Poprzednie częściWłaściwy kolor nieba - rozdział 1
Pokaż listęUkryj listę

Właściwy kolor nieba - rozdział 12

Przez niemal piętnaście lat Hill udawał pracownika amerykańskich ambasad w różnych krajach, ale nigdy nie miał żadnych prawdziwych dyplomatycznych obowiązków. Teraz miała na tym polegać znakomita większość jego pracy, przynajmniej dopóki nie sprowadzą tu więcej personelu. Mógł tłumaczyć i ogólnie pomagać ambasadorowi, to nie było trudne. Chociaż nie, trochę było.

Myślał, że zna się na ludziach, ale nie był przygotowany na akuryjską arystokrację. Rozmawiał głównie z gościem, który nazywał się Doren Riko-Martel i zajmował się zarządzaniem tym, co określił mianem skrzydła dyplomatycznego. Jak sami się przekonali, tutaj dyplomaci nie mieli ambasad, lecz wszyscy mieszkali w wydzielonej części pałacu królewskiego. Niemal od razu ustalili z Myersem, że w przyszłości trzeba będzie to zmienić. Dostali co prawda bardzo wygodną kwaterę, kilka świetnie wyposażonych pokoi na drugim piętrze naprzeciw delegacji z Zarinu, czymkolwiek był ów Zarin. Ze strategicznego punktu widzenia to była katastrofa, mogli być tu podsłuchiwani przez gospodarzy i nigdy się o tym nie dowiedzieć. Przynajmniej bagaży im nie przeszukali, sprawdził to. Miło z ich strony.

Wracając do Riko-Martela, człowiek ten wydawał się być dosłownie wcieleniem uprzejmości, a minę miał taką, że Hill nigdy nie zagrałby z nim w pokera. Czy wyrażał kiedykolwiek jakieś emocje? Próbował go zagadywać, ale zarządca unikał tematów innych niż zakwaterowanie i zbliżająca się audiencja. Akuryjczyk był pomocny, przejrzał tłumaczenie listów uwierzytelniających Myersa, po czym okazało się, że tu nie ma takiej tradycji, ale król zgodził się respektować amerykańskie zwyczaje. Pokazał im, jak działa system, dzięki któremu mogli kontrolować światło i temperaturę, a także wzywać służbę, słuchać radia czy sprawdzać prognozę pogody, co było szalenie interesujące, ale sprytnie wymigiwał się od wszystkich bardziej osobistych pytań. Hill początkowo dziwił się, że Riko-Martel nie chce z nimi gadać choćby ze zwykłej ciekawości. W końcu nieczęsto je się kolację z ludźmi pochodzącymi z innej planety… Przypomniał sobie jednak obsesję Selino na punkcie zdrady. Ona tylko walczyła w partyzantce, a i tak najbardziej bała się oskarżeń o zdradę, on był wysoko postawionym urzędnikiem państwowym, nic więc dziwnego, że zachowywał ostrożność.

Przynajmniej służący wydawali się lepszym materiałem do nawiązywania kontaktów. Początkowo mało rozmowni, ograniczali się do “Tak, panie” i “ Oczywiście, panie", potem, po odejściu zarządcy, udało mu się zagadać i pożartować z jednym z nich, mężczyzną w średnim wieku o imieniu Lewin. Akuryjczycy z ludu najwyraźniej byli bardziej przyjaźni. Cóż, niech Myers gada sobie z arystokratami, zdecydowanie lepiej mu to idzie, on skupi się na służbie. Zresztą w końcu znajdzie się ktoś niezadowolony, może jakiś zawiedziony weteran, którego da się zwerbować. Zawsze się znajdowali, wystarczyło zaczekać i uważnie obserwować.

Ale dziś nie zajmował się pozyskiwaniem źródeł. Dziś obaj założyli fraki i przygotowywali się do spotkania z królem Mertinem. Riko-Martel znów przyszedł i upewniał się, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Ceremonia miała rozpocząć się o godzinie piątej, czyli mniej więcej koło południa. Zdążyli się już zorientować, że na Amarze doba zaczynała się gdzieś w okolicach wschodu słońca, ale ciężko było im się do tego przyzwyczaić. Ciągle łapał się na spoglądaniu na swój zegarek, który wskazywał czas wschodni.

Hill upewnił się, że służący wzięli podarunek dla króla, mieli wnieść go o odpowiedniej porze. Nie denerwował się audiencją, ale chciał, by potoczyła się zgodnie z planem Myersa.

- Bardziej gotowi już nie będziemy, możemy iść - oznajmił ambasador, kiedy Riko-Martel w końcu po nich wrócił. - To mówiłeś, że ile władzy ma tu ten król?

- Sporo. Obstawiałbym raczej coś w stylu Arabii Saudyjskiej niż Zjednoczonego Królestwa - odpowiedział Ethan po chwili namysłu. - Nasze źródło twierdziło co prawda, że rada też ma coś do powiedzenia, ale nie ma to raczej nic wspólnego z systemem parlamentarnym.

- Czyli musimy zrobić dobre pierwsze wrażenie. Dobrze, że się ogoliłeś - uśmiechnął się ambasador.

Rzeczywiście Hill pozbył się rano zarostu widząc, że wszyscy tutejsi mężczyźni są gładko ogoleni. Nie wiedział, czy to tylko moda, czy stoi za tym jakaś poważniejsza norma społeczna, ale wolał się nie wyróżniać. Wiadomo, gdy jesteś w Rzymie, czyń jak Rzymianie.

Alice spodobałby się jego nowy wygląd. Pomyślał o siostrze, a potem automatycznie o synu. Nie wiadomo jak długo zejdzie mu na Amarze… Diego zdawał się rozumieć konieczność tego wyjazdu, ale nie zmieniało to faktu, że będą za sobą tęsknić.

Szli za Riko-Martelem przez pałacowe korytarze. Hill rozmawiał z ambasadorem jednocześnie szacując odległości i tworząc w głowie plan tego miejsca. Później będzie musiał go narysować. Dominowały tu ciemne kolory i bogate zdobienia przywodzące na myśl ziemski barok, ale tutejsi mieli pierdolca na punkcie roślinnych ornamentów. Kwiaty, liście i pnącza były wszędzie, na ścianach, meblach i dywanach. W ich pokojach stały wielkie wazy z kwiatami, które rano służąca wymieniła na świeże. Ten botaniczny styl był specyficzny, ale wyglądał dobrze, w przeciwieństwie do obrazów, które na Ziemi zostałyby z miejsca uznane za kiczowate. Leśne pejzaże z jeleniami pijącymi wodę z jeziorek, pocztówkowe widoczki miast i wsi, okręty pod pełnymi żaglami dzielnie pokonujące wzburzone fale… Teraz szli korytarzem z jasnoszarą podłogą i ciemnogranatową tapetą i właśnie mijali obraz, na którym trzy wilki wyły do księżyca w pełni. Ethan zatrzymał na nim wzrok przez kilka sekund i pomyślał, że większego badziewia już tu chyba nie zobaczy.

Dotarli do bordowego pomieszczenia, gdzie ich przewodnik się zatrzymał. Drzwi naprzeciw strzegli czterej uzbrojeni żołnierze w zielonych mundurach. Na widok ich karabinów Hill boleśnie odczuł brak pistoletu. Owszem, oddano mu go w nienaruszonym stanie, ale jednocześnie został poinformowany, że nie może go nosić na terenie pałacu poza skrzydłem dyplomatycznym, lecz jeśli zechce wyjść z nim na zewnątrz, nie będzie żadnych problemów. Widocznie nie mieli tu czegoś takiego jak pozwolenie na broń.

- Król jest już na miejscu, teraz musimy poczekać, aż herold pana wezwie - oznajmił Riko-Martel. Nie trwało to długo, już po kilku minutach oba skrzydła drzwi otworzyły się, a z wnętrza sali dobiegł mocny głos:

- Pan Robert Myers, ambasador Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Przynajmniej nie pomylili nazwiska - pomyślał Hill idąc tuż za Myersem. Zgodnie z ustaleniami mieli przejść przez pomieszczenie, zatrzymać się przed tronem i poczekać. Król podejdzie, by powitać ambasadora w amerykańskim stylu, obejdzie się więc bez kłaniania.

Najpierw rzucili mu się w oczy żołnierze, tutaj było ich sześciu. Po obu stronach sali zgromadzili się ludzie, na oko w liczbie około pięćdziesięciu. Mężczyźni i kobiety, starsi i młodsi, w większości ubrani tak kolorowo i bogato, że w czarno-białych frakach wyglądali przy nich jak ubodzy krewni. Hill czuł się tu trochę jak na planie filmu kostiumowego, choć nigdy na żadnym nie był. Zauważył grupę oficerów w mundurach, w tym Nikkę stojącą tuż obok wysokiego blondyna z jakąś szpadą czy podobnym żelastwem przy boku. Tylko on, poza zielonymi żołnierzami, miał broń i mierzył go złym wzrokiem. Czyli to zapewne był dowódca Selino i już zdążyła coś mu nagadać… Świetnie.

Lecz najważniejszy tu był król, dość młody mężczyzna w czerwonawym stroju z peleryną przypominającym mundur. Mertin Albis-Zaro, tak się nazywał, ale mieli tytułować go “Wasza Królewska Wysokość”. Był sam, Riko-Martel zapowiadał, że królowa może być nieobecna. Wstał ze swojego miejsca i zszedł po schodkach. Minę miał poważną, ale nie wyglądał groźnie, ot zwykły facet z okrągłą twarzą i lekko zaróżowionymi policzkami. Podświadomie spodziewał się chyba kogoś o aparycji stereotypowego władcy rodem z Hollywood o ostrych rysach i hardym spojrzeniu.

Zgodnie z otrzymanymi wcześniej wskazówkami czekali, aż król zacznie mówić pierwszy.

- Pan ambasador Myers. - Zrobił pauzę, obejrzał ich obu uważnie i dopiero po tym kontynuował. - Witam pana serdecznie w Królestwie Akurii - oznajmił i wyciągnął rękę na powitanie. Ambasador przytomnie najpierw uścisnął dłoń króla, dopiero potem lekko odwrócił głowę w stronę swojego tłumacza.

Hill powtórzył słowa Mertina w całkowitej ciszy, jaka zapadła na sali.

- Bardzo dziękujemy, Wasza Królewska Wysokość. To dla nas niesamowity zaszczyt móc reprezentować Stany Zjednoczone Ameryki w tak cudownym kraju, jakim jest Akuria.

Myers pamiętał o radach, uśmiechał się, ale nieprzesadnie. Akuryjczycy tego nie lubili.

- Stany Zjednoczone Ameryki… - powtórzył król. Spoglądał to na ambasadora, to na tłumacza, jakby nie był pewien, z kim właściwie rozmawia. Starał się nie okazywać zakłopotania, ale Hill stał na tyle blisko, że i tak je wyczuł. Dla niego tłumaczenie z angielskiego na amarski i z powrotem było już czymś naturalnym, spędził mnóstwo czasu robiąc to dla Selino i dziewczyn. Tutejsi - oprócz Nikki i Riko-Martela - słyszeli dziś obcy język pierwszy raz w życiu.

- Ufam, iż Stany Zjednoczone Ameryki zostaną naszym sojusznikiem i partnerem handlowym. Może i nasze kraje różnią się od siebie, ale wierzę, że będziemy mogli dużo się od siebie nauczyć - dokończył Mertin.

- My również żywimy taką nadzieję, Wasza Królewska Wysokość. Przywódca naszego kraju, pan prezydent George W. Bush, przysłał nas tutaj, byśmy położyli fundamenty pod mocną przyjaźń pomiędzy naszymi narodami. Na dowód dobrej woli i szczerych zamiarów pan prezydent przesyła ten oto dar.

Myers przerwał, Hill po przetłumaczeniu tego zdania zerknął niecierpliwie do tyłu. Zgodnie z wcześniejszą umową służący wniósł prezent dla króla. Ambasador opowiadał mu przed wylotem, że mieli mały problem z wyborem odpowiedniej rzeczy. Nie mogło być to nic przesadnie drogiego i wymyślnego, by Akuryjczycy nie pomyśleli, że próbują im się podlizać za wszelką cenę. Nie mogło być to też byle co, no bo w końcu to dar dla króla. Ostatecznie zdecydowano się na nieduży globus ze złoconymi lądami na tle czarnej emalii - coś eleganckiego, a zarazem dobrze symbolizującego planetę, z której przybyli.

Na Amarze też mieli globusy, bo władca od razu rozpoznał, z czym ma do czynienia. W skupieniu przyglądał się lądom i oceanom.

- Jak rozumiem, to jest ta wasza Ziemia? - spytał w końcu. Hill przytaknął. - Macie więcej lądów, niż my… To naprawdę interesujące… Dziękuję za ten hojny dar. - W końcu oddał globus służącemu i znów skoncentrował się na ambasadorze.

- Pragnę przekazać Waszej Królewskiej Wysokości list od pana prezydenta. - Myers wyjął papiery z wewnętrznej kieszeni marynarki, dwie kopie tego samego pisma, jedną po amarsku, drugą po angielsku. Przekazał królowi, że jego podpis oznacza formalne nawiązanie stosunków dyplomatycznych oraz zaaprobowanie go na stanowisku ambasadora, po czym wyciągnął dokumenty w stronę władcy. Mertin poczekał, aż Hill wszystko przełoży, ale nie sięgnął po listy. Rozejrzał się po sali i gestem przywołał do siebie ciemnowłosego mężczyznę przed czterdziestką, który również miał na sobie strój podobny do munduru, lecz bez tej niedorzecznej pelerynki.

- Mój sekretarz się tym zajmie - stwierdził Mertin. - Podpiszę je wieczorem, a teraz… - znów zamilkł na chwilę i zamyślił się. W międzyczasie Myers przekazał listy sekretarzowi, który przyjął je z lekkim ukłonem, po czym wrócił na miejsce.

- Panie ambasadorze, rozmawiamy o nawiązaniu kontaktu i współpracy, lecz jak właściwie mamy to zrobić, skoro przejście pomiędzy naszymi światami wydaje się być co najmniej niestabilne?

Król zadał trafne pytanie, które wywołało delikatne poruszenie wśród zebranych. Najwyraźniej co najmniej część z nich pierwszy raz słyszała o jakimś innym świecie.

- Wytłumacz królowi to, co trzeba - polecił ambasador, więc Hill zaczął mówić:

- Rzeczywiście przejście trzeba otwierać, co wymaga zastosowania specjalnej technologii i dużej ilości energii. Przywieźliśmy ze sobą schematy i opisy, podzielimy się nimi, by można było je otworzyć również z tej strony. Do tej pory nie wiemy, jak pani komandor Selino przeleciała na naszą stronę. Uczeni mają hipotezę, że może otwierać się samo, ale nie sposób przewidzieć, kiedy i gdzie to nastąpi. Jeżeli nie uda się go uruchomić w ciągu trzech miesięcy, nasi ludzie na Ziemi otworzą przejście, by Wasza Królewska Wysokość mógł wysłać do naszego kraju swojego ambasadora.

W trakcie wygłaszania tej przemowy Hillowi rzuciło się w oczy, że król zdaje się wiedzieć na temat przejść więcej, niż był skłonny przyznać. To go zaintrygowało… Kilka godzin sam na sam i dowiedziałby się wszystkiego, Mertin nie wyglądał na twardziela.

Ech, musiał pozbyć się takich myśli. To przecież nie źródło informacji, lecz głowa potencjalnie sojuszniczego państwa.

- Znakomicie, jutro wyślę kogoś po te schematy. A skoro mowa o moim ambasadorze, to myślę, że mam już odpowiednią osobę. - Mertin mówił teraz bardziej do swojego dworu niż do Myersa, ale Hill oczywiście tłumaczył każde słowo. - Pani komandor Selino jest jedyną, która była w waszym kraju, godnie reprezentowała tam moje królestwo, rozmawiała też z prezydentem Bushem. Niniejszym mianuję więc Nikkę Selino ambasadorką Akurii w Stanach Zjednoczonych Ameryki.

Nikka? Ambasadorką? Nie tylko Ethan był zaskoczony, po sali znów poniosły się szepty, głośniejsze i dłuższe niż przedtem. Gdy na nią zerknął, wydawała się być wręcz przerażona i sparaliżowana, do tego stopnia, że ten jej blond dowódca musiał ją delikatnie popchnąć, by wyszła na środek. To ją otrzeźwiło, minęła go, podeszła do króla i uklękła na jedno kolano. Przypomniało mu się, że kiedyś chciał zobaczyć jak klęka przed kimś ważniejszym, ale dziś ten widok nie sprawił mu satysfakcji. Niby Nikka wyglądała już normalnie, lecz nie dał się nabrać, awans na ambasadorkę wcale jej nie cieszył.

- Wstań, ambasadorko. Wiem, że znakomicie sobie poradzisz na nowym stanowisku. Zresztą nie mogłem wybrać nikogo innego, tylko ty masz doświadczenie po tamtej stronie.

- Dziękuję za zaufanie, Wasza Królewska Mość - odparła wstając. - Owszem, mam doświadczenie z Amerykanami, jednak w dyplomacji nie mam go prawie w ogóle.

Już wzięła się w garść i jej głos brzmiał pewnie, ale Hill znał ją zbyt dobrze, by dać się zwieść - w środku wciąż była roztrzęsiona. Król uśmiechnął się do niej, dość swobodnie jak na Akuryjczyka.

- Wiem, dlatego nie polecisz tam sama. Twoim zastępcą zostanie pan Kester Lin-Werro. To doświadczony dyplomata, właśnie wrócił z Południowego Archipelagu i miałem wysłać go do Murkey.

Kester, to imię mu coś mówiło. Czyżby był to kuzyn Kalii, ten od górskiego pałacyku? Jakiś mężczyzna wyszedł z tłumu i również klęknął przed królem, powtórzyła się procedura nominacji, podziękowań i zapewnień o rzetelnym wykonywaniu powierzonych obowiązków. Hill i Myers odsunęli się nieco w bok pozwalając Akuryjczykom pozałatwiać swoje sprawy.

- Dobrze, dość tej pracy, teraz zapraszam was wszystkich na obiad. Panie Myers, pan będzie moim gościem honorowym. Wielki Admirale, panie Ellis-Rettel, proszę do nas dołączyć.

Król dostojnym krokiem ruszył przed siebie. Selino i ten cały Kester sprawnie usunęli mu się z drogi, a obecni na sali żołnierze natychmiast uformowali eskortę. Teraz nie pozostało im nic innego, jak iść za Mertinem. Blondyn ze szpadą przy pasie ustawił się koło Nikki, sekretarz, nazwany przez króla Ellis-Rettel, dołączył do kuzyna Kestera. Hill pomyślał, że ma dość tego obiadu, zanim jeszcze w ogóle się zaczął.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (11)

  • Ten już planuje królisko topić - na sucho...
    Coś mi się wydaje, że chłopcy się z nim spotkają w Stanach... zwłaszcza, że sama poddałaś pomysł.
  • Vespera rok temu
    Oj tam od razu planuje, tak mu myśli uciekły po prostu... A ja już mam plan na to spotkanie, który pewnie weźmie w łeb, bo wiadomo jak to jest z planami, ale jakaś tam koncepcja mi się wykrystalizowała już.
  • Vespera A ja mam dziki pomysł, ale z drugiej strony to by nie przeszło.
  • MKP 10 miesięcy temu
    No to pani Selino nacieszyła się szarym niebem
  • Vespera 10 miesięcy temu
    No widzisz? Nie ma odpoczynku, zapieprzać trza przez portal w tę i z powrotem...
  • MKP 10 miesięcy temu
    Vespera
    Mus to mus, trzeba jakoś na chleb zarobić
  • Vespera 10 miesięcy temu
    MKP Jakby chciała to by mogła u matki w jadłodajni robić i mieć wywalone na wielką politykę, ale "honor", ale "obowiązki"...
  • MKP 10 miesięcy temu
    No niestety
    Taki charakter, częściowo ukształtowany przez wojnę, częściowo przez dyskryminację wyzych warstw społecznych.

    Taki człowiek potem myśli że jak w końcu przestają na niego patrzeć z góry to powiem być wdzięczny a król, symbol, zwycięstwa to już wogole święty.
  • Vespera 10 miesięcy temu
    I jeszcze dochodzi czynnik: ja o to walczyłam, to jest moja zasługa, nie mogę więc tego zostawić, żeby mi wszystko rozpieprzyli.
  • MKP 10 miesięcy temu
    Vespera
    To fakt: wszytko wywalczone, czy choćby zdobyte z wysiłkiem tjest bardziej cenne niż rzeczy dane nam za nic. Od cukierkòw aż po wolność czy panstwo
  • Vespera 10 miesięcy temu
    MKP No właśnie. Ona jest już za daleko na tej drodze, by tak po prostu zawróciła.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania