Poprzednie częściWłaściwy kolor nieba - rozdział 1
Pokaż listęUkryj listę

Właściwy kolor nieba - rozdział 27

Znów szarpało, a Nikka musiała z całej siły trzymać wyrywający się ster. Pamiętała, by przyciągnąć go do siebie, jak robiła to poprzednim razem. Wtedy zadziałało, więc i teraz powinno. Najgorsze były pierwsze sekundy gdy statek niekontrolowanie spadał, a całe otoczenie wydawało się trochę nierzeczywiste, jakby przez chwilę nie znajdowali się ani na Amarze, ani na Erf. Majers zaparł się rękami o nieaktywną konsolę drugiego sternika, Breti chyba chwycił się fotela Nikki, Samia wydawała z siebie stłumione odgłosy paniki.

– Spokojnie, nie rozbijemy się, wszystko będzie dobrze – mówił do niej jeden z żołnierzy.

Szarpnęło jeszcze raz, mocniej niż wcześniej, po czym silniki podjęły pracę, a zalana nagłym strumieniem blasku Płaszczka wzniosła się ku błękitnemu niebu. Słońce stało dość nisko, chyba nie było jeszcze południa.

– System, włącz osłony, skanuj teren – poleciła Selino natychmiast po odzyskaniu pełnej kontroli nad maszyną. Sonar od razu wykrył cztery statki, system zaznaczył ich obecność zielonymi kropkami na wschód od kropki oznaczającej Płaszczkę.

Wlecieli w sporą kłębiastą chmurę, więc najpierw wyrównała lot, a później schodziła w dół znów zataczając łagodne kręgi. Spytała Majersa, czy u niego wszystko okej, potwierdził skinieniem głowy. Obejrzała się na swoich ludzi. Wyglądali na przejętych, ale próbowali to zamaskować. Służąca chwyciła dłoń Myrrila Berika i ani myślała jej puszczać.

System odezwał się tuż po tym, jak zeszli poniżej warstwy chmur.

Próba nawiązania łączności. Otworzyć kanał?

Nikka przekazała sterowanie radiem do konsoli drugiego sternika, dopiero potem przyjęła połączenie. Tak, jak myślała, ktoś zaczął mówić w inglisz poważnym, męskim głosem, więc tylko ambasador był w stanie się z nim dogadać. Zeszło im dobrą chwilę. Parokrotnie Nikka usłyszała swoje nazwisko, raz czy dwa Majers wspomniał króla Mertina. Pojawiła się też nazwa Akuria, którą Amerikanie wymawiali z miękkim akcentem jakby rodem z Murkey. Zachowywali ciszę, by nie przeszkadzać w rozmowie. W końcu głos w radiu zmienił się. Jakiś młodszy mężczyzna przywitał Nikkę całkiem dobrze wymawianym:

– Dzień dobry, pani Selino, czy lot się udał?

Najpierw przełączyła radio do swojej konsoli zastanawiając się, z kim rozmawia. Na pewno nie był to Erik Czen.

– Tu ambasadorka Nikka Selino – przedstawiła się oficjalnie i przerwała, chcąc dać mu do zrozumienia, że też powinien to zrobić. Rozmówca nie był głupi, od razu załapał, o co jej chodzi.

– Kris Robinson. Albo Słoma, tak pani mówiła. Na mnie.

Słoma, rzeczywiście, ten jasnowłosy człowiek Hilla, który pilnował ich w rezydencji. Teraz musi zapamiętać jego prawdziwe nazwisko, choć przypuszczała, że wcale nie było takie prawdziwe.

– Panie Robinson, miło jest wreszcie z panem porozmawiać. Podejrzewałam pana o znajomość amarskiego, ale pana przełożony zabraniał nawiązania kontaktu, czyż nie? I oczywiście wiem, że nie może pan na ten temat nic powiedzieć – zakończyła z uśmiechem. Z jakichś powodów to ją bawiło.

– Niech pani leci za naszym statkiem. Zaraz będzie – przeszedł do konkretów.

– Dokąd, panie Robinson? – również zażądała konkretnych informacji.

– Na ląd.

Na ląd, dobre sobie. Niemal nie parsknęła głośno.

– Dokąd? Do waszej stolicy, Łoszintonu?

– Nie. Do bazy, później jedziecie… pojedziecie do Łoszintonu. Najpierw musimy omówić mowę, pani mowę.

– Możemy polecieć tam od razu, o mowie porozmawiamy po drodze.

– To będzie jakieś czterysta, czterysta pięćdziesiąt mil. Nie chce pani najpierw odpocząć po podróży?

– Zajmie nam to tylko dwie godziny, odpoczniemy na miejscu. – Nikka mocno obstawała przy swoim. Nie chciała ustąpić, nie w tej kwestii. Znów będą siedzieć w bazie kolonela Margaretiego nie wiadomo jak długo, o ile to w ogóle będzie ta sama baza. Miała statek i nie zamierzała rezygnować z niezależności, którą dawał. Zresztą Robinson użył słowa „pojedziecie”. Albo nie opanował jeszcze języka, albo mimochodem zasugerował, że mają zostawić Płaszczkę.

– Przepraszam, zaraz wracam – stwierdził Kris Robinson, w radiu zapadła nagła cisza.

Na wyświetlaczu pojawiła się bursztynowa kropka zbliżająca się z zawrotną prędkością. To mógł być tylko amerikański statek powietrzny.

– Panie Lin-Werro, sam pan widzi, co my tu będziemy z nimi mieć… – Selino poskarżyła się zastępcy, uprzednio wyciszywszy mikrofon.

– Damy radę, pani ambasadorko – odpowiedział pocieszająco.

Amerikanin odezwał się znowu. Najpierw zamienił kilka zdań z Majersem, po czym zwrócił się do Nikki:

– Pani Selino, proszę lecieć za naszym statkiem.

– Dokąd? – powtórzyła pytanie. Byli tu dosłownie parę minut, a już miała dość.

– Do Łoszintonu, jest zgoda.

Dlaczego nie można było tak od razu? Po wszystkim, co dla nich zrobiła, powinni obdarzyć ją choćby szczątkowym zaufaniem.

– Przyjęłam i dziękuję, panie Robinson. – Na razie postanowiła być dla nich miła.

Amerikańska maszyna zbliżyła się, dobrze słyszeli okropny hałas wytwarzany przez jej silniki. Wykręciła ciasne kółko wokół Płaszczki i objęła kurs na południe. Nikka musiała zrobić znacznie szerszy skręt, ale w końcu ustawiła się za nią.

– Blisko miasta ktoś się połączy, ktoś od prezidenta. Może Kamilla Pik, ona teraz pracuje dla niego.

To była świetna wiadomość. Mimo wszystkich uprzedzeń, które żywiła do amerikańskich władz, zdawała sobie sprawę, że dla Kamilli prezident będzie lepszym pracodawcą niż tajemniczy i bezwzględni przełożeni Hilla.

– Przyjęłam, będę czekać na połączenie – potwierdziła.

Kris Robinson wrócił do inglisz, więc przestała słuchać radia i skupiła się na sterowaniu Płaszczką. Lecieli na południe, cały czas nad morzem. Sternik obcej maszyny trzymał taki kurs, że nie było widać lądu. Nikka wiedziała, że gdzieś tam jest, na zachodzie. Pamiętała mapy.

– Starszy chorąży, co sądzisz o amerikańskim statku? – spytała Bretiego.

– Bardzo zwrotny. I wygląda na szybki, pani ambasadorko.

– Jest szybki. Ale żeby pokonać nas w walce, potrzebowaliby takich… co najmniej sześciu. – Nie był to precyzyjny szacunek. Zakładała, że ilość torped na wyposażeniu jednej maszyny jest ograniczona, jak to było z klasycznymi torpedami na akuryjskich statkach. Ostrzał z przestarzałych karabinów na metalowe kule nie robił na osłonach prawie żadnego wrażenia, ale jednoczesne trafienie kilkoma torpedami na pewno mogłoby je mocno nadwyrężyć. O ile spadła sprawność po jednej? Dziesięć, piętnaście procent? Nie chciała mówić załodze, że raz już została zaatakowana przez Amerikanów. Wtedy były to trzy statki, i gdyby chciała, dałaby radę wszystkim trzem.

No, gdyby tylko udało jej się jednocześnie obsłużyć sterowanie Płaszczką i działami plazmowymi… System mógł pomóc, ale nic nie mogło zastąpić szybko myślącego sternika czy działonowego. Pobita Inga nie była wtedy w stanie obsadzić żadnego z tych stanowisk, a Kalii nie podejrzewała o posiadanie potrzebnych umiejętności. Nikka mogła więc teraz tylko gdybać, ostatecznie nie sprawdziła przecież amerikańskich statków w walce.

Nad morzem spędzili nieco ponad godzinę, potem wykonali zwrot na sterburtę i wreszcie wlecieli nad ląd. Na początku domy były nieliczne i rozsiane luźno pomiędzy drzewami, później zabudowa stała się bardziej zwarta, aż przerodziła się w szare morze dróg i dachów gdzieniegdzie upstrzone plamami zieleni. Nawet Nikka z zaciekawieniem patrzyła w dół, a jej załoga trwała w niemym zdumieniu. Chciałaby powiedzieć „A nie mówiłam!”, ale stwierdziła, że nie będzie wprawiać Kestera w zakłopotanie, niczym sobie na to nie zasłużył. Kilkanaście minut przed końcem podróży radio rozbrzmiało głosem Kamilli Pik:

– Nikka Selino? Czy mnie słyszysz, Nikka?

– Głośno i wyraźnie. Dzień dobry, pani Pik – przywitała się powściągliwie próbując ukryć radość, jaką sprawił jej kontakt z Kamillą, z przyjaciółką… Chyba mogła ją tak nazwać. Spośród wszystkich poznanych Amerikanów ufała właściwie tylko jej. No, może trochę Erikowi. Bo Hill… Hill był śliskim skurwysynem, jak lubiła mówić Inga, nie miała co do tego wątpliwości. Nikka nie chciała się do tego przyznawać, ale skłamałaby, mówiąc, że nigdy mu nie wierzyła.

– Nikka, jak dobrze znów cię słyszeć… – zaczęła Kamilla.

– Wolałabym, żeby pani zwracała się do mnie „pani ambasadorko Selino” – przerwała. Starała się brzmieć neutralnie, nie chciała jej przecież obrazić, a jedynie dać do zrozumienia, że rozmowa jest oficjalna.

– Dobrze, pani ambasadorko – odpowiedziała zdziwiona.

– Panią też miło mi słyszeć, pani Pik. Powiedziano mi, że teraz pracuje pani dla prezidenta. To dla mnie dobra wiadomość, pewnie będziemy się często widywać.

– Tak, myślę, że tak… pani ambasadorko.

Kamilli wyraźnie nie leżało nazywanie Nikki w ten sposób. Cóż, będzie musiała się przyzwyczaić. To mądra kobieta, wiedziała wystarczająco wiele o akuryjskich zwyczajach, by szybko domyślić się, o co tu chodzi. Mimo wszystko w kolejnych minutach rozmowy Nikka Selino wyczuwała w jej głosie pewien zawód.

Pani Pik skupiła się na przekazaniu najważniejszych informacji: amerikański statek doprowadzi ich tuż nad lądowisko, ale sam poleci dalej. Mają wylądować, a potem podążać za dużym białym autem w wyznaczone dla nich miejsce. O ile dobrze pamiętała, Płaszczka nie była zbyt zwrotna na lądzie, ale da radę trochę się potoczyć. Dla pewności spytała Bretiego, który potwierdził jej przypuszczenia.

– Tak, pani ambasadorko, silniki są ruchome, skierują statek w odpowiednim kierunku. Może mieć pani problem w ciasnych zakrętach, ale jeśli ich nie będzie, wszystko pójdzie gładko – stwierdził starszy chorąży.

I poszło. Naprowadzana głosem Kamilli Nikka posadziła swoją maszynę na gładkiej drodze pośrodku położonego tuż przy rzece lądowiska. Gdyby nie bagaże, mogłaby lądować na wodzie. Płaszczka jechała za białym autem, niepokojąco podobnym do małej ciężarówki, którą Hill zabrał ją na uroczą wycieczkę do domku w odludnym lesie. Na dosłownie chwilę jej myśli wróciły do tamtych dni, po czym przeskoczyły do dziwnej miny komandora Romero w momencie, gdy mu o tym opowiadała. Nie miała czasu na zastanawianie się, co to miało oznaczać, skupiła się na teraźniejszości. Minęli długą, mocno przeszkloną budowlę, przy której stało kilka wielkich statków pasażerskich, ale się tam nie zatrzymali. Musiała skręcić ster prawie do oporu i podnieść moc silników, by wykonać zwrot na sterburtę, który ostatecznie udał się całkiem sprawnie.

A więc teraz kwestia etykiety. Z jednej strony powinna wyjść pierwsza wraz z ambasadorem Majersem, to oni byli tu najważniejsi. Ale z drugiej była sterniczką i z tego względu powinna opuścić statek ostatnia… Auto przed nimi właśnie się zatrzymało w okolicy budynku z wielkimi, otwartymi wrotami. Ten był pusty, ale w sąsiednim stał amerikański statek powietrzny, domyśliła się więc, że ma tutaj zostawić Płaszczkę. Z prawej strony zbliżała się grupa pięciu osób, rozpoznała Kamillę i Loczka, kolejnego z ludzi Hilla nazwanego tak oczywiście ze względu na włosy, które zwijały mu się w niesforne kędziorki. Jeden z pozostałych mężczyzn też wydał się Nikce znajomy, chyba widziała go w otoczeniu prezidenta. Na razie zgasiła silniki i pozwoliła, by statek stanął.

– Starszy chorąży, proszę przejąć dowodzenie Płaszczką i wprowadzić ją do budynku, jeśli nasi sojusznicy o to poproszą – rozkazała Bretiemu rozwiązując wcześniejszy problem. Tutaj była przede wszystkim ambasadorką, sprawy wojskowe może zostawić swojemu dowódcy straży. – Proszę zabezpieczyć ją kodem, to powinno wystarczyć. My poczekamy na zewnątrz.

– Tak jest. Czy mam również dopilnować rozładunku bagaży?

– To nie będzie konieczne. Okażemy im trochę zaufania. Zresztą kazałam użyć kleju. – Uśmiechnęła się pod nosem. Breti na pewno kojarzył, o jaki klej jej chodziło. Była to lepka substancja, która nie dawała rady niczego porządnie skleić, ale za to ciągnęła się jak rozgrzany żółty ser. Jeśli Amerikanie będą chcieli otworzyć skrzynie, zostanie po tym wyraźny ślad.

– Rozumiem, pani ambasadorko – potwierdził starszy chorąży.

Cóż, teraz można było już wysiąść. Poleciła otworzyć włazy i ruchem dłoni zachęciła ambasadora Majersa do wyjścia. Do środka wpadła fala ciepłego, prawie letniego powietrza. Nikka przeżyła na tej planecie bardziej upalne dni, ale ten był dość ciepły, zdecydowanie cieplejszy od amarskiej wiosny, którą zostawili za sobą po tamtej stronie portalu. Jeszcze na skrzydle statku zauważyła, że ta część lądowiska została odcięta od reszty. Rozstawiono auta tak, że żadne inne nie mogło podjechać bliżej, przejść pilnowali jacyś strażnicy. Chyba ci polis, o których rozmawiali z Hillem po wypadku, ale auta miały na dachach żółte światła. Czy to miało jakieś znaczenie? Nie wiedziała.

Nie oglądała się za siebie, wierzyła, że jej ludzie zrobią, co będzie trzeba. Kestera widziała kątem oka tuż za sobą, żołnierze rozstawili się po prawej i lewej. Zauważyła minę Loczka na widok Akuryjczyków pod bronią i w mundurach. Nie wyglądał na zadowolonego. Zapragnęła posłać mu ironiczny, szeroki uśmiech, ale powinna jednak zachować powagę. Zatrzymała się przed Amerikanami i w ciszy czekała, aż Majers skończy rozmawiać z człowiekiem, który chyba pracował dla prezidenta Busza. Kamilla z uwagą słuchała ich wymiany zdań, Loczek otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć, ale zapatrzył się na Płaszczkę. Breti właśnie odpalił silniki i bardzo powoli wtaczał się do budynku.

– Dowódca mojej straży wprowadza statek do środka – wyjaśniła mężczyźnie. – Zajmijcie się bagażami, ufam, że zostaną dostarczone w miejsce naszego zakwaterowania. Są podczepione pod kadłubem, zdejmiecie je bez uruchamiania alarmu. Nasze skrzynie oznaczono niebieskimi i zielonymi pasami, wasze według wskazań ambasadora Majersa, rozpoznacie je bez problemu.

– Dziękuję za informacje, pani Selino. I chyba wreszcie powinienem się przedstawić, Samuel Griir.

Mówił po amarsku lepiej niż Słoma, to znaczy Kris Robinson. Nie wyciągnął też ręki na powitanie, przyswoił sobie podstawy kultury.

– Nikka Selino, z łaski króla Mertina Albisa-Zaro ambasadorka Królestwa Akurii. Mój zastępca, pan Kester Lin-Werro, nasz sekretarz, pan Jal Brego-Ryfin – przedstawiła tych towarzyszy, których uznała za stosowne.

Przy nazwisku Kestera twarz Samuela nieznacznie drgnęła. Przeoczyłaby to, gdyby nie obserwowała go uważnie. To był człowiek Hilla, samo to wystarczało, by nie mieć do niego pełnego zaufania.

Wymienili kurtuazyjne ukłony, które ze strony Samuela były ledwo skinięciami głową, ale wiedziała, że to i tak dużo jak na Amerikanina. Po chwili wtrąciła się Kamilla i Nikka jeszcze raz musiała dokonać oficjalnej prezentacji, tym razem panu Lukasowi Holdenowi, ponoć urzędnikowi Rady Bezpieczeństwa Narodowego, który doradzał prezidentowi. Po krótkiej rozmowie okazało się, że też był obecny na pamiętnym balu w Białym Domu. Przez chwilę powspominała to wydarzenie, jakby było czymś pozytywnym. Pytali o wywiad, redaktorzy mieli już czekać. Zapewniła, że chętnie go udzieli, ale najpierw muszą nieco odpocząć po podróży. W końcu dołączył do nich Breti, meldując, że statek jest zabezpieczony, mogli więc udać się do budynku. Kamilla mówiła coś o poczęstunku, ale myśli ambasadorki Selino były zaprzątnięte czym innym. Wyczuła, że Amerikanie już niepokoją się tym, co powie redaktorom. Za nią audiencja, wyjazd z pałacu, cztery godziny lotu, polityczne przepychanki z tymi cholernymi draniami i udawanie zadowolenia przed całym światem… I nie było jeszcze południa. To będzie naprawdę długi dzień.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • MKP dwa lata temu
    Dobrze! Niech Amerikanie mają teraz pełne gacie przed każdym, publicznym wystąpieniem Nikki.
  • Vespera dwa lata temu
    Ależ ona nie jest mściwa...
  • Charlotte41 dwa lata temu
    Bardzo ciekawy rozdział :) Lubię fantastykę, a Ty masz talent do pisania tego typu tekstów. Moja ocena to 5 :)
  • Vespera dwa lata temu
    Dziękuję bardzo za tak miłe słowa!
  • Tjeri 3 miesiące temu
    Podoba mi się nowa Nikka. Myślę, że dzięki jej zdecydowaniu, conajmmiej kilka burgerów przeszło przyśpieszonym kursem z żołądków w dół, ku światłu.
  • Vespera 3 miesiące temu
    :D Dobrze, że ja teraz nic nie jem ani nie piję. Nowa Nikka musi udawać ambasadorkę, więc udaje.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania