Piąta Tajemnica (część 45, 46, 47)

Natan, Rose - wyprawa, teraźniejszość

 

Gdy znaleźli się na kolejnej przełęczy, gdzieś na wysokości 6300 metrów, żleb uchylił im rąbka nieba. Mogli w końcu zobaczyć wszystkie pięć szczytów Kanczencongi. Wydawały im się bliskie, wręcz na wyciągnięcie ręki. Piękne, dostojne, owiewane wstęgami śnieżnych szarf. Postanowili, że założą tu obóz niezbędny do dalszej aklimatyzacji.

- Będziesz tu miała naprawdę przytulne miejsce - Natan wskazał namiot osłonięty z trzech stron skalną wyrwą - Będziesz sobie mogła nawet ogródek założyć!

- Wolałabym gdzie indziej - odparła Rose i zabrała się za rozkładanie osprzętu - Kiedy chcesz rozpocząć aklimatyzację?

- Dziś już jest późno, wyjdę jutro.

- Na jakiej wysokości będziesz rozbijał drugi obóz?

- Myslę, że gdzieś na 7500 tysiąca. Mam nadzieję, że pogoda nie pokrzyżuje nam planów.

- Jeśli zacznie wiać, masz natychmiast schodzić, zrozumiałeś?

- Teraz mam powód - Natan chwycił Rose i mocno przytulił. Kiedy gładził jej włosy, w oddali, gdzieś głęboko w dolinie dało się usłyszeć szum. W pierwszym momencie pomyślał, że to echo odległej lawiny, jednak dźwięk zdawał się narastać z każdą sekundą.

- Rose, słyszysz to? - Natan wskazał kierunek.

- To niemożliwe! - odparła - To brzmi jak jakiś silnik!

- Może górski patrol?

- Nie na tej wysokości.

Teraz oboje mogli już odróżnić wyraźny huk wirników.

- To helikopter! - skonstatował Natan - Co u licha...

Rose wybiegła z obozu i spojrzała w otwartą przestrzeń żlebu ciągnacą się na wiele metrów w dół. Wkrótce huk stał się regularny. Pomyślała, że wszystko się właśnie rozmywa. Jeśli to Zakon, to nie mają już gdzie uciekać, jeśli Nasz Krąg, na zawsze pożegna się z Natanem. Wszystko na nic! Usiadła na pobliskim kamieniu, zakryła twarz rękami i wybuchnęła płaczem. Łzy lały jej się rzewnie po policzkach, a przed oczami wyświetlała się jej cała droga, którą przebyła: od komfortowej rezydencji kardynała Perucciego na Awentynie, przez hotel o zielonych ścianiach w Yuksam, dolinę gdzie spędziła pierwszą, jakże niewinną noc z Natanem, poprzez całą tą wspólnie spędzoną bliskość, szaloną pełną uniesień miłość, aż po chwilę obecną. Serce Rose pękło w posadach, czuła że traci wszystko. Nie było już w niej Rozewyn, służebnej dziewki na posyłki Naszego Kręgu. Była pełnej krwi kobietą, dawną Rose, krnąbrną, pełną sprzeczności. Powróciła w pełnej krasie, wraz ze swoją błyskotliwością i pociągiem do samo-destrukcji. Decyzję podjęła błyskawicznie. Wyciągnęła z bocznej kieszeni małą finkę. Spojrzała raz jeszcze na biegnącego w jej stronę Natana i bez zastanowienia pociągnęła ostrzem noża w poprzek nadgarstka. Zanim Natan dopadł do niej, zdążyła to zrobić także na drugiej dłoni.

- Rose! Dlaczego!?

- Kocham cię, Natan. Tak bardzo cię kocham... – wycedziła przez łzy.

Natan zerwał z siebie opaskę, przerwał wpół i silnie zawinął jej oba nadgarstki.

- Muszę ci coś powiedzieć, ja... - usta Rose poruszały się, jednak Natan nic nie słyszał. Huk wirników skutecznie zagłuszał każdy dźwięk. Wkrótce tumany kurzu wzbijane przez obracające się śmigła przechwyciły i pochłonęły ich bez reszty. Coś w nieskończonej matrycy przeznaczenia przeskoczyło, brutalnie wyszarpując obojgu te odrobinę szczęścia, którą tak pieczołowicie pielęgnowali w nadzieji na lepsze czasy.

Nataniel Senior, Krystian Tatajno, Wyprawa 1984

 

Ogromny, antyczny dąb rozpozcierał nad archeologami swą bujną, przystrojoną flagami modlitewnymi koronę. Tuż pod nią niezmiennie tkwiły cztery koronacyjne trony. Hardo ciosane siedziska czekały na lamów, o których słuch zaginął. Najwyższy z nich przeznaczony był dla Wielkiego Nyangmapy, Lamy Lhatsuna Chembo, mniejszy z prawej dla pierwszego króla tej krainy – Phuntshoga, Wielkiego Chogyala, zaś dwa niższe po lewej dla Lamów Założycieli, Kartokpy Sempa Chembo i Rigzinga Chembo. Nataniel posortował odpowiednio diamenty. Na każdym z siedzisk znalazł odpowiednie żłobienia i po chwili wszystkie artefakty znajdowały się na swoich miejscach.

- No i co? I nic! – skonstatował nieco rozbawiony Krystian.

- Poczekaj. Pozostał mi jeszcze jeden diament. Musi być jakiś kolejny otwór dla Lhatsuna Namkha Jigme'go...

- Przepraszam, czy mogę się wtrącić? – asystent Brylski skoncentrował uwagę archeologów na sobie.

- O co chodzi? – Nataniel wciąż wpatrywał się w światło przenikające przez ostatni, piąty diament.

- Chyba wiem gdzie należy go ustawić. Na trzecim roku opowiadał Pan, że w 1646 Lhatsun Jigme zawędrował boso z Tybetu do Sikkimu.

- Dobrą ma Pan pamięć, ale jaki to ma związek? – Nataniel odstawił oko od świetlnego spektrum.

- Pozwolę sobie nadłożyć, iż...

- Brylski, do meritum.

- Ach, tak. Więc wydaje mi się, iż na ilustracji ze strony 12, opracowania...

- Brylski!

- Tak więc, pod widocznym tu tronem Lathsuna Chembo, w skale powinno się znajdować odbicie stopy wymienionego Lhatsuna Jigme, jeśli to może pomóc...

Nataniel niezważając na dalszy ciąg wywodu wybił do przodu, omal nie potykając się o wystające korzenie. Kamień faktycznie tkwił vis-a-vis siedzisk. Na jego powierzchni zatroczona była tabliczka. Wystarczyło ją lekko odłupać, a oczom archeologów ujawnił się rzeczony odcisk stopy.

- Brylski, jesteś genialny – Nataniel ucałował asystenta w usta tak mocno i niespodziewanie, że ten w następstwie musiał ratować się haftowaną przez mamę chusteczką. Przyjrzał się raz jeszcze stopie, po czym położył diament w żłobieniu. Wszyscy zamarli w oczekiwaniu. Po minucie wpatrywania się w klejnoty, entuzjazm w ekipie opadł. Brylski schował się w namiocie, Tatajno rzucił niedopałek klubowego. Na placu pozostał jedynie Nataniel. Wiedział, że posiadał już wszystkie elementy układanki. Wystarczyło tylko spojrzeć pod odpowiednim kątem. Przespacerował się wokół, aby w końcu przystanąć w skrajnym prawym rogu. Przyklęknął i spojrzał bezpośrednio w diament. Nic. W nagłym olśnieniu wyciągnął latarkę i przyświecił bezpośrednio w ognisko diamentu. Promień światła błyskawicznie rozbił się w pryzmat kilku mniejszych, jednak był za słaby aby dotrzeć do kolejnych ognisk zatroczonych na tronach. Nataniel schował latarkę i wyciągnął klubowego. Wiedział, że do zachodu słońca wypali z pół paczki.

 

Czasy obecne, wyprawa, Emil, Kary

 

Emil czekał w gotowości. Kary klęczał za nim, w rękach podtrzymując kołczan pełny strzał z głowicami. Gdzieś z dolnej części żlebu dobiegł ich huk wirników.

- Helikopter! – Kary prawie się zadławił.

- Trzymaj karabin w odwodzie – zarekomenderował Emil.

Oboje ponownie zamienili się w słuch, kiedy ciężkie śmigła wojskowego helikoptera zmagały się z coraz bardziej rozrzedzonym górskim powietrzem. Nagle Emil opuścił nieco łuk i zwrócił lornetkę w kierunku skalnego obozowiska.

- Nie uwierzysz! Bóg nam jednak sprzyja! – uśmiechnął się kącikiem ust.

- Co jest?

- Nasza panienka wykonuje robotę za nas. Masz, popatrz sobie – podał lornetkę Karemu.

- Ej, ona sobie żyły podcięła, ja pierdole! – odparł wyraźnie rozbawiony Kary.

- Dobra, dość teatrzyku – Emil podniósł i wykalibrował łuk. – Oni zaraz tu będą, przygotuj się, bo wióry polecą.

Niemalże w tej samej chwili zza nasypu skalnego wyłoniła się sylwetka MI8-MH. Maszyna z trudem łapała sterowność, jednak stabilnie ułożyła się do lądowania. Wszędzie wokól wzbijała tumany śniegu. Kary wziął głęboki oddech, napiął cięciwę i wymierzył. Wydawało mu się, że trwało to wieki. W końcu wypuścił powietrze i puścił naciąg. Strzała gładko powędrowała w powietrze a głowica nadała jej rotacji. Wodzili za nią wzrokiem jak zahipnotyzowani. Helikopter wciąż wisiał na pięciu metrach, kiedy strzała dosięgła celu. Dziwnym trafem odbiła się tylko i eksplodowała w powietrzu dwa metry za maszyną. Fala uderzeniowa nadała maszynie ruch wirowy. Pilot musiał być jednak zaprawionym weteranem, ponieważ po kilku sekundach wyrównał i poderwał helikopter do góry, obracając dziób w kierunku nominatów. Po chwili w pełni uzbrojona, latająca forteca otworzyła ogień. Karabin maszynowy bezlitośnie łupił kawałki skał i resztki kamuflażu asasynów. Wybiegli na gołą przestrzeń. Kary otworzył ogień. Kule jego AK-47 odbijały się od maszyny jak skorupki orzeszków ziemnych, jednak kilku z nich udało się sforsować boczne okienko. Pilot skierował ku niemu dziób, co dało czas Emilowi na przeładowanie łuku. Maszynowe działka ponownie spruły śnieg przed Karym, by następnie rozerwać mu tętnice udowe obu nóg. Emil wykorzystał czas zyskany przez ostatnią akcję kolegi. Wymierzył dokładnie i wypuścił strzałę. Tym razem trafił dokładnie w obramowanie kokpitu. Eksplozja rozległa się głuchym echem po całej dolinie. Helikopter runął na ziemię. Metaliczny dzwięk łamiących się śmigieł zmieszał się z hukiem uderzenia ton metalu o twardy grunt. Mimo, że helikopter stracił śmigła, a wokół niego spadło mnóstwo powykręcanych części, sama kabina wydawała się tylko lekko draśnięta. Nie było też pożaru. Emil stał jeszcze chwilę przyglądając się z dumą swojemu dziełu, po czym zaczął rozglądać się za pozstałą dwójką. Niedaleko niego leżały zwłoki Karego. Wciąż zaciskał w dłoni karabin. Podziwu godne poświęcenie, pomyślał. Wyrwał AK z jeszcze ciepłych rąk nominata, wyminął wrak i podbiegł w kierunku obozowiska. Rose leżała na śniegu z wciąż niedawno opatrzonymi nadgarstkami. Była nieprzytomna. Rozejrzał się. Ślady biegły wgłąb, za skalny winkiel. Uniósł karabin i powoli postępował naprzód. Nie musiał długo węszyć. Zza skały wyłonił się Natan. Uniósł otwartą dłoń.

- Nie wiem kim jesteś – odezwał się – Zastrzel mnie, ale oszczędź Rose, proszę!

Emil uśmiechnął się kącikiem ust, po czym zaczął recytować.

- Requiem aeternam, dona eis, Domine…

- Nie wiedziałem, że w Zakonie uczą łaciny! – Tybetański akcent rozdarł wręcz powietrze za plecami Emila.

Nominat instynktownie uchylił się. Tuż za nim stał zaprawiony, górski przewodnik. Na ramiennej naszywce wyhaftowane miał imie i nazwisko: Rakesh Thimpu. Wykonał unik, przetoczył się w bok, i wymierzył w przewodnika. Przerywana seria z karabinu spowodowała mnóstwo dodatkowego huku. Ostatnią rzeczą, jaką zapamiętał, był potężny cios w potylice i jakby echo pękającego gdzieś powyżej lodu. Odgłos powtórzył się, po czym zamienił w dźwięk sunących jedna po drugiej śnieżnych mas. Zanim którykolwiek z nich zdołał wykonać kolejny ruch wszyscy zniknęli w ramionach śnieżnych kłębów. Po chwili lawina przykryła całą dolinę kryształowo czystą pierzyną. Po zdarzeniach sprzed kilku minut nie było ani śladu. W górskiej skali znaczyły tyle co nic. Wystarczyło to jednak, aby rozgniewać nie na żarty odwiecznych władców na pięciu szczytach Kanczencongi.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • pasja rok temu
    Witam
    No i zaczyna się. Im bliżej szjczytu, tym więcej się dzieje. Rose nie chciała już dalej być Rozewyn, służebną dziewką na posyłki Naszego Kręgu, bo zakochała się w Natanie. Czy przeżyje?
    Dobrze że powróciłeś do wyprawy seniora Nagana i nakreśliłeś elementy układanki.
    Kary i Emil nie żyją. Nic w tym odcinku nie ma o Gabrieli.
    Kanczenconga rozgniewana.

    Pozdrawiam i czekam na ciąg dalszy
  • drohobysz rok temu
    Dziękuję za komentarze. Gabriela była w helikopterze. Nie wiemy co z Emilem :) Przeciez to taki zardny chłopak ;p pozdrowienia

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania