Poprzednie częściWłaściwy kolor nieba - rozdział 1
Pokaż listęUkryj listę

Właściwy kolor nieba - rozdział 18

Oddała Irriemu raport na dzień przed końcem terminu i zastanawiała się, co teraz. Na razie nie miała nowych rozkazów, król też niczego od niej nie potrzebował. Miał całe królestwo do rządzenia, nie mógł ciągle zajmować się nią i Amerikanami, choć niewątpliwie były to dla niego sprawy ważne – w końcu to z jego inicjatywy na obradach omawiali ten temat przez prawie dwie godziny. Nikka dowiedziała się wtedy interesujących rzeczy. Kto by pomyślał, że już istnieje syntetyczne tellarium, może jeszcze niedoskonałe i wymagające dopracowania, lecz sprawdzi się jako źródło energii? No i można je sprzedać Amerikanom… Król dobrze kombinował, z tego mogło być mnóstwo złota. Ona i Kester mieli negocjować traktat handlowy już po tamtej stronie. Na razie wolała o tym nie myśleć.

Trochę bała się, że przesadziła z reakcją na oskarżenia arystokraty, lecz dobrze wyczuła Mertina – właśnie czegoś takiego oczekiwał. Nie chciała wybuchać złością, było jej wszystko jedno, czy Ferro-Denal ma ją za zdrajczynię. Król i Wielki Admirał znali prawdę, to wystarczało.

Szkoda, że Malena nie zechciała wezwać jej do siebie. Nikka myślała, że będzie spędzać z przyjaciółką więcej czasu. Nie śmiała narzekać ani się narzucać, Malena była królową, miała swoje obowiązki. No i jeszcze ciąża, w tym stanie miała prawo odpoczywać tyle, ile chciała. Komandor ostatecznie spędziła cały wieczór w biurze, licząc, że może jednak ktoś zechce się z nią zobaczyć.

Na kolejny dzień miała już plan. Wypadała pełnia, więc wielu dworzan wracało do domów, by tradycyjnie wraz z rodziną uczcić Pana Reeda. Nikka zamierzała iść do świątyni w skrzydle oficerskim zaraz po śniadaniu, a potem zorientować się, czy nie będzie potrzebna. Adiutant Irriego twierdził jednak, że Wielki Admirał jest zajęty i nikogo nie przyjmuje. Świetnie, mogła więc wreszcie odwiedzić matkę, co oznaczało, że lepiej było nie jeść obiadu. Riza obraziłaby się śmiertelnie, gdyby wybrała posiłek w mesie zamiast specjałów z jej jadłodajni.

– Chodź, Hella, będziesz mi towarzyszyć – zagadnęła adiutantkę, wpadając na chwilę do swojej kwatery.

Dziś na służbie była bosman, najwidoczniej tak ustalili sobie z Bretim. Nikka nie ingerowała w ich grafik, zapowiedziała jedynie, że zawsze jedno z nich musi być do dyspozycji, a kto, kiedy i przez ile godzin, to już ich sprawa. Zgarnęła czapkę i płaszcz, gdyż na zewnątrz było wietrznie i kto wie, może będzie padać. Zima w Port Albis często tak wyglądała: porywisty wiatr, w którym nawet mewy nie bardzo chciały latać, i uciążliwa, wciskająca się wszędzie mżawka. Przynajmniej mróz i śnieg zdarzały się bardzo rzadko.

Nikka wzięła pistolet, ale nie przebrała się w mundur paradny. To miała być prywatna wizyta, nie było potrzeby robić z siebie jeszcze większego widowiska. I tak zdawała sobie sprawę, że pojawieniem się w lokalu matki wywoła sensację.

– To nie będzie ci potrzebne – stwierdziła, widząc, że Hella bierze karabin ze stojaka. – Podrzucisz mnie gdzieś, a potem po mnie wrócisz. Możemy wziąć jedną z pałacowych łodzi, prawda? – Nikka słyszała o czymś takim, ale wolała się upewnić.

– Tak, ale… Ale ja nie umiem prowadzić łodzi – przyznała adiutantka z rozbrajającą szczerością.

– Nauczysz się, to nie jest trudne. Mówisz systemowi, co chcesz zrobić i kręcisz sterem w odpowiednią stronę.

Jak to się stało, że Hella nigdy nie płynęła łodzią? Musiała pochodzić z północy, na wybrzeżu praktycznie każdy to potrafił.

Wyszły ze skrzydła oficerskiego i skierowały się w stronę nabrzeża. Wypożyczenie małej łódki nie było żadnym problemem, po to tam były. Uczynny marynarz pomógł im wejść na pokład i odwiązał cumę. Nikka zwinęła linę, Hella zaś zajęła miejsce przy sterze, lecz nie wiedziała, co dalej robić.

– Włącz system, a potem każ mu uruchomić silnik na biegu wstecznym, powinna ci wyskoczyć taka opcja na wyświetlaczu. Będziemy płynąć powoli, ale kontroluj ster, żeby w nic nie uderzyć – poinstruowała ją komandor. Łodzie były tu przycumowane ciasno, prawie burta w burtę. – Potem na kanale będzie łatwiej, zobaczysz.

Dziewczyna przytaknęła i zaczęła w skupieniu wykonywać polecenia. Łódź ruszyła, udało się bez przeszkód wypłynąć na środek kanału. Nurt Albii sam skierował dziób we właściwym kierunku.

– Świetnie, teraz do przodu. Myślę, że trzydzieści procent mocy w zupełności wystarczy. Trzymaj się prawej strony i pamiętaj, że większym jednostkom lepiej ustąpić. Nie mam zamiaru pływać o tej porze roku, to nie byłoby przyjemne – dodała Nikka z uśmiechem. Skupiona na panelu kontrolnym Hella chyba nie zarejestrowała żartu. – Dobrze, teraz skręć w prawo, to znaczy zrób zwrot na sterburtę, i płyniemy sobie powoli aż do jadłodajni mojej matki. Wiesz gdzie to jest?

– Tak, pani komandor, byłam tam kilka razy.

Dziewczyna zapomniała, że w sytuacjach takich, jak ta, miała zwracać się do swojej przełożonej po imieniu. Nikka nie chciała jej teraz napominać, Hella była wystarczająco zestresowana sterowaniem łodzią. Mimo paskudnej pogody ruch na kanale był spory, ludzie płynęli do świątyń i rodzin mieszkających w innych częściach miasta. Dopłynęły na miejsce i komandor znów musiała przeprowadzić ją przez procedurę cumowania. W końcu łódź uderzyła w odbojniki przy wysokim nabrzeżu i Nikka mogła rzucić cumę chłopcu, który pojawił się praktycznie znikąd.

– Nie wiąż liny, ja tylko wysiadam – krzyknęła do chłopaka, małego urwisa ubranego w gruby sweter i czapkę opadającą na oczy. Wyglądał jak większość jej dawnych przyjaciół, dzieciak z portu dorabiający sobie w lepszej dzielnicy. Uśmiechnęła się do niego serdecznie.

– Tak jest, pani oficer! – Rozpoznał wystający spod rozpiętego płaszcza mundur, odwzajemnił uśmiech. Łódka chwilowo znieruchomiała, mały mocno trzymał linę.

– Dzięki za podwózkę, wróć po mnie godzinę po zachodzie słońca. Jeśli będzie bardzo zimno możesz po mnie wyjść, ale jednak wolałabym, żebyś zaczekała tutaj – poleciła adiutantce.

Czuła jakiś opór przed wprowadzaniem Helli do prywatnego życia. Zresztą mieli tam być jej dawni towarzysze broni, nie chciała przy nich wyskakiwać z nową podwładną. Mogli się poczuć zdradzeni, choć nie prosiła o adiutantów, zostali przydzieleni przez Wielkiego Admirała.

– Przyjęłam – potwierdziła Hella.

Nikka skinęła jej głową i wyszła na nabrzeże. Rzuciła chłopcu oczko za fatygę i wspięła się po kamiennych schodach na poziom ulicy.

Musiała minąć kilka kamienic, by dojść do jadłodajni „U Rizy”. Na szczęście jej pomnik był jeszcze dalej i nie musiała obok niego przechodzić, nie miała dziś siły na oglądanie siebie na cokole. Bez trudu odnalazła lokal matki. Wiatr szarpał falbanami biało-zielonych markiz, nikt nie siedział przy małych metalowych stolikach na zewnątrz, ale w środku panował miły gwar. Nikka otworzyła drzwi i oberwała falą ciepłego, intensywnie pachnącego wędzoną rybą powietrza. Z zadowoloną miną weszła do lokalu i nierozpoznana przez nikogo odwiesiła płaszcz na kołek. Wnętrze również utrzymano w białych i zielonych barwach przełamanych ciepłym brązem naturalnego drewna. Większość stolików była zajęta, ale tamten mały przy ścianie wyglądał zachęcająco. Usiądzie przy nim, jeśli jeszcze będzie wolny. Przed kontuarem utworzyła się kolejka zgłodniałych klientów. Stanęła na końcu i patrzyła, jak pulchna dziewczyna z dwoma jasnymi warkoczami dwoi się i troi, by nałożyć wszystkim porcje, podgrzać ryby nad płytą grzewczą i przyjąć zapłatę. Nikka uśmiechnęła się do wspomnień: jak przed laty, tak i teraz matka nie oszczędzała swoich pracownic, nieważne czy była to obca osoba, czy jej własna córka.

Oglądała jadłospis wypisany kredą na deskach wiszących nad kontuarem. Rybna jak zwykle kosztowała oczko, w komplecie z wędzoną rybą już trzy, nie dwa jak przed wojną. Można było zamówić też piwną polewkę, rybę smażoną z sosem chrzanowym, kaszę z sosem i mięsem, wędzony ser z żurawiną i pierogi z twarogiem, lecz ta ostatnia pozycja była przekreślona, najwyraźniej pierogów zabrakło. Oprócz tego piwo, wino, miód i napary – zupełna nowość, stoisko Rizy na targu rybnym nigdy nie oferowało napitków.

Starszy mężczyzna jedzący zupę przy stoliku najbliżej kontuaru zaczął przyglądać się jej z zainteresowaniem. Nikka nie mogła go sobie w tej chwili przypomnieć, ale niewykluczone, że on ją znał i zaraz rozpozna. A gdzieś za nią poniosły się nerwowe głosy…

– Wierka, jak tam dorsze, nie trzeba aby donieść ze spiżarni? – Usłyszała głos matki dobiegający z zaplecza. Riza wyszła stamtąd, trzymając przez grubą ścierę wielki, parujący gar. Miała na sobie brązową suknię, na niej porządny fartuch. Odłożyła garnek na płytę, ustawiła odpowiednią temperaturę i obrzuciła resztę zapasów czujnym spojrzeniem. Dopiero potem zauważyła córkę.

– Nikka, dziecko – Rzuciła ścierkę na kontuar i wręcz podbiegła do córki. Uściskały się serdecznie pod czujnym okiem wszystkich klientów. Komandor czuła się obserwowana i oceniana dokładnie tak samo, jak w sali tronowej. Usłyszała nawet kilka stłumionych szeptów.

Dzień jak co dzień, pomyślała.

– Mam dziś trochę czasu, więc pomyślałam, że wpadnę na zupę – wyjaśniła matce.

– Pewnie, dziecko, pewnie… Wierka zaraz ci naleje, a ty usiądź sobie gdzieś… – Rozejrzała się po zatłoczonym lokalu. – A w świątyni byłaś?

– Tak mamo, zaraz z samego rana. Ale jeśli chcesz, możemy pójść jeszcze raz – zaproponowała. W sumie chętnie pomodliłaby się razem z matką. Kto by pomyślał, kiedyś wykręcała się od wizyt w świątyni pod byle pretekstem.

– Weź sobie ryby, samą zupą to się nie najesz. Ładne dorsze dziś mamy, zjedz jednego. – Riza trajkotała tuż przy jej uchu.

Nikka stwierdziła, że mogłaby tu zostać na zawsze, podawać jedzenie w ciepłym, zatłoczonym lokalu, myć naczynia, prać obrusy… Kolejna, po byciu kwatermistrzynią, ścieżka kariery, która była już dla niej zamknięta tylko dlatego, że była słynną komandor Selino.

– Mamo, mamo, przyszedł pan Halker, czeka w biurze! – Nagle od strony zaplecza rozległ się piskliwy, dziecięcy głosik.

Zza kontuaru wybiegła dziewczynka, na oko sześcioletnia, w praktycznej beżowej sukience, ale z czerwoną wstążką podtrzymującą jasnobrązowe loki na czubku głowy. Na widok Rizy i Nikki stanęła jak wryta i gapiła się na obie kobiety wielkimi błękitnymi oczami.

– To Raja, najmłodsze dziecko Warunów. Na pewno ich znasz, mieli stragan z paskami i torbami… Wszyscy zginęli, ich kamienica się zawaliła. Tylko ona ocalała no i… Co miałam robić, przygarnęłam ją. – Riza brzmiała nieco żałośnie, jakby próbowała się wytłumaczyć. Dlaczego nie wspomniała o tym przy pierwszym spotkaniu? Bała się reakcji córki?

– To świetnie mamo, zawsze chciałam mieć młodszą siostrę – skłamała Nikka z uśmiechem na ustach.

Nie marzyła o rodzeństwie, ale dobrze się stało, że Riza zajęła się dziewczynką. Rzeczywiście pamiętała Warunów. Najstarszy brat Rai był za młody, by dołączyć do jej oddziału, ale czasem przenosił meldunki i miał oko na skrytki z bronią. A teraz nie żył… Zacisnęła pięść, by stłumić gniew. Nie mogła zrobić niczego, by zapobiec tej tragedii. Jak wszystkie śmierci w trakcie wojny, i ta była wyłączną winą Murkey. Biedne dziecko straciło rodzinę, matka myślała, że straciła jedyną córkę. Podziękowała szybko bogom, że te dwie się odnalazły i mogły sobie pomóc w trudnych chwilach. Przykucnęła przy dziewczynce i przyjaźnie objęła ją ramieniem.

– Jestem Nikka, twoja starsza siostra. Przepraszam, że nie było mnie tak długo, ale wiesz, jestem w wojsku, muszę wykonywać rozkazy i jeździć tam, gdzie mi każą. Widzę, że dobrze opiekowałaś się mamą, dziękuję za to.

Zdumiona Raja tylko przytaknęła, chyba była nieśmiałym dzieckiem. Nikka wstała, nie chciała peszyć jej bardziej. W jadłodajni panowała nienaturalna cisza, którą przerwało wejście pięciorga nowych klientów.

– Muszę iść zapłacić Halkerowi za dostawy. Wierka, dasz sobie radę ze wszystkim? – spytała z niepokojem Riza.

– Spokojnie mamo, ja pomogę. Tylko może daj mi fartuch, nie chcę pobrudzić munduru – zaproponowała Nikka.

– Daj spokój dziecko, usiądź, zjedz.

– Mamo – przerwała jej stanowczym tonem. – Nie chcesz chyba, by klienci czekali. Jeszcze pamiętam, jak to się robi. – Nieznoszącym sprzeciwu gestem wyciągnęła rękę, Riza skapitulowała i podała jej fartuch. Komandor szybko przepasała się nim i weszła za kontuar, matka z Rają zniknęły na zapleczu.

– Nikka – przedstawiła się dziewczynie wydającej posiłki.

– Ee, Wiera – odpowiedziała tamta.

– Matka potrafi dać niezły wycisk, co? Nic a nic się nie zmieniła… – Komandor sprawdziła zawartość garnków i patelni. Przełknęła ślinę, która napłynęła jej do ust od tych wszystkich zapachów. Była głodna, ale najpierw należało nakarmić klientów. – Przyjmuj zamówienia i pieniądze, ja będę nakładać – zarządziła, bo Wiera najwyraźniej oczekiwała, że wyda jakieś polecenia.

Zabrały się do pracy, a goście jadłodajni powoli oswajali się z obecnością komandor Selino. Powrócił gwar i przyjemny nastrój. Ludzie zagadywali, dziękowali za służbę, pytali, czy wszystko w porządku i czym się teraz zajmuje. Odpowiadała bezpiecznymi frazesami, wykorzystując umiejętności nabyte w rozmowach z amerikańskimi redaktorami. Nie zamierzała się zwierzać, ale zainteresowanie i życzliwość ludzi sprawiały jej przyjemność. Nikka pomyślała, że dawno nie czuła się tak szczęśliwa, jak tego brzydkiego i wietrznego dnia w wymarzonej jadłodajni matki.

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Tjeri 7 miesięcy temu
    O, fajny rozdział. Przydała się obserwacja Amerykanów i ich gębapozorów. Dogadałabym się z Nikką (czy w ogóle z Akuryjczykami). Też nie lubię tykania, nadmiernego pokazywania uczuć i czasem mam ochotę na ucieczkę do bardzo prostego życia
  • Vespera 7 miesięcy temu
    To zabiorę cię na Amar, jak tylko znajdę przejście.
  • Tjeri 7 miesięcy temu
    Chętnie, o ile nie mają upałów. Mróz bierę
  • Vespera 7 miesięcy temu
    Tjeri Mają klimat ciepły morski, w głębi lądu umiarkowany. Trzy pasma górskie, tam cię upał nie dorwie.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania