej wymiany zdań. – Niebezpieczna czy nie, myślę, że żaden z państwa nie chce zostawać tu dłużej, niż jest to konieczne.

Dalsza podróż wzdłuż tajemniczej jaskini szybko okazała się jeszcze trudniejsza, niż początkowo zakładano. Z każdym krokiem korytarz przed nimi robił się coraz węższy, niższy i jeszcze bardziej toporny, jakby temu, co dotąd go wykonywało, zaczynało brakować już sił. Po bardzo krótkim czasie przejście było już tak ciasne, że przedostać mogła przez nie tylko jedna osoba, i to pochylona niemal do samej ziemi. Wreszcie zaczęto iść na czworakach, bo w innej pozycji nie było to już możliwe. W pewnym momencie, do nozdrzy ludzi podróżników doszedł silny, osobliwy zapach, nie kojarzący się zbyt blisko z niczym, co którekolwiek z nich kiedyś czuło. Przypominał rozłożone mięso polane sokiem z winogron, octem i benzyną, w równych proporcjach. Zapach był nieprzyjemny, mocny i słodki, ale nie otumaniał, ani nie przeszkadzał w wędrówce.

- Yfhhy... yyy... fhy... Czujecie to? Dziwaczny ten zapach.

- No. Ja to czujem jakby jakieś... martwe ryby. Albo skorpiony.

- Tak. To dziwne. Martin, wiesz co to jest?

- Nie mam pojęcia. Kiedyś już chyba czułem coś takiego, ale dawno temu. Nie wiem, co to może być. Trochę przypomina mi krew, ale raczej odlegle. Nie mam pojęcia, co to.

- Coś mi mówi, że cokolwiek to jest, to my też możemy od tego zdechnąć. Miejcie broń w pogotowiu. W każdej chwili może zrobić się tu naprawdę gorąco.

Tym razem wszyscy usłuchali swojego dowódcy, i wyciągnęli to, co akurat mieli schowane za pazuchami. Martin też to zrobił, trzymał jednak swoją broń nieco dziwnie. Jakby miał w ręce nie nóż, tylko kawałek kiełbasy.

Szli dalej. Podróż ciągnęła się niemiłosiernie, sufit przybliżał się coraz bardziej do podłogi, ściany zaczynały sięgać siebie nawzajem, niczym dwaj przyjaciele, chcący wreszcie spotkać się po latach. Ludzie ledwie już szli, mijając kolejne zakręty, ściskając noże i wdychając w płuca coraz okrutniej potęgujący się smród.

Aż wreszcie pochód doszedł aż do końca jaskini. Cała ekspedycja omal nie wpadła na siebie nawzajem, gdy Martin nagle zatrzymał się w miejscu, tuż przed sporą, okrągłą grotą, której wnętrze w całości zostało przez niego zasłonięte.

- Hej, Martin! Co tam jest? - krzyknął ktoś, szczerze podniecony znaleziskiem. Dziwny zapach stał się teraz jeszcze bardziej intensywny.

- Nie jestem pewien. Jakieś wejście, tylko niewyobrażalnie wąskie. Niewiele tutaj widać, ale tam jest jakieś szersze pomieszczenie.

- Dasz radę tam wejść?

- Chyba tak. Poczekajcie chwilę.

Przez kilka kolejnych chwil nie słychać było nic, poza powtarzającymi się jękami Martina i sapaniem popychających go ludzi. Musiało minąć jeszcze dobre dwadzieścia minut, nim wreszcie udało mu się wejść do środka. A gdy to się stało, przez kilka sekund panowała przeraźliwa cisza. Z wnętrza pieczary nie dochodził żaden dźwięk, nie był widoczny żaden ruch człowieka, który wciąż całym swoich ciałem zasłaniał wejście.

Ludzie zaczynali się niepokoić.

- Martin?! Co się tam dzieje do cholery?! Jest tam coś?!

- Uciekaj. - mruknął z trudem Martin, nie ruszając się ani na krok.

- Co?

- Uciekaj. Uciekajcie! Uciekajcie, kurwa!!! - krzyknął nagle, po czym nareszcie odzyskał zmysły, i wpadł z całym impetem z powrotem w otwór, prowadzący do pieczary. Nagle próbował uciec za wszelką cenę, kompletnie tratując opierającego się towarzysza, gniotąc siebie o sufit i ściany, jakby chciał je skruszyć i uciec jak najdalej. Kompletnie nie przypominał już poważnego i dumnego człowieka, którym był dwie godziny temu.

Ale jego poprzednicy nie współpracowali. Zaskoczeni i skołowani, stali w miejscu albo pchali się naprzód, tworząc kompletny ścisk. Dante, na którego Martin napierał z całych sił, zdenerwowany już nie na żarty, miał już szczerą ochotę zrobić mu krzywdę. Czując jednak powagę sytuacji, postanowił opanować nerwy. I co ważniejsze, uspokoić przerażonego kamrata.

- Martin! Spokojnie. Uspokój się, weź się w garść. Martin! Spokój do cholery! Powiedz mi, co tak jest?

Wydany głośno rozkaz otrzeźwił nieco mężczyznę, przypomniał mu, gdzie się znajduje. Wciąż nie mógł zmusić się do mówienia, ale przestał pchać Dantego i macać go po całej twarzy. Przez chwilę stał jednak skonfundowany, by po chwili cofnąć się i ruszyć na pół kroku w bok, by wszystkim ukazał się ten przerażający widok. Potem dopiero opanował się na tyle by powiedzieć to jedno, jedyne, magiczne słowo.

„Zaraza”.

To wystarczyło. Nikt już o nic nie pytał, nikt już niczemu się nie dziwił. Wszyscy po prostu odwrócili się najszybciej jak tylko mogli, i natychmiast, w pełnym przerażeniu rzucili się do desperackiej ucieczki. W kilka sekund pokonali odcinek, przez który jeszcze do niedawna ledwo mogli się przedostać, wstali i zaczęli biec tak, jakby goniło ich coś gorszego od samego diabła.

I poniekąd, tak też było.

A wszystko to dlatego, że wśród starych, rozpadających się zwłok i kawałków zgniło-niebieskich od choroby tkanek, do ostatniej komórki przeżartych przez patogeny, kryło się coś, przy czym żadna bestia nie wydawała się groźna. We wnętrzu tej dziwacznej jaskini, kryły się najmniejsze, ale i zarazem najgroźniejsze stwory, jakie można było sobie wyobrazić. Najgorsze, co przyniosło z sobą pojawienie się nowych stworzeń.

Kryły się tam nowe mikroby, nieznane dotąd pasożyty, bakterie i wirusy, roznoszące choroby, na które nie było szczepionek ani tabletek, a żadne antybiotyki nie mogły się im przeciwstawić. Na które nikt nie szukał już lekarstwa, bp najzwyczajniej w świecie nie było komu. Niemal wszyscy lekarz już dawno zginęli, a tych kilku, którzy wciąż jeszcze żyli, nie miało jak prowadzić badań.

Dlatego właśnie, gdy pół minuty później cała czwórka przeciskała się przez szczelinę w skale, każdy robił wszystko, byleby tylko uciec stamtąd jak najprędzej. Byleby znaleźć się od tej obrzydliwej, strasznej katastrofy.

Niestety, było już za późno. Cała czwórka miała już na swojej skórze mikroskopijne owady, w ciałach wszystkich mnożyły się już zjadliwe bakterie, a ich żyły tworzyły pierwsze, niegroźne jeszcze zakrzepy, mające już za kilka dni zakończyć ich życia. Nie mając lekarstw, bez odpowiedniej higieny, nie znając nawet pojęcia szczepienia, niewiele zostało już czasu, nim wszyscy oni, a także wielu innych, zarażonych miało być okrutną chorobą.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 3 miesiące temu
    "Bez lekarstw, bez higieny, bez szczepień, niewiele zostało już czasu, nim wszyscy oni, a także wielu innych, zarażonych mieć było okrutna chorobą" - coś tu nie tak. Chyba zmęczony byłeś, Autorze:)
    Doczytałam do końca, choć nudziło mi się. Dopiero w finale zaczęło być ciekawie z powodu zagrożenia chorobą, na którą nie znano antidotum. Dlaczego więc w ostatnim zdaniu piszesz o uodporniających szczepieniach?
  • Abbadon 3 miesiące temu
    Cóż, wyjęte z kontekstu faktycznie nie brzmi to ciekawie (nie wiem, jak w kontekście, możliwe, że też :). I faktycznie, ostatnie kilka linijek miało mniej redakcji niż pierwsze, bo po prostu miałem już dosyć czytania tego samego tekstu w kółko i w kółko. Staram się nad tym pracować, no, ale czasem nie wychodzi.
    Tylko nie bardzo rozumiem, co takiego masz na myśli z tymi uodporniającymi szczepieniami. Chodziło mi właśnie o to, że oni nie mają niczego takiego, jak szczepienia. Może powinienem to nieco poprawić, żeby brzmiało jaśniej...

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania