Ari odcinek 99

Budynek Rady Naznaczonych z każdą godziną wyłaniał się z lodowego paku coraz bardziej i ukazywał swoją wielkość. Budowla jeszcze nie w pełni odsłonięta, a już oszałamiała swoim pięknem. Elewacyjna sztukateria pomimo wielowiekowej grubej warstwy zalęgającego lodu zachowała intensywne kolory. Zdobienia przy zbliżeniu już nie wyglądały tak wspaniale, ponieważ pod naporem tysięcy ton zmarzniętej wody uległy częściowemu zniszczeniu. Niżej cały gmach wtapiał się w szary odcień za sprawą zamarzniętego obklejającego go żwiru.

 

Pierwszy nadzorujący odsłanianie siedziby Rady stale domagał się bieżących raportów od obserwatorów rozstawionych dookoła budowli. To, co się działo pod powierzchnią, również było monitorowane. Ludzie lodu pracowali bez chwili przerwy, stale opływali obiekt i po każdym okrążeniu informowali o najdrobniejszych zauważonych zmianach. Jednego im przynajmniej nie brakowało, ulubionego jedzenia i to z dala od ich rodzimej planety. Oni sami i żaden z naukowców wszystkich ras inteligentnych, nie byli w stanie sensownie wyjaśnić, w jaki sposób robale lodowe dostały się na zamarzniętą Antarktydę. Same nie latały i w wyższych temperaturach ginęły, więc istnienie w tym miejscu ich było zaprzeczeniem praw fizyki. Niestety nie istniał pojazd transportowy, który uniósł w kosmos żyjątka będące w bryle lodu, albo by ktoś wystrzelił i przysłał je na Ziemię w komecie. Jednak one były i przez tysiące lat się rozmnożyły. Musiały spożywać coś rosnącego i żyjącego w zamarzniętej słodkiej wodzie. Jedynie pramatka w swojej mądrości mogła przewidzieć, że pewnego dnia okażą się przydatne, by kontynuować jej dzieło tworzenia. Dlatego znalazły się tam, gdzie powinny być o określonym czasie.

 

Kiedy woda ustąpiła zespół badawczy i jednocześnie ratunkowy, wysłał kilka latających patroli na sprawdzenie stabilności gruntu. Gdy uzyskano pewność, że są miejsca, gdzie nie jest grząsko, wtedy bezpiecznie po wytyczonej trasie mogli przybliżyć się do obiektu. Budynek otaczała zmarznięta żwirowata skorupa, która zasłoniła wszystkie drzwi i okna. Prawdopodobnie właśnie ona nie dopuściła do zawalenia się spękanej budowli. Pierwszym zadaniem ekipy ewakuacyjnej było ustalenie wejść i odsłonięcie ich, by mogli dostać się do środka.

 

Minęło kolejne kilkanaście godzin, nim odkopano pierwsze wrota, przez ten czas przerzucono wiele ton zamarzniętego i sprasowanego żwiru. Zespół kierujący całą operacją opracował kilka sposobów siłowego otwarcia drzwi. Poczynając od wyrwania ich, poprzez wycięcia w nich dużego otworu, czy wyrwania. Nawet wykucie nowego wejścia w kamiennym murze brano pod uwagę. Gdy dokładnie oczyszczono spory kawałek wyłożonego gładkim kamieniem placu. Dwóch sporych rozmiarów siłaczy przypominających wyglądem rosłych wikingów, lecz w przeciwieństwie do nich, z własnymi rogami na kwadratowych łbach. Podeszło do kunsztownie ozdobionego uchwytu i z całej siły pociągnęło do siebie. Delikatność, z jaką ustąpiło skrzydło, odchylając się błyskawicznie na zewnątrz, zaskoczyła najbardziej samych otwierających. W ostatniej chwili odskoczyli i niewiele brakowało, by sami nie dostali potężnym skrzydłem. Prawdopodobnie dlatego, że spodziewali się oporu zardzewiałych zawiasów niekonserwowanych od tysięcy lat i na to się przyszykowali psychicznie, lecz jak się okazało, przeliczyli się solidnie.

 

Zimne powietrze wtargnęło do wnętrza budowli, a w zamian wyleciało zatęchłe zbyt mocno ogrzane. Zapach przypominał ten, który się czuje w starych wilgotnych piwnicach podczas długotrwałej fali upałów. Wtedy tam wszystko paruje i taka zawiesina błyskawicznie wsiąka w nagrzaną odzież niczym w gąbkę, gdy tylko się wejdzie.

 

W obiekcie przynajmniej oświetlenie przetrwało i działało sprawnie, przenikało szparami przez stertę gruzu leżącego przy wejściu. Pośpiesznie odrzucenie z wierzchu kilkunastu sporych głazów upewniło, że wejście jest tylko częściowo zablokowane i chcąc dostać się do środka, trzeba pozbyć się tej sterty gruzu. Ostatecznie można było jeszcze trochę poszerzyć otwór i przeczołgać się po gruzowisku. Takie rozwiązanie nikogo z nadzorujących operacją nie przekonywało, więc zadecydowano o kontynuowaniu pracy, dla bezpieczeństwa poszukiwanych i ratowników nie korzystano z maszyn. Chcąc mieć możliwość swobodnego poruszania i nie czekać na to zbyt długo, stworzono łańcuch z istot rozumnych wielu gatunków. Takie rozwiązanie kiedyś wśród ludzi miało powszechne zastosowanie przy gaszeniu pożarów, przenosząc wiadra z wodą. W tym przypadku kolejno przekazywano sobie grudy gruzu i powoli rozpoczęto się przemieszczanie brył. W łańcuszku jedynie liczyła się siła fizyczna, sprawność ruchowa i koordynacja ruchów. Kilka większych brył zbyt ciężkich, wyciągnięto na zewnątrz za pomocą lin, a pozostałe były przekazywane z ręki do ręki i lądowały z dala od wejścia.

 

Gdy słonce zaszło i zmierzch zapadł, postęp prac był zaledwie połowiczny. Chcąc mieć dalej jasno, rozstawiono gazowe reflektory i przy nich również ukończono budowę szpitala polowego. Siła oświetlenia była potężna, znacznie mocniejsza od elektrycznych. Światło rozproszyło przy ziemi nie tylko mrok, lecz rozświetliło chmury od dołu. Poświata widoczna była z wielu kilometrów i zauważyli ją nie tylko ci dobrzy, lecz też bardzo źli, którzy nie byli zadowoleni ze śmierci Uzurpatora. Niewielu z tych, co przetrwało kataklizm, pragnęło zmian, jakich doświadczali. Radość z ocalenia dość szybko ustąpiła miejsca dla złości, na niewygody jakie stale odczuwali w nowej rzeczywistości. Każda rasa, gatunek dostał ponownie swój kawałek z tortu, jakim była Ziemia i od teraz mieli w na nim żyć jak najlepiej. Wiele osób z gromady ludzkiej nie miało ochoty na przeprowadzkę na często niegościnne tereny i życia zgodnie z naturą i koegzystencji z innymi. Miasta, szczególnie te większe były zrujnowane doszczętnie, a przebywanie pośród ruin, groziło w każdej chwili przysypaniem odrywających się fragmentów z uszkodzonych konstrukcji. Zdarzali się jednak i tacy, którzy trwali pośród zgliszcz z uporem maniaka i nawet brak wygód im w tym nie przeszkadzał. Podobnie było z dostępem do wody i jedzenia. Widocznie dla nich liczyło się tylko to, że przebywają w tym, co znają. Jakiekolwiek przygody i zmiany otoczenia nie były dla nich. Lęk przed nieznanym i całkowicie odmiennym, od tego, do którego byli przyczajeni i paraliżował ich.

 

Dużo inteligentnych ras zamieszkujących Ziemię za panowania Uzurpatora całkowicie wyginęło, a rdzenne ich terytoria pozostały niezasiedlone. Zamieszkać w nich mogli jedynie ich spadkobiercy, lecz gdy takich nie było. Zgodnie z odwiecznymi prawami pramatki teren opuszczony przez prawowitych mieszkańców, przemieniał się w pustynie i w takiej formie trwał. Odwrócenie tego procesu było niezwykle trudne, ponieważ wcześniej żyzna gleba przemieniała się w piach. Można było pobudzić jej zdolność rodzenia, przez poświecenie jej pracy z sercem. Troska i miłość do ziemi, a szczególnie dbałość o zapewnienie jej odpowiedniego nawadniania, napowietrzenia, poziomu minerałów i dostarczenie naturalnego nawożenia, przywracała roślinność. Zielone i kwitnące pola, a na nich rosnące drzewa zapewniały owadom pożywienie i dawały schronienie. Niedługo po nich pojawiały się zwierzęta. Tworzył się mikroklimat i ekosystem, który współpracował z najbliższym urodzajnym miejscem. Poprzez scalanie powstawał potężny obszar mający wpływ na zmiany pogodowe. Największy udział w stabilizacji aury ma gleba ze swoją zdolnością do absorbowania wody, energii słońca i przekazywania jej wraz z mikroelementami rosnącym roślinom, co zapewnia zdrowe i obfite plony. Gdy cykle wegetacyjne się powtarzają, powstaje łańcuch pokarmowy, gdzie każdy organizm ma swoje miejsce. Nagrodą za dbałość o ziemie jest przychylność pramatki, która kocha wszystkie swoje dzieci i zapewnia im opiekę. Gdy tak się nie dzieje, sama Ziemia sprzeciwia się swoim ciemiężcom i zsyła na nich wszelkie możliwe plagi.

 

Oczyszczenie okolic wrót dało możliwość wejścia w głąb budowli. Zanim ktokolwiek z ekipy ratunkowej zagłębił się do wnętrza, eksperci z budownictwa przystąpili do oceny stanu technicznego gmachu i oceny zagrożeń. Ilość gruzu, jaka zalegała posadzkę, sugerowała zawalenie się przynajmniej jednej kondygnacji. Nikt z obecnych nie mógł wiedzieć, gdzie w chwili katastrofy budowlanej, przebywała Naznaczona i ci, co jej towarzyszyli. Jedynym źródłem informacji mógł być człowiek, przebywający w tej chwili na drugim krańcu kosmosu, który twierdzi, że był w siedzibie Rady podczas deszczu kamieni. Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien tym opowieściom dać wiary, lecz dzięki niemu tu się znaleźli. Ostatecznie nic nie tracili, więc zasięgnięto u niego informacji. Opis wnętrza dość dobrze pokrywał się oprócz fresków na suficie. Widocznie nie połączył faktu niezwykłego deszczu z zerwaniem się kondygnacji. Jednak dość wyraźnie wskazał, w jakim kierunku powinny być prowadzone poszukiwania.

Następne częściAri odcinek 100  Ari odcinek 101 ostatni  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • pasja ponad tydzień temu
    Apokalipsa. Odgruzowanie lodu po katastrofie budowlanej ukazywało coraz to większe połacie obszarów i zniszczenie. Logistyka tego przedsięwzięcia perfekcyjnie zaplanowana. Wraz ze śmiercią Uzurpatora wyginęło sporo inteligentnej ludzkiej rasy. Natomiast spadkobierców było niewiele.
    Każda rasa, gatunek dostał ponownie swój kawałek z tortu, jakim była Ziemia... początek nowej ery.
    Pozdrawiam

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania