Opow *** Wieszcz Narodu
Szkoła jak to szkoła, stoi sobie. Nad nią słoneczko z chmurką, na dole podwórko. Oficjalnie zwane boiskiem do wszystkiego. Cała pomalowana na żółto. Niektórzy tubylcy wychodzą z złożenia, że ów kolor jest w pewnym sensie znaczącym symbolem, mówiącym o sposobie nauczania w nieco inny, niekonwencjonalny sposób. Na ścianie obok wejścia jest doczepiona niebieska tablica pamiątkowa, niczym kawałek nieba na zżółkniętej od starości chmurce. Widnieje na niej skromny napis:
Jakiś czas temu, przebywał w tej szkole z nieodżałowaną wizytą, niezapomniany Wieszcz Narodu: Dalur Det. Nasze serca do dzisiaj krwawią. Już nas nigdy nie odwiedzi, gdyż musiałby rozwalić drewniane ściany literatury i wygrzebać swoje ciało z czarnoziemu prozy i poezji. A nawet gdyby tego dokonał, to raczej takiego tutaj nie chcemy, gdyż co dopiero szkoła nasza odnowiona. Pamięć o tobie DD, będzie wieczna w literkach.
Kiedyś, jakiś doprawdy złośliwy złośliwiec, przykleił na dolę karteczkę z odręcznie napisanym tekstem:
Skoro DD, to widocznie miał teksty do dupy. Nie ma czego żałować.
Oczywiście kartkę szybko zdjęto, ale autora nigdy nie złapano. Aczkolwiek, niektórzy w zaułkach twierdzili, że to sam Det z grobu wstał i taki tekścik wystosował. Do niego to by było podobne.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wiele lat wcześniej→Lekcja polskiego.
Klasa jak to klasa, pomalowana na znany wszystkim kolor. Żeby dzieciaki miały wrażenie, że przebywają w słoneczku. Na szafach od cholery różnych zabawek, napisów, gazetek szkolnych i oraz innych tego typu obiektów, które mają łączyć, a nie dzielić. I rzeczywiście łączą. Harmider do entej potęgi. Śmigają papierki, zeszyty, ołówki, temperówki, a nawet całe tornistry, jeżeli dziecko ma odpowiednią po temu krzepę. A to wszystko tworzy pulsującą całość: wrzasków, wycia, tupania oraz wszelakich innych odgłosów niewiadomego pochodzenia.
Nagle ktoś otwiera drzwi… i jakiś czas nikt nie wchodzi, tylko klamką śmiesznie rusza. To pani nauczycielka nią potrząsa, gadając z kimś na korytarzu. To bardzo nie ładnie wprowadzać biedne dzieci w rozterkę. Oj bardzo brzydko i nieelegancko. Nie wiedzą czy przestać, czy jeszcze mogą. Jednak po chwili pani staje w klasie. Grzecznie mówi:
– Dzień dobry dzieci.
– Dzień dobry proszę pani.
– Siadajcie...albo nie, lepiej wstańcie żebyście mogły usiąść z wrażenia.
– Proszę pani, nie wiem co mam robić. Jestem taki skrzywiony w pół, że aż mnie kręgosłup boli. Mam stać czy siadać.
– No przecież mówię, że macie stać.
– Ależ proszę pani, my cały czas stoimy.
– No i dobrze. A teraz słuchajcie! Za niecałą godzinę, odwiedzi nas znakomity gość, który przekaże nam...
– … ja, ja, wiem...prezenty!! Święty Mikołaj do nas przyjdzie! Huraaaa!! Ale fajowo!
– Cisza tam! Odwiedzi nas jeszcze bardziej sławna osoba.
– A ja nawet wiem kto! Nasz kolega z innej klasy, co to wrzucił petardę do pokoju i przegnał nauczycieli. Proszę pani on jest sławny. To on?!
– To nie żaden wasz kolega. Dzieci, o czym wy mówicie. Odwiedzi nas bardzo znany powieściopisarz i poeta,: Dalur Det. Znacie takiego?
– …
– No co, nie znacie?
– …
– A może jednak?
– …
– To doprawdy smutne. Naprawdę nie znacie? Powinien was wstyd ogarnąć.
– Proszę pani, nas ogarnął, ale i tak nie znamy.
– No nic. Niedługo poznacie.
– A po czym?
– Dziecko! Po wszystkim. Toż to on z nami będzie. Jesteście szczęśliwe?
– Kiedy dzwonek?
– Po jakiemu z wami gadać. Ja o słynnym człowieku, a wy o...o czym?
– O dzwonku, proszę pani.
– No właśnie. Ale za nim do nas przyjdzie, poddam waszej rozwadze, kilka fragmentów jego wierszy…
– O jejku...znowu ta poezyja...musi tak być?
– Oczywiście dziecko. I nie żadna: poezyja. Będziecie mądrzejsze, jak go zobaczycie. A teraz napiszę na tablicy fragment wiersza: „Strumień i las”, a wy mi powiecie, co to wszystko ma znaczyć.
Pani bierze kredę i zaczyna pisać. Ale najpierw ściera tablice gąbką. Rypie przy okazji paznokciem. Wiele dziewczynek zakrywa uszy, a chłopcy nie, bo udają, że im to wisi. Po jakimś czasie objawia się napis:
cudowne głosy ptaków
ślizgają się po liściach
niczym ręce pianisty
po klawiaturze przyrody
Cisza jak by ktoś maku w klasie nasiał. Dzieciaki siedzą patrzą i to wszystko.
Co to ma być – myślą sobie – Toż to do niczego nie podobne.
Nagle słyszą głos pani:
– No kochane dzieci, jak rozumiecie ten fragment wierszyka. Może ty Jasiu coś nam powiesz. Nie wstydź się. Nie ma czego. No mówże wreszcie.
Jasiu stoi i tylko oczami przewraca. Spogląda na tekst, jak balon na jeża. Jeszcze nigdy w życiu, nie miał z czymś takim do czynienia. Poezja? Kto to wymyślił? Nie lepiej po ludzku pisać? Porąbało ich, czy co? – podumał jak dorosły pan. No ale musi coś powiedzieć, bo wyjdzie na głupka wśród swoich. A zatem czyta i tłumaczy:
– Cudowne głosy ptaków...hmm...kogut paskud u sąsiadów, rano pieje i pieje.To wcale nie jest takie cudowne. Mam całą szklankę stoperów a dziadek zębów.
– Jasiu, chłopcze, tu nic nie stoi o kogucie. A tym bardziej o zębach.
– Przecież kogut to ptak.
– Ale nie ma zębów… zresztą nieważne… czytaj dalej i rozważaj…
– Ślizgają się po liściach...hmm...też się kiedyś poślizgnąłem na liściu. Tyłek mnie bolał, kilka dni.
– Ach tak. Pamiętam. Przyniosłeś zwolnienie...ależ Jasiu, pomyśl bardziej poetycko...na dalej ...czytaj, czytaj.
– Niczym ręce pianisty...hmm...kiedyś znałem pianistę, miał ręce w bandażach, bo klapa na klawisze spadła, a on nie zdążył cofnąć.
– Jasiu, ty spójrz na całość, wysil wyobraźnie… czy to takie trudne? Widzę niestety, że tak. A może któreś z was Jasiowi pokażę jak to się robi, bo Jasiu sobie nie radzi w tej materii. Zuzia, ty przeczytaj ostatnią linijkę i wytłumacz, o co w tym biega. No to Zuzia czyta:
– Po klawiaturze przyrody...hmm...ja tam proszę pani, wolę taką zwykłą klawiaturę. Mniej na niej drzew, zwierząt i różnych innych śmieci.
– No Zuzia, jestem pod wrażeniem. Chociaż trochę rzekłaś poetycko.
– Bo nie jestem głupia, jak głupi Jasiu. Wczoraj mnie odwiedził w domu. Ale później nerw go szarpnął i mnie walnął…
– Czym dziecko?
– Klawiaturą, proszę pani.
– Jak widać to ci wyszło na dobre. Podziękuj Jasiowi.
– Jeszcze czego.
– My też chcemy poczytać poetyckie głupoty – słychać inne zawiedzione głosy.
– Cieszy mnie, że chcecie. Oto kolejny fragment z wiersza: „Wiedźmowy czar” Na tablicy pojawia się tekst:
coś za jedna
z czego spadłaś
co tak kukasz z kąta
czy odbiła ci klapeczka
możliwe że piąta
O! - zakrzyknęła dziatwa. - To może być.
– Mnie kiedyś mama powiedziała, że mi brakuje piątej klepki, ale ja byłem cwany i ją odnalazłem przed domem.
– A widzisz dziecko. Niektórzy do końca życie nie odnajdą. Zresztą sama nie wiem. To teraz proponuje fragmenty dwóch wierszy: „Przeinaczenie” i „Wybór”. Czytajcie uważnie.
zawiść usnęła w przyjaźni
miłość daleko za nami
mózg defektem umysłu
odbiciem w obrazie
rani
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
w pryzmacie ludzkich cierpień
blask światła zwabia ich duszę
raj otchłań niepewność pytanie
wyzwala pogodzić się muszę
Znowu cisza. Tym razem o wiele dłuższa. Nie tylko mak zasiano, ale wszelakie odgłosy schowano do pokoi dźwiękoszczelnych. Nagle odzywa się pani:
– No, kto jest chętny. Co znaczą te słowa. O widzę, że zgłasza się Kunegunda...a swoją drogą, co to za imię? Masz je od urodzenia?
– Tak proszę pani.
– Mniejsza z tym. Co nam powiesz? Jak rozumiesz słowa na tablicy?
– Nienawiść udaje przyjaźń, miłość to wnerwia i sobie idzie precz, mózg i umysł po jednych pieniądzach, są w odbiciu obrażone i miłość też by zraniły, ale była przezorna i sobie uciekła, zostawiła ich samych, niech sobie robią co chcą matoły jedne, brzydkie obleśne pokraki, niech ich światłość zwabia, a najlepiej niech polecą do otchłani, skoro wojują z miłością i niech się lepiej z tym pogodzą, to jeszcze mają szansę, głupole jedne...
– Kunegundo, wystarczy. Doprawdy ciekawa twoja interpretacja, aczkolwiek...hmm…
– Proszę nas nie papugować. To nie uchodzi.
– No tak, rzeczywiście...ojej!!!... DalurDet. A Pan tu skąd? Tak znienacka? Oj nie ładnie. Pana zachowanie powinno być nienaganne jak na wieszcza przystało, a nie tak nagle… no nie… przepraszam, co ja wygaduję… serdecznie witamy.
– Ale ja tu cały czas siedzę.
– Jak to cały czas? A gdzie się zapytam?
– W szafie.
– Wieszcz w szafie. Pierwsze słyszę. Mole nie atakowały?
– No cóż. Miewam dziwne pomysły. Nie chciałem przeszkadzać. A swoją drogą kochane dzieci jesteście urocze. Te wasze interpretacje…
– Nie wszystkie zdążyły kochany Wieszczu, ino: Jasiu, Zuzia i Kunegunda.
– Nie szkodzi. Mam wyrobiony pogląd.
– Proszę pana! Czy Wieszcz, to to samo co Wesz?
– Dziękuję z trafne pytanie dziecko drogie. Czasami rzeczywiście, jestem nawet gorszy od: wszy. Szczególnie jeżeli chodzi o moją twórczość... ale nie tylko.
– Ależ co pan mówi. Tak nie przystoi znanej osobistości. Bez przesady z tą samokrytyką. Masz pan innych od tego. A fe!!!
Dzieci patrzą ciekawie. Po raz pierwszy w życiu widzą Wieszcza Narodu na żywo. Mogą go sobie pooglądać ze wszystkich stron. Nawet podotykać. Przedtem też innych widzieli, ale tylko na obrazku. Są z lekka zawiedzione. Szczególnie wyglądem. Taki jakiś łachmyta. Żółta koszulka, żółta czapeczka. Ciekawe co jeszcze ma żółte – myślą sobie dzieci, ale to już po cichu.
Możecie zadawać pytania.
– Czy pan jest obrażalski?
– Ja? Nie wiem jak to się robi.
– To moja koleżanka z sąsiedniej klasy pana nauczy.
– Dzięki chłopcze za troskę, ale jestem zmuszony odmówić.
– Lubi pan muzykę? Bo ja tak, ale fajową.
– Ja też lubię fajową, taką i siaką.
– No to my coś panu zaśpiewamy. Chce pan?
– Dzieci drogie. Wiem jak śpiewacie. DalurDet nie ma zapasowych uszu, gdyby mu te, co ma, zwiędły.
– Ależ niech śpiewają. Chętnie posłucham. Tym bardziej, że mam dzisiaj urodziny.
– No to już na pana odpowiedzialność… ostrzegałam.. .też coś… chwila, jak to urodziny… które?
– Te następne, co przyszły po poprzednich.
– Aha. No to dzieci zaczynajcie. Skoro już musicie, to najlepiej zaśpiewajcie fragment: „Słodkiego torcika” skoro Pan Wieszcz, ma urodziny. Zatykam uszy.
trochę życia przeminęło już
lecz następne przyjdą dni
wszystkie troski stąd
niechaj idą w kąt
bo ty właśnie
święto swoje masz
chce ci się żyć
chce ci się wyć
twoje święto
razem z nami dziś
– Bardzo ładnie, dzieci kochane. Skąd ja to znam? Ale teraz siku muszę. Specjalnie dla was tak długo wytrzymałem. Ale jeszcze wrócę i z wami trochę pobędę.
-- Obiecuje pan?
-- Obiecuję.
– Nie rozumiem. Wieszcz i siku? Takie coś zwykłego? Zuzia, pokaż panu.
– Nie musi pokazywać. Sam trafię.
Po chwili Dalur Det wraca. Bardziej uśmiechnięty taki. Ulżyło mu. Siada wygodnie na parapecie otwartego okna, by na dzieci ukochane spozierać, a jednocześnie zaczerpnąć z pięknej okolicy: weny twórczej… i wychyla się za daleko do tyłu...
Komentarze (6)
Witam
Klimat bardzo bliski i na czasie. Tak trzeba rozwijać poezję wśród dzieci i młodzieży.
Fajny, luźny tekst.
Pozdrawiam serdecznie
Pasjo Dzięki Pozdrawiam
Niby wesoły. Niby sielski.
Niby lekki. Niby wiosenny.
Czuć jednak smak goryczy na języku.
Nie lubię smutnych zakończeń, bo mi wtedy jest strasznie przykro.
Dzięki Aisak Pozdrawia
Dzieci jak dzieci, szczere do bólu, nauczycielka bardziej dziecinna od nich do tego niedoinformowana, bo nie wie o urodzinach. Wieszcz dziecinny, na siku wychodzi a wszystko oplecione piękną ironią. No i zakończenie takie, że inne być nie może. Ogólnie siadło bardzo.
Pozdrawiam 5
Ps u mnie jutro też o szkole :)
Justysko Dzięki Pozdrawiam
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania