Właściwy kolor nieba - rozdział 24

Nikka wolałaby w tej chwili robić wiele innych rzeczy. Dokończyć pakowanie. Napisać listy do Ellis, do rodzin Kalii i Ingi. Zapytać admirała Azuriego o statek, którym miała lecieć, powinien już w końcu podjąć decyzję. Wreszcie poznać strażników, którzy pod dowództwem Bretiego mają towarzyszyć jej w podróży do Ameriki. Lecz zamiast tego siedziała przy stole z komandorem z Wydziału Wewnętrznego i musiała odbyć z nim niezbyt miłą konwersację.

- Oczywiście pomogę panu jak tylko będę umiała najlepiej - zapewniła. - Co pana interesuje, panie komandorze?

- Przesłuchania. Te, którym była pani poddawana w Americe - zaczął bez żadnej zwłoki. - Wiem, że to dla pani ciężki temat, zauważyłem przerwę w pierwszym nagraniu, ale to dla nas ważne. Chciałbym, żeby opisała mi pani jak to wyglądało, ze wszystkimi szczegółami.

Szczegóły… Czyli był zainteresowany bardziej techniczną stroną przesłuchań, a o tym była w stanie mówić. Rozsiadła się wygodnie, bo zanosiło się na dłuższą rozmowę. Chyba będzie musiała odłożyć pakowanie na jutro.

Już dawno podzieliła sobie w głowie tamte przesłuchania na trzy rodzaje: rozmowy, wykorzystanie żółtego płynu i topienie. Tłumaczyła to teraz komandorowi Romero, a on zadawał celne pytania pomocnicze, które pozwalały przypomnieć jej więcej szczegółów. Był cierpliwy i uważnie słuchał tego, co miała do powiedzenia, pilnował też, by nie popadła w zbytnie dygresje. Nie chciał rozmawiać o Hillu, nazwał go sekretarzem ambasadora, chociaż przecież musiał wiedzieć, że to nieprawda.

- Taa… Jaki tam z niego sekretarz… To szpieg albo ktoś w tym stylu - prychnęła. Nie mogła się powstrzymać przed złośliwym komentarzem. Romero bardzo uprzejmie kazał jej wrócić do głównego tematu rozmowy.

Ogólnie był miły, ale nie zanadto współczujący. I dobrze, bo Nikka nie chciała fałszywego współczucia. I tak musiała walczyć z własnymi emocjami, zwłaszcza w momencie, gdy wreszcie przeszła do topienia. Odsunęła napływające fale wspomnień: chłód i jaskrawe światło piwnicznej celi, zimna woda zalewająca gardło i troskliwy głos Itana mówiącego, że to wszystko już, zaraz może się skończyć, jeśli tylko zacznie współpracować.

Potrzebowała dosłownie kilku sekund, by wziąć się w garść, po czym przytaknęła i podjęła opowieść. Zaczęła od tego, jak Hill zabrał Kalię i też wstrzyknął jej żółty płyn. Oczywiście zaznaczyła, że nie ma absolutnie żadnych pretensji o to, że młoda arystokratka powiedziała Amerikanom o jej wojskowej przeszłości.

- On i tak domyślił się wcześniej, jestem o tym przekonana - zapewniała komandora. Nie pominęła haniebnego epizodu z wbiciem widelca w dłoń, bo była pewna, że Inga uwzględni to w swoim raporcie. Niech wewnętrzni myślą, że miała kilka chwil słabości, ale teraz wszystko jest już w jak najlepszym porządku. Opowiedziała o powrocie Kalii, następnie o tym, jak wieźli ją w nieznane skutą na pace ciężarówki.

- Było ich trzech, Itan Hill, Dżonatan, najmłodszy, i łysy sternik… Brynn. - Z niejakim trudem przypomniała sobie jego imię. - Po drodze Hill podał mi jeszcze raz to żółte świństwo, ale w ogóle nie zadziałało. Przez cały czas powtarzał, że wszystko zależy ode mnie, i że tak naprawdę wcale nie chce mnie krzywdzić.

- Próbował przerzucić odpowiedzialność - mruknął Romero. - Chyba pani w to nie uwierzyła? - zapytał już trochę głośniej.

- Ani przez minutę - odpowiedziała zdecydowanie.

Potem jakoś poszło. Wbiła wzrok w pusty blat stołu i kierowana pytaniami komandora z Wydziału Wewnętrznego mówiła o torturach. Wdech, wydech i spokój, to już przeszłość i nigdy więcej nic takiego jej nie spotka. Schowała dłonie pod stół, ale nie chciała się ściskać, szczypać ani wbijać w nic paznokci. Musiała jakoś to ograniczyć, bo w końcu zrobi sobie poważną krzywdę i wyleci z wojska szybciej, niż zdąży powiedzieć: “Ale Wielki Admirale…”.

W pewnym momencie zauważyła, że Kyron Romero nieco zmienił nastawienie. Mówiła właśnie o paskudnym uczuciu tonięcia i następujących raz po raz utratach przytomności, a on pochylił się do przodu i delikatnie otworzył usta.

- Na bogów… - wymsknęło mu się.

A więc jednak zrobiło to na nim jakieś wrażenie… Nie miała siły uśmiechać się triumfalnie, po prostu dokończyła opowieść uwzględniając w niej swój plan podania tylko jednego kodu dostępu, co miało doprowadzić do autodestrukcji Płaszczki, oraz nieudane pokazowe podcięcie żył. Nie odkryła blizn po lustrze, bo o to nie poprosił. Romero przestał pytać, więc postarała się podać jak najwięcej szczegółów wieczornej jazdy do statku i wybuchu reaktora. Wspomniała o Panu Reedzie, ale nie było to coś, czym chciała się teraz dzielić. Chyba rozumiał, bo nie nalegał. Zakończyła wreszcie i odetchnęła głęboko. Miała suche gardło, nie chciała jednak wzywać Helli z napitkiem.

- Dziękuję, że opowiedziała mi pani o wszystkim, pani komandor - stwierdził poważnym tonem. - Wszyscy przeżyliśmy na wojnie mniej lub bardziej straszne rzeczy, sam dobrze wiem, że o niektórych ciężko jest mówić… Zwłaszcza komuś, kogo widzi się pierwszy raz. Dlatego jeszcze raz dziękuję, pani komandor Selino.

Ale o swoich przeżyciach to nie masz zamiaru opowiedzieć, co? - pomyślała Nikka. Ciekawiło ją, jak ktoś taki przetrwał wojnę.. Nie było sensu zadawać takiego pytania, i tak nie dostałaby odpowiedzi.

- Oboje jesteśmy oficerami i służymy temu samemu królestwu, nie widzę więc powodów, by cokolwiek przed panem zatajać, panie komandorze - odrzekła. Brzmiała normalnie, jakby cała ta trudna rozmowa nie miała na nią żadnego wpływu. Ogólnie była dumna z poziomu swojego opanowania. Wieczorem może jakoś się za to nagrodzi… Butelka piwa będzie odpowiednia. No, może dwie.

Uśmiechnęła się delikatnie, Romero chyba pomyślał, że do niego.

- Współpraca z panią nie wygląda tak strasznie, jak mogłoby to wynikać z niektórych pogłosek - spróbował zażartować.

- Pan jest zbyt inteligentny by słuchać plotek. Musiał pan sam się przekonać, prawda, panie komandorze?

- Rozgryzła mnie pani - uśmiechnął się nie do końca szczerze. - Naprawdę dziękuję za współpracę, lecz muszę już wracać do innych obowiązków. Chociaż… - zawahał się przerywając pożegnanie. - Kilka dni po pani powrocie przyszedł do mnie mężczyzna, który twierdził, że zamordowała pani jego żonę. Bardzo stanowczo domagał się pani aresztowania i procesu.

Nikka próbowała sobie przypomnieć, ale przecież nigdy nie zamordowała żadnej kobiety. Ani na wojnie, ani tym bardziej wcześniej… Komandor nie wyglądał, jakby żartował, więc to musi być jakieś nieporozumienie.

Kyron obserwował ją uważnie, zresztą jak przez cały czas tej kurtuazyjnej wizyty.

- Nazywał się Sarej Rewenherst - usłużnie podpowiedział widząc na twarzy dziewczyny całkowity brak zrozumienia. Teraz wszystko stało się jasne. Nazwisko było bardzo charakterystyczne, mało akuryjskie, skojarzyła je od razu.

- A jego żona to Eliena Rewenherst, lekarka. Wykonałam na niej wyrok za zdradę, mniej więcej w połowie Miesiąca Niedźwiedzia osiemset trzydziestego drugiego roku, na rozkaz Irriego Setiena, wtedy w stopniu admirała… Chyba już admirała - zakończyła niezręcznie, lecz i tak jej głos brzmiał pewnie. Wróciła wspomnieniami do tego dnia, a właściwie wczesnego wieczoru, gdy wraz z częścią oddziału wtargnęła do prowizorycznego szpitala w poszukiwaniu medyczki, która śmiała leczyć żołnierzy Murkey, i to do tego za darmo. Czy ta kobieta nie zdawała sobie sprawy, że każdy wyleczony przez nią skurwiel wróci na służbę zabijać Akuryjczyków? Nikka nie miała żadnych wątpliwości, ani wtedy, ani teraz.

- Czyli zabiła ją pani.

Co to miało być? Pytanie? Stwierdzenie?

- Oczywiście - prychnęła. - Zabiłam, ale nie zamordowałam. - Powstrzymała się przed dodaniem, że powinien dostrzec różnicę.

Nieproszona pokrótce opowiedziała o egzekucji. To było słabo oświetlony magazyn, w którym kiedyś przechowywano warzywa. Ludzie Nikki wyprowadzili rannych Akuryjczyków, potem rozmieścili ich w zaprzyjaźnionych domach, gdzie mogli dojść do siebie. Skazana klęczała pośrodku przejścia pomiędzy byle jak skleconymi pryczami. Próbowała dyskutować, prosić i błagać, ale to nic nie dało. Pod koniec była już spokojna. Kapitan Selino - wówczas miała właśnie ten stopień - dała jej chwilę na ostatnią modlitwę, po czym strzeliła zdrajczyni w tył głowy z karabinu plazmowego. Nie był to najelegantszy sposób na uśmiercenie człowieka, za to szybki, niewymagający wysiłku i niewątpliwie skuteczny. Potem Nikka dobiła rannych Murkey. Tutaj zakończyła opowieść nie wspominając, że niektórzy z jej ludzi wtedy wyszli. Według niej mieli prawo okazać słabość, ale wiedziała, że nie wszyscy starsi oficerowie podzielali ten pogląd.

- I znów muszę pani podziękować, że zechciała się pani ze mną podzielić wspomnieniami - podsumował Romero.

- Odnoszę wrażenie, że nie powiedziałam niczego, o czym pan by już nie wiedział. - Spróbowała trochę go podpuścić, bezskutecznie. Kyron Romero rzucił jej tylko dziwne, nieco ironiczne spojrzenie i nie podjął tematu.

- Oczywiście nie przyjąłem tego zawiadomienia. I może być pani spokojna, pani komandor, Sarej Rewenherst już nie przeszkodzi pani w karierze.

Podziękowała mając niejasne wrażenie, że mąż lekarki mógł zostać uciszony na dobre… Nie miała na to absolutnie żadnego dowodu, ale coś w wyglądzie i postawie tego niepozornego, niemłodego już komandora kazało jej dopuszczać taką możliwość. Czy byłby w stanie zlikwidować Rewenhersta dla niej? Nie miała odwagi spytać. Cokolwiek by się nie stało, była to delikatna sprawa. Postanowiła zaufać osądowi Wydziału Wewnętrznego i nie drążyć tematu.

Pożegnała się z komandorem Romero udając, że wszystko jest w porządku, choć tak naprawdę dzisiejsza rozmowa dostarczyła jej mnóstwa materiału do rozważań w bezsenne noce.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania