Ari odcinek 98

Ciało i metabolizm Wojsława powoli samoczynnie i systematycznie dopasowywał się do planety, na której przebywał. Przebieg procesu tylko na początku zaskoczył badających go naukowców z nieznanych mu ras. Bogactwo przedstawicieli istot inteligentnych stale jego zaskakiwał. Codziennie poznawał nowych, którzy przyprowadzali kolejnych, a tamci jeszcze innych. Powoli zaczynał wątpić, czy kiedykolwiek zobaczy żywego człowieka albo kogoś podobnego. Wcześniejsze oglądanie na ekranie ludzi i opuszczonych ich siedzib mogło być tylko starym zarejestrowanym materiałem filmowy, jaki przypadkowo wyświetlił. Jego obawy rozwiał przydzielony mu na czas rekonwalescencji wężowaty opiekun, którego zadaniem było natychmiastowe powiadomienie służb ratunkowych w przypadku zagrożenia życia, lub zdrowia Skorupki.

- Przedstawiciele twojego gatunku zostali powiadomieni o twoim pobycie tutaj. Niedługo ktoś tu przybędzie i wtedy otrzymamy pełen obraz sytuacji. Teraz musimy uzbroić się w cierpliwość i spokojnie czekać – odpowiedział na zadane pytanie.

- Długo?, przecież mogą skorzystać z pojazdu transportowego, jakim mnie tu dostarczono.

Wężowaty przez rozdwojony język miał spore trudności w prowadzeniu rozmowy. Inaczej by było, gdyby korzystał z elektronicznego tłumacza, a nie silił się na nauczenie języka człowieka. On jednak wolał ponosić trudy wymowy, ponieważ znał kilka czy kilkanaście języków różnych cywilizacji i dla czystej przyjemności chciał poznać nowy niespotykany na rodzinnej planecie. Budowa gardła i krtani bardzo mu to utrudniała, lecz on uparł się i wzmógł wysiłek. Przyjazne zaakceptowanie jego dziwactwa i zrozumienie jego potrzeb, zaowocowało nawiązaniem pewnego rodzaju przyjaźni. Vugtqd docenił wysiłek człowieka w zrozumieniu i tolerowaniu jego dążenia do pokonywania kolejnych barier. Właśnie w jego głowie zrodził się plan wykorzystania wiedzy Wojsława o planecie z jakiej przybył i włączenie go do międzygalaktycznego zespołu doradczego ratującego zniszczoną Ziemię. Ogrom prac czekających przyszłych budowniczych mocno zniechęcał śmiałków i przez swoje nawarstwianie się problemów mógł wydawać się często bezcelowy.

Załogowe statki kosmiczne i pojazdy transportowe z planet o największym rozwoju technicznym pojawiły się w układzie słonecznym zaledwie kilka dni po przesunięciu płaszcza Ziemi. Jakiekolwiek wejście na orbitę okołoziemską i lądowanie na powierzchni planety było niemożliwe. Ogrom kosmicznego śmiecia, który okrążał grubym płaszczem Ziemię narastający od dziesiątków lat, narażał każdy zbliżający się pojazd na nieuchronną kolizję. Pierwszym zadaniem ekip ratowników było zebranie śmieci i wystrzelenie ich w stronę słońca gdzie zostaną w wyjątkowo wysokiej temperaturze stopione. Prace były prowadzone nieprzerwanie przez kilka dni na ogromną skalę. Reakcje uczestników misji ratunkowej, którzy widzieli latające w przestrzeni kosmicznej pozostałości po wystrzelonych rakietach, zniszczonych satelitach były różne. Zdecydowana większość nie rozumiała ludzkiego niechlujnego podboju kosmosu, zagrażającego kolejnym wyprawom. Nawet sama planeta była narażona na częste bombardowanie spadających nie tylko metalowych resztek. Dlatego tym bardziej i z większą uwagą przystąpiono do wyznaczania miejsc lądowania. Prowadzone obserwacje z kosmosu ukazały, jak wielkie zniszczenia dotknęły powierzchnie Ziemi. Prawie nigdzie nie zachowały się nienaruszone przez żywioły nawet niewielkie obszary. Grunt mógł w każdej chwili okazać się zdradziecki i doprowadzić do uszkodzenia lądowników. Wysoko rozwiniętym technicznie cywilizacjom, z pomocą przyszły te, które do przemieszczania korzystały z portali. Duża część będąca na planecie za sprawowania rządów przez Uzurpatora i w wyniku dwóch przesunięć płaszcza Ziemi uległa zniszczeniu. Pierwsze przemieszczenie międzyplanetarne było utrudnione, ponieważ ocalałe dwa ostatnie były niewielkie i mocno uszkodzone. Jednak po konieczny prowizorycznych naprawach, umożliwiły one transport niewielkich elementów, z jakich postawiono nowe. Każda kolejna brama była większa od poprzedniej, aż do uzyskania mogących przemieszczać sprzęt konieczny do budowy lotnisk i kosmodromów.

Początki zawsze bywają trudne i z takimi problemami przyszło budowniczym nowego ładu się zmierzyć. Konieczna była nie tylko dobra współpraca i koordynacja wysiłków gości z nieba, lecz również w tym dziele przewidywano udział ziemskich władz. Priorytetowym zadaniem dowódcy pierwszego lądowiska lekkich transportowców było wysłanie misji na Antarktydę, która podobnie jak północna Syberia znalazła w wyniku przesunięcia się płaszcza Ziemi w strefie klimatu umiarkowanego. Wysokie fale tsunami, jakie przetoczyły się po powierzchni planety, przyspieszyły jeszcze bardziej topnienie się lodu zalęgającego grubą warstwą najbardziej tajemniczy kontynent. W wyniku gwałtownego ocieplenia powstały gigantyczne wodospady i rwące rzeki, które wypłukanymi w lodzie korytami przemieszczały potężne masy słodkiej wody wprost do oceanu.

Misja badawcza i w razie konieczności ratunkowa do pradawnej siedziby Rady Naznaczonych została wysłana w momencie wyłonienia się jej najwyższych elementów spod grubej warstwy lodu. Dowódca pierwszego transportowca jeszcze ze sporej odległości meldował o widocznych spękaniach kopuły. Kierowany troską o przebywających wewnątrz, polecił dokonać lądowania na wolnym od lodu płaskowyżu kilkadziesiąt kilometrów dalej. Poszczególne ekipy po opuszczeniu pojazdów powietrznych i wyładowaniu sprzętu zaczęły opracowywać własne plany na dotarcie do wyznaczonego celu. Jednak zadanie, do jakiego się zgłosili na ochotnika, przerastało możliwości wszystkich inteligentnych ras ciepłolubnych. Nieprzebytą dla nich barierę stanowił częściowo roztopiony lód, który zachowywał się podobnie jak bagno, grzebiąc w sobie wszystkich, którzy próbowali na niego wejść. Przemieszczanie po powierzchni było utrudnione przez bardzo drobny pak sięgający prawdopodobnie do dna, czyli jakieś sto albo dwieście metrów. Ocena dokładnej głębokości była utrudniona z uwagi na zalęgający na dole lodowiec stworzony z piasku i żwiru. Samo podpłyniecie do wystającej kopuły siedziby Rady, nie gwarantowało dotarcie do wewnątrz. Natomiast zrobienie otworu ewakuacyjnego w budowli mogło naruszyć jej konstrukcje i przyczynić się do pogrzebania żywcem wszystkich uwięzionych wewnątrz. Nadzorującemu operacją pozostało jedyne rozwiązanie, polegające na wysłaniu grupy patrolowej składającej się mieszkańców lodowej planety. Lud lodu jako jeden z pierwszych zgłosił chęć wzięcia udziału w misji ratowania Ziemi. Ich udział od początku wydawał się najmniej przydatny i narażający pozostałych na dodatkowy wysiłek, ponieważ do przetrwania potrzebowali tlenu najlepiej będącego w zamarzniętej wodzie i niskich temperatur. Kierujący akcją postanowił wysłać całą trójkę na rekonesans w pobliże murów. Mieli za zadanie ocenić skalę zniszczeń w miejscach niewidocznych dla pozostałych i w razie potrzeby przyjść z pomocą potrzebującym. Zanurzenie się ich w lodowej cieczy przyprawiło o dreszcze przedstawicieli innych ras ciepłolubnych.

Czas oczekiwania na powrót rozpoznania przedłużał się, więc pozostali nie chcąc tracić niepotrzebnie czasu, przystąpić do rozbijania obozu na noc. Prawie wszystkie ekipy posiadały schronienia nawiązujące konstrukcją do namiotów, lecz użyty materiał w zależności od planety, z jakiej pochodzili, bardzo się od siebie różnił. Podobnie było z odizolowaniem się od zimnej skały, która przez tysiące lat była skuta lodem. Ogrzewanie wnętrza też było odmienne i wynikało od rozwoju technologicznego poszczególnych ras. Do najbardziej niezwykłych należały rozgrzewające kamienie, które po obsypaniu odpowiednim dla nich proszkiem, stanowiącym odżywkę, rozgrzewały się do czerwoności, wydając przy tym dużo ciepła. Sporo było różnych piecyków na wiele rodzajów paliwa. Zaledwie na części przyrządzano sobie posiłki i gotowano wodę. Większość ekip zadowalała się prowiantem zasuszonym lub zakonserwowanym. Łatwość i szybkość przygotowywania do konsumowania takiego jedzenia wydawała się najlepszym rozwiązaniem.

Patrol ludzi lodu długo nie wracał i ten fakt budził niepokój. Dopiero wynurzenie się jednego z lodowej toni, dało odpowiedz na niezadane pytanie – dlaczego trwa to tak długo? Mieszkaniec lodowej planety miał pełne usta czegoś przypominającego niewielkie glizdy i ręce pełne ich. Dość szybko okazało się, że w lodzie żyją i rozmnażają się te stworzenia, będące ich przysmakiem. Topniejące lodowce uwolniły niesamowite ich ilości i pływając w lodowatej wodzie, stały się łatwym celem dla smakoszy. Prawie nikt wcześniej nie wiedział ze zgromadzonych na płaskowyżu, że cokolwiek może żyć w lodzie i do tego się rozmnażać.

Dobrze, że raport był optymistyczny i pierwsze rozpoznanie pozwalało mieć nadzieje na przetrwanie siedziby Rady do czasu spłynięcia oblegającego ją drobnego paku. W tym celu po krótkiej naradzie postanowiono poszerzać koryto rzeki i obniżać systematycznie poziom.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • pasja 2 tygodnie temu
    Wojslaw jakby oglądał film fantasy w roli głownej; on sam. Okazuje się, że jescze gdzieś są ludzie jemu podobni. Od lat, ale dzisiaj jesteśmy zasypywani newsami o meteorytach które moga udzerzyć w naszą planetę. Podróze międzyplanetarne i pozostawienie tam satelitów i śmieci doprowadziło do katastrofy. resztki zaczęly spadać. Świat ukazany Wojsławowi pokazuje wielkie sprzątnie. Do katastrofy przyczynili się nikt inny jak ludzie. Wszelkie żywioly też były ich następstwem. Topniejący lodowiec ukazał życie. Bedziemy zjadani przez inne stworzenia.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania