Piąta Tajemnica - część 67

*** (1986, Pościg za profesorem, Antonio Bianco, Dariusz Twardowski vel wikary, późniejszy Przeor)

 

W Norbugang Chorten zapadał zmrok. Nie oznaczało to jednakże, że w ogrodzie koronacyjnym panowały egipskie ciemności. Setki małych świeczek rozstawionych w każdym jego kącie tworzyło niezwykle fantazyjną siatkę migoczących punkcików. W powietrzu czuć było zapach mirchy zmieszanej z wonią drzewa sandałowego. W centralnej części ogrodu, przy kamiennych tronach, rozwieszone zostały, niedawno utkane, modlitewne flagi. Pomiędzy tym wszystkim, krzątało się mnóstwo ludzi, z których większość przyodziana była w pomarańczowe, odświętne szaty. U ujścia ścieżki prowadzącej ku tronom, czterech starców prawie kończyło swoją pracę. Pochyleni, usypywali ostatnie strużki kolorowych wydm mandali. Pozostali mnisi, w pozycji kwiatu lotosu, generowali cichy, acz niezwykle przenikliwy gardłowy pomruk, za każdym razem wieńczony idealnie wywarzonym uderzeniem tybeńskich mis.

Wszystko to udzielało się młodym adeptom kościelnej doczesności: diakonowi Antonio Bianco i wikaremu Dariuszowi Twardowskiemu. Obserwowali ceremonię leżąc na pobliskim pagórku.

- Widzisz go? – spytał zniecierpliwiony Antonio.

- Daj mi chwilę, jest ciemno. – Wojskowa lornetka rozjaśniała nieco obraz, ale Twardowski mógł dostrzec tylko zarysy postaci po drugiej stronie ścieżki.

- To chyba on...

- Pokaż mi to! – Antonio wyrwał lornetkę z rąk wikarego. Pokręcił chwilę manetką ostrości, a w polu widzenia pojawiła się sylwetka profesora. Był w pełnym rynsztunku buddyjskiego mnicha. Wizerunek wieńczyła uformowana na kształt rogu, dziwaczna, zółta czapka sekty "Dzogczen". Tuż przed nim, trzy półnagie postacie, ustawione w trójkątnym szyku, uginały się pod ciężarem dźwiganych przez siebie krzyży.

- Oddaj to, kurwa! – warknął po polsku wikary i odzyskał lornetę.

- Vafanculo! – Prawie krzyknął Antonio, ale zaraz ugryzł się w język. Wiedział, że ma do czynienia z bokserem.

- Widziałeś tą szopkę przed profesorem?

- To chyba symbolizuje coś w rodzaju stacji drogi krzyżowej.

- Krystian ostrzegał, że to nie do końca buddyjska sekta.

Mężczyźni dzierżący krzyże ruszyli do przodu. Ciężar belek sprawiał, że wpijały im się głęboko w barki. Choć obraz z lornetki nie był zbyt wyraźny, wikary mógł dostrzec, jak po ich torsach spływała krew. Profesor podążał tuż za nimi. W świetle olejnych lamp wyglądał jak najprawdziwsza inkarnacja XIV Dalai Lamy. Gdy wkroczył pomiędzy mnisi szpaler, buddyjskie trąby oznajmiły początek ceremonii. Ich jazgot prawie całkowicie zburzył panującą do tej pory w ogrodzie harmonię.

- To co robimy? Podobno miałeś plan? – Antonio spojrzał wymownie na Dariusza.

- Widzisz tych dwóch mnichów przy małej furtce?

- Chyba żartujesz!

- Mamy Berettę, damy radę!

- Nie ma mowy! Nikt nie zginie. - Antonio ostentacyjnie zabezpieczył broń.

- A czy ja coś mówię? Tylko ich postrasz.

W następnej chwili zbiegali ze zbocza. Było całkiem ciemno i nikt niczego nie zauważył. Kakofonia dobiegająca z ogrodu narastała, co mogło im tylko sprzyjać. Mnisi strzegący bocznego wejścia dostrzegli ich dopiero kilka metrów od siebie.

- Ka kak! – ryknął pierwszy z nich, a drugi przyjął pozycję obronną. W odpowiedzi Antonio wyciągnął pistolet. Mnisi znieruchomieli. Zanim zdążyli zareagować, Dariusz Twardowski wbiegł pomiędzy nich i siłą rozpędu zwalił obu na ziemię. Był w życiowej formie, więc tylko chwilę zajęło mu przeturlanie na bok i zastosowanie chwytu przyduszającego na jednym z nich. Wojownik charczał, ale zgodnie z zasadami sztuki, po chwili stracił przytomność. Drugi jakimś cudem wyczołgał się spod nogi wikarego i zaczął nacierać na Antoniego. Ten stał jak wryty, celując w przeciwnika. W trzech-czwartych dystansu, mnich wykonał półobrót i wyprowadził cios z biodra. Idealnie rozciągnięta noga nadała impet stopie, którą wykonał kolejne półobrotu. Wytrącona z rąk Antonio Beretta bezwiednie wylądowała gdzieś na trawie. Włoch skulił się oczekując krytycznego uderzenia. Przeszywający powietrze huk tybetańskich trąb zmieszał się nagle z wysokim, bojowym tonem wydanym przez mnicha. Uderzenie jednak nie nastąpiło, i kiedy diakon otworzył oczy, ujrzał wikarego przestępującego z nogi na nogę, jakby w bokserskim ringu. Powalony przez niego adwersarz wykonał gibki ruch w parterze i wykorzystując siłę łydek ustawił ciało ponownie w pion. Na klepisku stali teraz, posiadacz „Złotej Rękawicy w Wadze Ciężkiej” Nowohuckiego Klubu Sportowego, oraz aspirujący do czarnego pasa kung-fu, zawodnik lokalnego klasztoru „Lung Chien”. Wikary zdawał sobie sprawę, iż jego jedyną przewagą była masa, oraz atomowy lewy sierpowy. Oponent zaś dysponował szybkością, zwinnością i arsenałem niezwykle skutecznych chwytów. Wikary rozumiał, że czystym bokserskim rzemiosłem nie będzie go w stanie pokonać. Myliłby się jednak ten, kto postawiłby wszystkie pieniądze na Sikkimczyka. Podczas swojej niepokornej młodości, Dariusz Twardowski wiele razy stawał w szranki z przeciwnikami równie niebezpiecznymi. Sztuk walki uczył się wśród pseudokibiców, w ciemnych zaułkach Prokocimia, Kurdwanowa, czy Nowej Huty. W ciągu tych mrocznych lat, przeszkolił się w wielu niehonorowych technikach, ciosach poniżej pasa i cwanych zagraniach rodem z cygańskich taborów. Kręcili się powoli wokół osi klepiska, rozgrywając walkę mentalnie. W końcu, adept kung-fu przyjął pozycję wyjściową, stając wyprężony jak struna, z wyciągniętym ramieniem i otwartą szeroko dłonią. Cios z pół-parteru otworzył starcie, jednak Twardowski doskonale wiedział, jak go sparować. Wykorzystując chwilę niestabilności przeciwnika wyprowadził niesłychanie silne uderzenie na podbródek. W odpowiedzi, oponent uchylił się, wydając przy tym charakterystyczny skowyt żurawia. Znów dreptali wokół, krzyżując co chwila wzrok. Do Sikkimczyka doszło, że z Polakiem należy postępować z najwyższą ostrożnością. Nagle Twardowski wykonał nieoczekiwany ruch. Stanął w miejscu i lewą ręką zaczął drapać się po głowie. Zachęcony łatwym łupem buddysta postanowił wykorzystać lukę i zaatakować serią uderzeń pustą dłonią. Nie mógł wiedzieć, że Twardowski użył taktyki, której nauczył go pewien wędrowny cygan. Drapiąc się po głowie, łokieć siłą rzeczy wystawiony miał przed nosem, więc każdy atak na twarz ślizgał się po ręce i wytracał impet. Prawa dłoń zaś chroniła korpus, niedopuszczając prawdopodobnych ataków z parteru. Seria niezmiernie szybkich ciosów nie dała spodziewanego efektu i zanim mnich zdecydował się na odskok, łokieć przyszłego Przeora zrobił przestrzeń do ataku głową. Twarda czaszka wikarego powędrowała ku otwartym z zaskoczenia ustom Sikkimczyka. Impet uderzenia potęgowała masa wikarego. W ułamku sekundy czoło Polaka zmiażdżyło nos mnicha. Ten jednak nie dawał za wygraną. Odskoczył, i zanim wikary zorientował się w jego zamiarach, zastosował chwyt przyduszający. Twardowski próbował się wyswabadzać szukając łokciami podatnego miejsca. I kiedy już zaczął tracić dech, a przed oczami robiło mu się ciemno, usłyszał świst, głuchy chrupot łamanej kości policzkowej i odgłos walącego się na ziemię przeciwnika. Kiedy obraz powrócił, zauważył Antonio rozmasowującego swoją prawą pięść.

- I kto tu jest mistrzem? – rzucił do wikarego z ironicznym uśmieszkiem.

- Całkiem niezły prawy. Powinieneś zacząć ćwiczyć, bracie. Ale teraz ściągajmy z nich te togi!

Ceremonia w ogrodzie koronacyjnym Norbugang Czorten trwała w najlepsze, więc nikt nie zauważył, jak dwóch nieco korpulentnych mnichów przemknęło tuż pod królewskie siedziska. Z miejsc które zajęli, aż nazbyt dobrze widzieli starców usypujących ostatnie symbole prawie gotowej mandali. W samym jej środku figurował wielki krzyż, otoczony szczelnym kordonem symetrycznie rozproszonych sikkimskich sylab. Jazgot trombit trwał nieustannie. Zmieszany z rytmicznymi uderzeniami tybetańskich mis i gardłowym pomrukiem dziesiątek mnichów, zdawał się sprawiać, iż usypane litery nabierały trzeciego wymiaru. Wszystko powoli nabierało sensu, znaczenia, układało się w jedną, zgodną całość. Trzy imiona. Trzy kolory. Trzy krzyże. Odwieczny trójkąt. Tu i teraz. Było; Jest; Będzie. Pustka; Miłość; Pożądanie. Natan, Anna, Rose.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • pasja ponad rok temu
    Witam
    No i nauka nie poszła w las. Psudokibice Wisły dobrze są utwierdzeni w bojach. Podstępem Antonio i wikary znaleźli się w samym centrum ogrodu koronacyjnego. Zakończenie intrygujące, jednak jest w tej liczbie Trzy tkwi tajemnica rozwiązania zagadki.
    Pozdrawiam,

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania