Piąta Tajemnica - część 54-56

Przeor, czasy współczesne, Warszawa

 

Pomieszczenie tonęło w mroku. Jedyne źródło światła stanowiła upiorna poświata sącząca się z ekranu laptopa. Przeor jeszcze przez chwilę przeglądał raporty spływające od liniowych członków Zakonu, po czym zamknął urządzenie. Finansowo rok przedstawiał się dla organizacji wyśmienicie. Dochody nigdy nie były wyższe, a nowy jacht dla Żanety właśnie wpływał do mariny. Nic z tych rzeczy nie było jednak w stanie poprawić mu humoru. Chociaż przedsiębiorstwo działało prężnie, jego podstawa drżała właśnie posadach. Pierwszy raz od ponad trzydziestu lat, niegdysiejszy wikary biednej podkrakowskiej parafii, a dziś Przeor Tajnego Zakonu Czarnej Korony, odczuwał niewysłowiony niepokój. Do tej pory pomiędzy Zakonem a Naszym Kręgiem panowała delikatna równowaga. Przeor miał jednak świadomość, że dotychczasowy porządek został właśnie zburzony. Wzrok wyostrzył się mu w ciemności i mógł teraz dostrzec zarysy krzyża wiszącego nad drzwiami. Spoczywający na nim Chrystus niezmiennie dzierżył na głowie czarny, inkrustowany pięcioma diamentami, atrybut władzy. Korona od zawsze ciążyła ku Relikwiarzowi. Były jak dwie strony tej samej monety, i od dwóch tysiącleci nieustannie równoważyły swe działanie, dopóki dopóty ten przeklęty głupiec, Nataniel Saski, nie zaburzył tego stanu rzeczy. Przeor pomyślał, że nawet jeśli cały Zakon zawiedzie, nie pozwoli by Korona wpadła w niepowołane ręce. Nie bez walki. Nawet jeśli miałby otworzyć same siódme wrota piekieł, Czarna Korona nigdy nie odnajdzie swej drogi ku tej śmiesznej, grawerowanej skrzynce. "Non possumus", przeszło mu przez głowę, a kąciki ust uległy grymaśnemu spazmowi auto ironii.

 

Emil, czasy współczesne, wyprawa, Kanczenconga

 

Na częściowo odkopany wrak helikoptera osiadały świeże, kryształowo przejrzyste płatki śniegu, zacierając powoli ślady pozostawione przez ekipę Rakesha. Całe miejsce wydawało się teraz oazą spokoju. Stan ten nie trwał jednak długo. Wkrótce gruba warstwa śniegu przy jednej ze skalnych ścian zaczęła zapadać się do środka, po czym z głębiny wydobyła się zaciśnięta dłoń. Po chwili widoczne były już obie dłonie, a następnie łysa głowa. Emil jeszcze przez chwilę wykonywał dziwaczne, jakby frykcyjne ruchy, ale w końcu udało mu się wydostać na powierzchnię. Rozejrzał się dokoła. Gniew, który wzbierał w nim od momentu przebudzenia odnajdywał teraz ujście. Seria przekleństw odbiła się echem od okolicznych skał i jak bumerang uderzyła na powrót. Cała misja poszła nie tak, jak się spodziewał. Zastanawiał się, czy to dobrze że przeżył. Nawet jeśli skłamie, Przeor i tak dowie się, co wydarzyło się na przełęczy. Nieco z boku zauważył ślady sań, oraz odciski czterech par stóp . Oznaczało to wzmożoną aktywność wroga w okolicy. Musiał się śpieszyć. Lekceważąc ból w lewej kostce, dotarł wkrótce do zamaskowanego obozowiska. Wszystko wydawało się nienaruszone, więc przeciwnik nic nie znalazł. Wczołgał się do namiotu. W plecaku wciąż leżała komórka. Nacisnął przycisk ON, ale na nic więcej nie starczyło mu sił. Padł na karimatę, a ciemność powitała go z otwartymi ramionami.

 

Rakesh, ekipa ratunkowa, Rose, Gabriela. Pomiędzy pierwszym obozem pod Kanczencongą a przełęczą Goecha La.

 

Rakesh odnajdował w sobie coraz to nowe pokłady sił. Sanie z Rose ciążyły mu niezmiernie, a mała chatka do której się kierowali była oddalona jeszcze o około pół godziny drogi. Stawiając rytmiczne kroki, porządkował w głowie wydarzenia kilku ostatnich godzin. Zakon zadał im srogi cios. Wszyscy ojcowie założyciele Naszego Kręgu nie żyli. Także jego najbliższy przyjaciel, Nikodem, odszedł na dobre, a żadna z uratowanych nie odzyskiwała przytomności. W kąciku oka Rakesha pojawiła się łza.

- Wszystko się ułoży – niski, chrapliwy, sikkimski akcent współtowarzysza próbował go pocieszać - Teraz najważniejsze jest, aby utrzymać przy życiu tych, którzy wciąż są z nami.

- Masz rację Pasangu. Wzywałeś już buddę medycyny?

- Na samym początku, Rinpocze...

Rakesh posłał mu ciepłe spojrzenie i ponownie zatopił się w myślach. Teraz kiedy pozostało ich niewielu, musiał przede wszystkim ratować struktury organizacji. Nie mógł jednak odnaleźć w pamięci nikogo, komu mógłby wystarczająco zaufać. Westchnął po raz drugi. Zakon nie pozostawiał mu wyboru.

Na szlaku uczęszczanym tylko przez przewodników górskich widoczność powoli poprawiała się. Wkrótce w oddali dało się zauważyć słabe, migoczące światełko. Pomyślał, że w chatce trwają już przygotowania na przyjęcie rannych. Jego serce napełniło się nadzieją. Bardzo chciał stać się teraz jednym z tych, którzy bezgranicznie się jej powierzyli. Niestety w jego przypadku, ta chwila miała nigdy nie nadejść. Był na to zbyt doświadczony.

Następne częściPiąta Tajemnica - część 57  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • 00.00 ponad tydzień temu
    Zmartwię Cię, bo nie zakodowałam tych z kościoła i teraz nie wiem jak ich przypasować, ale to mały szczegół. Wcześniej też nie rozpracowałam tej elity.
    Dobrze, że wrzucasz częściej. ;)
  • drohobysz ponad tydzień temu
    dlatego nieco zwolniłem i nieco przypomniałem, żeby było wiadomo kto i co. i powoli do przodu, już po połowie.
    Tak więc:
    - Zakon: Przeor, Emil, pod patronatem papieza emeritusa (mają Czarną Koronę)
    - Nasz Krąg: Nataniel Saski Senior, kardynał Perucci, Antonio Bianco, Rose, Gabriela, pod patronatem obecnego papieża (mają Relikwiarz - skrzynka)
    W następnej częsci sporo się wyjaśni...
  • pasja ponad tydzień temu
    Witam
    No i proszę czarna korona się odnalazła u Przeora. A Żaneta zyskała jacht, materialistka. Emil tez się utrzymał przy życiu... mówiłeś.
    Rose też żyje, tylko czy przeżyje. Nikodem zginął. Zakończenie jest niejednoznaczne i Rakesh ma obawy.

    Pozdrawiam
  • drohobysz ponad tydzień temu
    U przeora tylko mała kopia korony :)
  • drohobysz ponad tydzień temu
    drohobysz w sensie ta na krzyżu nad drzwiami.
  • pasja 6 dni temu
    drohobysz wiadomo, ale zakon jest w jego rękach.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania