Piąta Tajemnica - część 61, 62

*** (tuż po wydarzeniach w schronie, 1986, Brylski, Nataniel, Krystian, Papież)

 

Archeolodzy siedzieli w pokoju gościnnym, w mieszkaniu państwa Saskich. Rezydencja była pusta, gdyż Gabriela od ósmego miesiąca ciąży przebywała w Krakowie. Poród był na tyle blisko, że nie chcieli z mężem ryzykować prowincjonalnej opieki. Nataniel wolał, aby dziecko urodziło się w Krakowie, gdzie znajdowała się znakomita rządowa klinika. Nieobecność żony była mu również na rękę, ponieważ mógł utrzymać zdarzenia ostatnich tygodni w całkowitej tajemnicy.

Dym z papierosów zaczynał już wsiąkać w niedawno krochmalone firanki, kiedy usłyszeli dźwięk dzwonka. Nataniel podszedł do drzwi i spojrzał w najnowszy hit polskiej inżynierii optycznej: panoramicznego judasza. Ujrzał w nim wielki, cylindrycznie wykrzywiony nochal z czarnymi okularami na wierzchu. Wykrzywione brwi ponad interesownymi oczami dawały jednoznacznie do zrozumienia, że należy otworzyć. Po odryglowaniu zamka, do przedpokoju od razu wtoczyło się dwóch rosłych typów, którzy w błyskawicznym tempie obeszli całe mieszkanie. Zaraz po nich w progu pojawił się papież, odstawił laskę i zabrał się za ściąganie butów.

- Karolu, nie trzeba, naprawdę. Czuj się jak u siebie.

- Właśnie tak się czuję. – Papież ustawił obuwie w równym rządku, po czym bez ceregieli powędrował do pokoju gościnnego. Naukowcy poderwali się, jednak uspokoił ich jednym ruchem ręki. – Siedźcie, siedźcie.

Podszedł do stołu i rzucił na niego rulonik zawinięty w gumkę recepturkę.

- Tu są moje wytyczne. – Rulonik turlał się chwilę po blacie, aby w ostatnim momencie zatrzymać się na krawędzi. – Chciałbym, abyście powołali się na ten edykt przy formowaniu Naszego Kręgu. Nie można więcej dopuścić, aby znalezione przez nas artefakty kiedykolwiek jeszcze znów się ze sobą zetknęły. Relikwiarz pozostanie z nami, natomiast Czarną Koronę oddamy w ręce bliżej jeszcze nieokreślonej formacji.

- Ależ ojcze! – Krystian nie krył zdenerwowania – Nauka nie daruje nam, jeśli zmarnujemy taką okazję! Niech tylko ojciec pomyśli, co moglibyśmy osiągnąć przy pomocy...

- Dosyć! – rzucił stanowczo papież. – Nie będziemy nawet o tym dyskutować! To wbrew naturze! Czy wiecie co mogłoby się wydarzyć, gdyby dowiedziały się o tym światowe mocarstwa? I tak dziwię się, że nikt tego nie odkrył przez ten cały czas.

- A może zwróćmy je ludziom, którzy do których dotąd należały? – zaproponował Nikodem.

- Nie możemy. Przerwaliśmy cykl, który nigdy nie powinien się po pierwsze rozpocząć. Takie rzeczy nie dzieją się przypadkiem. Mówimy tu o mocach przekraczających nasze wyobrażenie, i dlatego, jako spadkobierca tytułu apostolskiego, dołożę wszelkich starań, aby ten tandem nigdy więcej nie wpadł w niepowołane ręce.

- A na chwilę obecną co proponujesz? – spytał Nataniel.

- Wymyśl coś. Schowaj je na jakiś czas, przynajmniej zanim się nie zorganizujemy.

- Najciemniej pod latarnią. Wezmę je do Krakowa i przechowam.

- Dobrze. Przynajmniej tobie ufam. Wyślę ci też młodego, ale rzetelnego diakona, Antonio Bianco. Pomoże wam od strony organizacyjnej. I pamiętajcie, tak naprawdę to tylko przykrywka. Nasz Krąg stanowić będziemy tylko my i nikt inny.

- A co ze mną Ojcze? – zagaił Nikodem.

- Długo nad tym myślałem. Chciałbym, żebyś poleciał ze mną do Rzymu. Wynajdziemy ci nową tożsamość. Niech będzie na przykład: Dante Perucci. Nie od razu, ale postaram się abyś awansował. Będziesz w stanie?

Brylski pociągnął ostatni mach klubowego, wypuścił dym nosem, po czym zagasił niedopałek w popielniczce.

- Zatem postanowione, ale musi Ojciec wiedzieć, że ja nie mam łatwego charakteru.

- Tym lepiej dla Ciebie. Będziesz pasował do Watykanu jak ulał.

Przeciąg znów poruszył rulonik z wytycznymi. Wahał się nieco w którą stronę się stoczyć, by w końcu poturlać się poza krawędź stołu. Nie dane mu było jednak długo spadać, ponieważ sprawna ręka Krystiana pochwyciła go wpół drogi pomiędzy blatem a podłogą. Korzystając z okazji, rozwinął go i przejrzał zawartość.

- Zatem postanowione – zgodził się z resztą.

- Postanowione - odrzekli pozostali.

 

Kraków, Tydzień po wizycie papieża, wiosna 1986, Gabriela, Nataniel, Natan

 

- Nataniu! Zaczeło się! – krzyknęła Gabriela.

- Co powiedziałaś kochanie?

- Nie słyszałeś!? Szybko!

- O matko, to już? Poczekaj, tylko skoczę po kluczyki!

- Pospiesz się, czuję że zaraz mi odejdą wody!

Nataniel wbiegł do kuchni, otworzył szufladę w kredensie, chwycił kluczyki i natychmiast skierował się na schody, gdzie Gabriela starała się stawiać powolne kroki.

- Już niedługo! Chodź kochanie!

Gabriela podjęła go pod rękę i razem zeszli do samochodu. Był przyjemny, wiosenny dzień. Ulice Krakowa były prawie puste. Nataniel pomyślał, że mogło to być związane z meczem reprezentacji Polski, która właśnie walczyła o półfinały mistrzostw świata w Meksyku. Choć Gabriela była nieco zaniepokojona, na zewnątrz promieniała radością. Głaskała lekko brzuch spoglądając na mijane ulice. Z mężem rozumieli się bez słów. Nie musiała nic mówić, by czuć go tuż obok. Tym bardziej teraz, kiedy po prawie piętnastu latach starań w końcu jechali, aby odebrać ich upragnione dziecko.

- O czym myślisz? – spytał Nataniel.

- Zastanawiam się, czy będzie chłopczyk, czy dziewczynka.

- Zawsze chciałem mieć dziewczynkę.

- Wiem, ale ja czuję że będzie chłopczyk.

- To dziwne, ale nigdy wcześniej o tym nie rozmawialiśmy.

- Faktycznie. No to wymyśl jakieś imię dla dziewczynki.

- Ech, no niech będzie Natalia.

- Ładnie, może być.

Już prawie wjeżdżali na szpitalny parking.

- A jak będzie chłopczyk?

- Jak będzie chłopczyk, to chce żeby nazywał się tak jak ty: Nataniel.

- Naprawdę, dlaczego?

- Bo cię kocham głupku?

- Ja ciebie też. Niech będzie mały Natanek.

Samochód zawinął tuż pod szpitalne wejście. Portier w kanciapie oglądał mecz i nawet nie zauważył, że ktoś pojawił się tuż przy kantorku. W pomieszczeniu było także chyba z pół personelu i wszyscy pacjenci. Z głośników czarno-białego telewizora wydobywał się poddenerwowany komentarz Dariusza Szpakowskiego: ”... Boniek, Szarmach, Szarmaaach, Bonieeeek, o Jezus Maria! ...”

Nataniel przecisnął się przez prowizoryczną widownię.

- Żona mi rodzi.

- Panie, daj mnie pan spokój, mecz jest, nie widzisz pan?

Nataniel wezbrał w sobie.

- Panie!!! Żona mi rodzi!!! – huknął na pół sali.

Gwar na korytarzu nieco przycichł, po czym ktoś z tłumu wstał i podszedł do niego.

- Siostra Łucja, naczelna dyżurna. Gdzie jest pana żona?

- W samochodzie.

- Dobrze, już ją zabieramy. - Siostra przytoczyła wózek i razem pomogli Gabrieli usiąść. - Może niech pan lepiej poczeka tutaj. I tak nie wpuszczamy na salę porodową – zasugerowała.

Nataniel machał jeszcze chwilę, patrząc jak kobiety znikają za rozsuwanymi drzwiami. Z braku innego zajęcia, dołączył wkrótce do armii pacjentów rozemocjonowanych meczem. „ ... wyrzut Tomaszewskiego, przejęcie, Smolarek prostopadłym podaniem szukał Bońka, ale przeciwnik przejął piłkę...”. Choć lubił oglądać reprezentację, tym razem komentarz przechodził gdzieś obok niego. Gdzieś z tyłu głowy analizował wydarzenia ostatniego miesiąca, wyprawę, wskrzeszenie Nikodema i rozmowę przyjacielem, który był teraz papieżem. Pomyślał, że jego plan może się powieść. Rozdzielą artefakty. Stworzą dwie przeciwstawne organizacje. To chyba najlepsza decyzja. Ale co tam! Za chwilę będzie tulił swoje pierwsze dziecko!

Nie mogąc już usiedzieć, wyszedł na chwilę ze świetlicy i odpalił klubowego od jednego z pacjentów. Słońce chowało się powoli za okolicznymi budynkami. Z braku zajęcia poszedł przeparkować auto. Kiedy cofał, coś w bagażniku stuknęło. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak nonszalancko się zachował. Nie wypakował artefaktów! Uznał jednak, że to teraz najmniej ważne zmartwienie. Wyciągnął kluczyki ze stacyjki, domknął bagażnik i wrócił na portiernię. Mecz pozwalał mu nieco załagodzić emocje, jednak co chwila spoglądał w stronę rozsuwanych drzwi. Kiedy wybrzmiał ostatni gwizdek, kawalkada pacjentów zerwała się z krzesełek, jakby w jednej chwili wszyscy ozdrowieli. Słońce całkiem już schowało się za pobliskie kamienice, więc portier zapalił równe rzędy jarzeniówek. Jedna, tuż ponad Natanielem nieznośnie migała, wydając przy tym denerwujący, rzężący dźwięk. Czas zaczął mu się nieznośnie dłużyć, więc liczył poszczególne jej rozbłyski. Po setnym zerwał się i bez pardonu ruszył na porodówkę. Szybkim krokiem minął kantorek sióstr dyżurnych. Na oddziale było dziwnie pusto, więc skierował się w stronę sali porodowej, z której właśnie wybiegała pokrwawiona pielęgniarka. Prawie się zderzyli, lecz kobieta zignorowała go, wyraźnie spiesząc by wykonać jakieś polecenie. Zza kotary dobiegały głośne polecenia lekarza prowadzącego.

- Podaj jeszcze adrenalinę. Tracimy ją!

Kiedy wyjrzał zza zasłony, jego oczom ukazał się widok, którego miał już nigdy nie zapomnieć. Wokół stołu operacyjnego krzątał się chyba cały dostępny na dyżurze personel. Gabriela leżała cała we krwi, a lekarz właśnie przykładał do jej piersi dwie przeciwstawne elektrody defibrylatora.

- Raz, dwa, trzy, strzał! – Rozległo się na sali. Osprzęt wydał piskliwy ton, a ciało jego ukochanej podskoczyło na stole.

- Mamy ją? – Lekarz spojrzał na monitor.

- Brak reakcji.

- Przygotować kolejny impuls! – Zdecydował lekarz.

- Gotowy.

- Raz, dwa, trzy, strzał!

Coś na monitorze mignęło, a prosta dotąd linia zaczęła pulsować.

- Jest puls! – krzyknęła dyżurna.

- Dobrze, wyjmij rurki, podaj nożyce!

Będąc w totalnym szoku, Nataiel zdążył jeszcze zauważyć, że tuż za stołem operacyjnym leżała srebrna, metalowa miska, z której wystawała mała rączka. Coś w nim pękło. Wybiegł zza kotary wprost w sam środek wydarzeń.

- Coście im zrobili?! – Rzucił wprost w twarz zaskoczonego lekarza – Dlaczego moje dziecko tam leży?!

- Wyprowadźcie go stąd, natychmiast! – Rzucił zdecydowanym, lecz spokojnym tonem lekarz. Nataniel nawet nie zauważył, kiedy okrążyły go trzy pielęgniarki. Roślejsza z nich zastosowała profesjonalny chwyt, wykręcając mu ręce do tyłu. Widać było, że miała praktykę w tego typu sytuacjach. Pozostałe dwie chwyciły go pod pachy i wywlekły na korytarz. Nie oponował, jakby zupełnie opadając z sił. Kobiety doprowadziły go do kantorka i posadziły przy ścianie. Wkrótce pojawiła się kolejna, z kubkiem.

- Niech profesor to wypije, wszystko będzie dobrze.

Nataniel bezwiednie przyjął napój, wychylając gorzki płyn jednym haustem.

- A teraz niech profesor tu zostanie, my się wszystkim zajmiemy. Pana żona ma najlepszą możliwą opiekę.

- A dziecko?!

Pielęgniarka nic nie odpowiedziała.

- Niech mi pani przynajmniej powie, czy to był chłopiec czy dziewczynka?

- Chłopczyk, mieliście chłopczyka. – odpowiedziała pielęgniarka uśmiechając się przez łzy.

- Zostać z panem?

- Nie, nie trzeba – odparł i zasłonił wilgotne oczy.

- Zaraz przyjdę sprawdzić, jak się profesor czuje, dobrze? – Rzuciła pielęgniarka i pobiegła spowrotem za kotarę.

Po dłuższej chwili, do pokoiku wszedł ordynator Jaskulski. Obaj znali się z partyjnych posiedzeń.

- Pana żona wciąż jest z nami – zakomunikował z wyraźną ulgą.

Nataniel zauważył, że Jaskulski również był na skraju wyczerpania.

- Czy teraz mógłbym ją zobaczyć?

- To niestety wykluczone. Proponuje porozmawiać na spokojnie. Na zewnątrz.

Nataniel pokiwał głową. Kiedy próbował się podnieść, coś bezwiednie pociągnęło go w dół.

- Spokojnie, odurzenie zaraz minie. Da pan radę? – Ordynator podał mu rękę.

Chwilę zajęło im pokonanie drogi na deptak. Obaj starali się trzymać emocje na postronku.

- Ma profesor ogień? – Spytał Jaskulski. Nataniel odchylił kurek szykownej, srebrnej zapalniczki, aby ordynator mógł odpalić upragnionego klubowego. Jaskulski zaciągnął się i trzymał dym przez dłuższą chwilę.

- Czy lek już ustępuje?

- Tak, powoli, dziękuję.

- Dobrze. Proszę się nie denerwować.

- Niech pan wreszcie mówi! Co tam się stało ordynatorze?

- Chciałbym mieć lepsze wieści... - Jaskulski zmarszczył brwi. - Wszystko szło jak z płatka, aż do momentu, kiedy zauważyliśmy, że dziecko nie jest poprawnie ułożone. Zarządziłem natychmiastową cesarkę. Podaliśmy pana żonie znieczulenie i się zaczęło. Nastąpiła reakcja anafilaktyczna.

- To znaczy?

- Pana żona była uczulona na któryś ze składników. Mam kontynuować?

- Tak, staram się zachować spokój.

- Dziecko było już u ujścia, kiedy pacjentka straciła przytomność. Przeprowadziłem cięcie, wydobyliśmy dziecko, ale niestety nie oddychało. – Ordynator ponownie zaciągnął się, a klubowy przepalił się prawie do połowy. – Musiałem oddelegować zespół do reanimacji dziecka a sam zająłem się pana żoną. Resztę profesor zna. Nie mogliśmy zrobić nic więcej. Bardzo mi przykro...

- Czy z Gabrielą będzie wszystko w porządku?

- Jest silna, wyjdzie z tego, przewieźliśmy ją na OIOM.

- A, ... – Nataniel zawahał się chwilę – A mały Natanek?

- Wciąż leży na sali, nie mieliśmy czasu, aby się nim zająć.

Nataniel nie patrzył już na rozmówcę. Cała jego uwaga skoncentrowana była na bagażniku samochodu. Gdy znów spojrzał na ordynatora, była w nim niepokojąco żarliwa iskra.

- Czy będę mógł zobaczyć syna?

- Mamy pewne procedury, ale dla pana zrobię wyjątek. Może profesor pobyć z nim sam na sam. Uprzedzę personel.

- Będę panu niezmiernie wdzięczny.

- Przynajmniej tyle mogę zrobić. A teraz wybaczy profesor, obowiązki wzywają. – Ordynator rzucił niedopałek na tacę i zniknął za rogiem.

Nataniel nie zastanawiając się dłużej, pobiegł do samochodu. Otworzył bagażnik, gdzie na spodzie niezmiennie leżały dwa pakunki. W przypływie gniewu podarł zabezpieczającą artefakty otulinę. Relikwiarz wrzucił do naramiennej torby, a Koronę schował pod połami wiosennego płaszcza. Wystawała nieco, jednak nie sądził, aby ktokolwiek go o to pytał. Pewnym krokiem przemknął przez portiernię, na schodach spotkał oddziałową, jednak zupełnie ją zignorował. Minął kantorek, dotarł do kotar i starannie je zasunął.

Pielęgniarki pozostawały czujne. Czas płynął powoli. Minęła minuta, po chwili następna, a wkrótce zrobiło się ich pięć. Najroślejsza z sióstr rzuciła w końcu „Szpilki” i ruszyła w stronę kotary. Najmniejsza zatrzymała ją jednak w połowie drogi.

- Zostaw! Ordynator prosił... – Nie zdążyła dokończyć, kiedy wszystkie światła w pomieszczeniu przyciemniły się, mignęły, a następnie całkiem zgasły. Powietrze nasyciło się dziwnym posmakiem. Po kilku sekundach zaskoczyły generatory a światła powróciły w trybie awaryjnym. Oddział zalała fala czerwieni. Powietrze zrobiło się nieznośnie gorzkie. Wkrótce wybrzmiał też pierwszy, przeraźliwy krzyk dziecka. Płakało dosadnie sygnalizując swoją obecność wśród żywych. Siostry popatrzyły po sobie zdezorientowane. Kiedy rozsunęły kotarę, ukazała się im sylwetka profesora z płaczącym noworodkiem na rękach. W czerwonej poświacie wyglądali, jakby właśnie pokonali siedem bram piekieł. Zresztą nic nie wskazywało na fakt, aby mogło być inaczej.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • pasja 2 miesiące temu
    Witam i tu.
    Bardzo ekscytująca część. Meksyk, Polska na mistrzostwach i słynne nożyce Bońka. Poród i powikłania i martwy noworodek. I tak jak kiedyś ojciec uzdrowiony przez małego Tulku, tak i teraz syn przywrócony do życia.
    Widać kolosalną różnicę w obsłudze szpitalnej.
    Cud po prostu.
    Natan jest od urodzenia szczęściarzem i ma ważną rolę do spełnienia.

    Pozdrawiam
  • 00.00 2 miesiące temu
    Kluczowa cześć, wiele się z tej tajemnicy wyjaśniło.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania