Piąta Tajemnica, część 63

Czasy obecne; Wyprawa; Tuż po lawinie; Rose; Nagbo Tara

 

Rose zerwała się wpół. Znajdowała się na posłanej sianem kozetce, w rogu nieznanej, drewnianej komnaty. Czuła się dziwnie lekko, jakby nagle urosły jej skrzydła. Ostatni obraz, który pamiętała, to sącząca się z nadgarstków krew i biegnący gdzieś Natan. Teraz miała na sobie ten sam strój, w którym powitała go jeszcze w Yuksam. Tak samo jak wtedy, dekolt wylewał jej się z białego, sportowego sweterka, a kręcone blond włosy opadały delikatnie na niebieskie oczy. Spojrzała na dłonie, były całkowicie czyste, ani śladu po nacięciach. Coś było nie tak. Zlustrowała raz jeszcze pomieszczenie. Dało się wyczuć jego niezwykłą moc. Była wszędzie: w ścianach, podłodze i suficie. Na stole paliła się świeca. Podeszła do niej i uniosła dłoń ponad ogień. Czuła przyjemne ciepło, ale żadnych oznak bólu. Płomień oplatał jej palce, nieco przy tym łaskocząc. Wydawał się niezwykle hipnotyzujący i pełen znaczenia, ale nie parzył! Nagłe muśnięcie obu łydek wyrwało ją z zadumy. Uskoczyła w bok, obróciła się na pięcie i omal nie parsknęła śmiechem. Od razu rozpoznała zwierzę, które ją zaczepiło. Zawsze interesowała się listą zagrożonych gatunków, a czerwona panda była na samym jej szczycie. Niespodziewany gość wykonał kilka powolnych przewrotów i zastygł w poddańczej pozycji. Emanował absolutną radością i Rose nie przyszłoby nawet do głowy, aby się go bać. Przyklękła i pogładziła mu brzuszek. Panda pokwiliła chwilę, po czym obróciła się i ochoczo podbiegła do rzeźbionych w orientalnym stylu drzwi. Rose w mig złapała, że chce jej coś pokazać. Dopiero teraz zauważyła, że na drzwiach wyrzeźbiona była kwadratowa, symetrycznie ułożona mandala. Na jej krawędziach znajdowało się pięć różnokolorowych wejść, które stanowiły początki niezwykle skomplikowanego labiryntu korytarzy i komnat. Rzeźba nie była ukończona. W okolicach centrum, korytarze rozmywały się oddając pola maleńkim drobinkom piasku scalającym powoli kolejne struktury. Wyciągnęła rękę, aby zbadać fenomen, lecz zanim zdążyła go sięgnąć, ktoś z zewnątrz nacisnął klamkę. Odkoczyła w porę, w przeciwieństwie do powolnej pandy, którą drzwi odepchnęły na pobliską ścianę. W progu stała smukła brunetka o bladej karnacji. Jej wzrost dorównywał Rose, a idealnie proste, kruczoczarne włosy sięgały daleko za ramiona. Miała na sobie niebieskie jeansy i dobrze skrojony, gustowny t-shirt. Całość absolutnie nie komponowała się z tutejszym otoczeniem. Rose oceniła jej wiek na nieco ponad dwadzieścia lat. Intruzka skierowała wzrok w stronę pandy. Ta otrzepała się i bez wahania dała susa ku Rose, jednocześnie sczerząc zęby w stronę gościa.

- Mahakala czienno! – fuknęła brunetka. Panda pisnęła, po czym przestraszona przemknęła na korytarz.

Rose cofnęła się o kilka kroków.

- Przeklęte brudasy, kręcą się tu wszędzie - zagadnęła kobieta. Postąpiła kilka kroków naprzód i skłoniła się - Mam na imię Nagbo. Nagbo Tara.

Rose wahała się przez chwilę, jednak wrodzona odwaga przezwyciężyła strach.

- Rose Priceworth.

- Kiedyś nazywali mnie... – Nagbo zawahała się, jakby nie mogąc wydobyć czegoś z pamięci – Wołali na mnie Anna.

- Rozumiem. A możesz mi powiedzieć gdzie jesteśmy? Ostatnie, co pamiętam to... – Rose spojrzała na nadgarstki – Moment, w którym traciłam przytomność, a Natan biegł...

- Masz ogromne szczęście, że się tu znalazłaś. Nie wszyscy dostępują tego honoru.

- To znaczy?

- W zasadzie to nie ma cię tu. Śnisz.

- Nie rozumiem.

- Miejsce w którym jesteśmy istnieje i nie istnieje jednocześnie, wciąż tworzy się i znika, odnawia i burzy. Jest stanem umysłu.

- Coś jak ta mandala na drzwiach?

- Bystra jesteś – Nagbo wykonała kilka kroków do przodu, przyciskając Rose do ściany, po czym zlustrowała ją od stóp do głów. – Niczego ci nie brakuje. Nie dziwię się, że... – przygryzła się w język. – ... że w tym miejscu wyglądasz na tyle, na ile ci ono pozwala.

Rose mogła wyczuć subtelny zapach dziewczyny. Nie potrafiła tylko przypomnieć sobie nazwy perfum, jednak na pewno nie należały do najtańszych.

- Chanel, moja droga. Dostałam je od niego na urodziny. Towarzyszyły mi do samego końca. – Kobiety dzielił teraz dystans kilku centymetrów. Nagbo pochyliła twarz dotykając prawie szyji Rose. Trwały tak przez chwilę. Rose drżała. Nagbo wsłuchiwała się w jej oddech. Wdech, wydech, wdech, wydech...

- Twój zapach! Ty jesteś w ... – Nagbo po raz kolejny przygryzła się w język. Jej twarz spochmurniała. Odstąpiła od blondynki wyraźnie skonfundowana.

- Kim jestem?! – W Rose narastał niepokój.

- Mam nadzieję, że nigdy się tego nie dowiesz – syknęła brunetka ciętym tonem – Zbyt długo na niego czekałam, żebyś mi go teraz odebrała!

- O kim ty mówisz? O Natanie?

- Musisz o nim zapomnieć! Tutaj nie ma znaczenia czego pragnęłaś tam!

Rose przyjęła postawę obronną.

- Nawet nie próbuj. I tak nie dałabyś rady! – Nagbo rzuciła jej pogardliwe spojrzenie, po czym podeszła do świecznika stojącego na stole. Przytłumiła knot i płomień zgasł. Pomieszczenie ogarnęła czerwona poświata dochodząca z korytarza.

- Byłoby lepiej dla ciebie, jakbyś stąd nie wychodziła - odezwała się po raz ostatni i kocim ruchem przemknęła za próg. Lewą dłoń złożyła w pudżę, prawą wykonując półkolisty gest w kierunku drzwi. Te bez sprzeciwu zamknęły się, odcinając Rose drogę ucieczki. Podbiegła do klamki, ale brunetka zablokowała ją od zewnątrz. Analityczny umysł Rose ledwo podąrzał za sytuacją. Wyrzucał coraz to nowe zapytania: Co to za miejsce? Jak się tu znalazłam? Co się przed chwilą wydarzyło? Skąd się tu wzięła ta czerwona panda? No i ta suka! Znała Natana? To nie może być realne! A może ja po prostu nie żyję? Leżę na śniegu, gdzieś na zboczu Kanczencongi a mój mózg umila mi właśnie proces umierania? Jeśli tak, to chcę już być martwa! Próbując oswoić się z nową sytuacją, Rose gorączkowo próbowała łapać się resztek logicznego rozumowania.

Jakby na domiar złego, nieustannie ewoluująca mandala przeczyła wszelkim prawom fizyki. Nie zważając na grawitację, drobinki piasku rzeźbiły w niej kolejne korytarze. Wkrótce mała ich część przybrała kolor czerwieni, a czerń którą pozostawiła po sobie Nagbo, zmieszała się z pustką wypełniającą centrum labiryntu. Symetrycznie położone, bliźniacze wejścia do mandali także zmieniły odcień. Jedno z nich skrzyło się zielenią, która powoli torowała sobie drogę ku czerwieni, drugie zaś zabarwiło się szarością. Nie zastanawiając się wiele, uniosła palec i przytknęła go w miejscu, gdzie kolor zatrzymał się, szukając przebicia w głąb. Prąd popłynął jej przez dłoń, a kiedy stopił się z jaźnią, zobaczyła ślepy korytarz i Natana mówiącego coś do pandy. Tuż za nimi, uczepiona sufitu zwisała postać Nagbo. Jej włosy opadały ku podłodze, jednak żadne z nich tego nie zauważało. Nagle głowa brunetki zwróciła się w kierunku Rose. Promieniujące ukłucie, jakby dwieście wolt, odrzuciło ją od drzwi. Przeturlała się i zaległa na środku izby. Dziwnym trafem nie czuła bólu. Po krótkiej chwili pomieszczenie znów wypełniło się radością i zaakceptowaniem. Także zgaszony knot rozbłysł na nowo, oświetlając skulone na podłodze ciało dziewczyny. Chciał dobrze, jednak nie wiedział, że igra ze światłem które, gdyby tylko o tym wiedziało, mogłoby przyćmić choćby i tysiąc słońc. Igrał z nigdy nie gasnącym światłem kobiecej miłości.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • 00.00 7 miesięcy temu
    A tutaj to już wyższa szkoła jazdy. :) Nieźle się poruszasz w tym wyimaginowanym świecie.
  • drohobysz 7 miesięcy temu
    dzięki :) powoli wszystko zmierza ku finałowi...
  • pasja 7 miesięcy temu
    Witaj
    Anna pierwsza miłość Natana. Świat zmarłych przejawia się w tej części. Czy Rose pokona zazdrość Anny? W tym wszystkim umieściłeś okrągłą mandalę, sposób na medytację czyli na głębokie wejście w siebie, a sam proces tworzenia i niszczenia mandali, miał
    symbolizować życie i śmierć. Akceptowanie przemijania i wieczne koło odnowy, początek i koniec. Świat buddyjski ma wiele tajemnic i pewnego układu pomiędzy żywymi, a umarłymi. I tutaj przeniosłeś czytelnika w ten fantastyczny świat. Zastanowiłeś i obudziłeś pewien strach przed końcem.
    Pozdrawiam serdecznie
  • drohobysz 7 miesięcy temu
    Mandale to naprawdę piękne, kolorowe, pełne symboli dzieła sztuki. Wszystko w nich ma pewne znaczenie, koło życia kręci się nieustannie, a my razem z nim :) pozdrowienia Pasjo!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania