Maria część 1

Stany Zjednoczone są stosunkowo młodym państwem i jedno co ich wyróżnia od innych to wielonarodowość osób tam mieszkających. Przybysze z różnych krajów znaleźli za oceanem nowe miejsce dla siebie. Ostatnia wielka fala emigracji napłynęła zaraz po zakończeniu drugiej wojny światowej. Nowi mieszkańcy najchętniej osiedlali się w wielkich miastach, w dzielnicach zamieszkałych przez swoich rodaków. Tam odczuwali najmniejszą tęsknotę za utraconą ojczyzną i pozostawioną rodziną. Na co dzień w rozmowach posługiwali się mową ojczystą, kultywowali stare tradycje i trzymali się w zamkniętych grupach. Zawierali znajomości, przyjaźnie i poznawali sympatie, które pochodziły w większości z tego samego narodu. Musiało przeminąć jedno pokolenie, by stare nawyki uległy zmianie, lecz w jakimś stopniu niechęć do innych pozostała. Jednym z nielicznych z włoskiej dzielnicy Nowego Jorku i najbardziej otwartym na nowe znajomości był nikomu nieznany początkujący pisarz Kacper Rossi. Wszyscy jego szkolni koledzy mówili do niego Gaspare, podobnie jak ojciec, który był typowym Włochem. Jadał najchętniej potrawy z makaronu, najbardziej smakowało mu spaghetti i kochał do szaleństwa piłkę nożną. Matka miała jasną karnację, włosy koloru dojrzałej pszenicy i nie cierpiała makaronu oraz oglądanych przez męża meczów. Kacperek od najmłodszych lat był oczkiem w głowie mamusi, której nadmiar troski go przytłaczał. Łączył w sobie cechy dwóch narodów, z jakich wywodzili się jego rodzice. Podobnie jak matka był blondynem o szmaragdowych oczach, lubił rosół, pierogi i kotlet schabowy. Ojcu zawdzięczał wysoki wzrost, masywną budowę ciała, zaradność, umiłowanie do sportu i motoryzacji. Wychowany w zgoła odmiennych wzorcach kulturowych wziął od nich prawdopodobnie wszystko, co najlepsze. Przez kilka lat trenował futbol amerykański i był na tyle dobrym zawodnikiem, że dzięki swoim umiejętnościom dostał stypendium do college. Kontuzja po dwóch sezonach gry zniweczyła, podobnie jak wielu innym młodym zawodnikom, karierę sportową. Długo czuł się zagubiony i po pewnym czasie postanawia zająć się tym, co potrafi robić najlepiej, czyli pisarstwem. Wszystkie uznane i prowincjonalne gazety w czasach globalnej informatyki notują dramatyczne spadki sprzedaży. Dlatego nikogo nie powinno dziwić, że żaden wydawca nie szuka nowych redaktorów i pozbywa się starych. Jeszcze konkurencja w środowisku literackim wydaje się przytłaczająca i jedynym wyjściem wydaje się napisanie bestsellera, który stałaby się bramą do przejścia na zawodowstwo. Jednak żeby tego dokonać, potrzebuje pomysłu na książkę. Idealnym i chwytliwym tematem wydaje się romans, lecz pomimo wielu prób wszyscy wydawcy krytykują jego pisarstwo, jako zbyt mało wiarygodne. Prawie każdy zarzucał mu nieznajomość treści i niezrozumienie tego czego pragną współczesne kobiety. Widocznie tylko schemat romansidła wydaje się mało skomplikowany i do pisania nie wystarcza sam talent. Temat pojawił się sam, pod wpływem obchodów siedemdziesiątej rocznicy zakończenia drugiej wojny światowej w Europie, więc wpadł na doskonały pomysł napisania o swoich przodkach. To jego dziadek do ostatnich swoich dni wspominał, jak jako młody chłopak w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym roku zauważył obalonego dyktatora Benito Mussoliniego, który ze swoimi poplecznikami próbował uciec do Szwajcarii. Pomimo grożącego mu niebezpieczeństwa powiadomił partyzantów, a oni pochwycili faszystę który, po doraźnym procesie został za swoje zbrodnie zgładzony.

 

Kiedy podjął decyzję, nie zastanawiał się ani chwili dłużej, zarezerwował bilet, zapakował walizki i wyruszył w drogę na stary kontynent. Będąc już na lotnisku w Rzymie, dopiero wtedy powiadomił rodziców o celu swojej podróży. Mama ma niewiele do powiedzenia, lecz ojciec udziela całą masę jego zdaniem istotnych i potrzebnych rad, jakby sam kiedykolwiek choć raz odwiedził starą ojczyznę.

 

Chcąc poznać kraj przodków, wynajął samochód i po dwóch dniach spędzonych na zwiedzaniu wiecznego miasta, wyrusza w drogę. Przejazd swój traktuje podobnie jak zwykły turysta, lecz w przeciwieństwie do innych unika tras szybkiego ruchu. Kieruje się na północ drogami lokalnymi i specjalnie wybiera te najmniej uczęszczane. Jednak pomimo takiego nadkładania kilometrów po dwóch dniach wjeżdża na drogę SS340, łączącą ze sobą wszystkie miejscowości na zachodnim brzegu jeziora Como. Część drogi przebiega w tunelach i robi to na Kacprze niesamowite wrażenie, ponieważ mieszkając całe życie w Nowym Jorku, nie miał sposobności przeżycia niczego podobnego. Menaggio pomimo połowy maja i przed rozpoczęciem sezonu turystycznego jest pełne Szwajcarów, którzy przyjechali na tanie zakupy. Zagraniczne samochody zajmują wszystkie wolne miejsca, w centrum przy Viale Benedetto Caselli nie ma możliwości zaparkowania. Dopiero na końcu ulicy po lewej stronie po kilku okrążeniach zajmuje świeżo zwolnione miejsce parkingowe na bezpłatnym miejskim parkingu. Kiedy opuszcza samochód i zamyka drzwi pojazdu, jeszcze nie wie, co musi w pierwszej kolejności zrobić i gdzie się udać. Przed wyjazdem wydawało mu się, że echa dawnej wojny i tablice przypominające o niej znajdzie na każdym rogu ulicy. Niestety miasto uległo transformacji i otwarło się na przyjmowanie turystów. Wszystkie niechciane i niepotrzebne, a także zasłaniające widok na jezioro stare budynki zostały zburzone. Samo miasto poza sezonem jest niewielkie i mieszka w nim na stałe około trzech tysięcy mieszkańców, a mimo to sprawia wrażenie znacznie większego. Odczucie to wywołuje wyjątkowo bogata oferta dla przyjezdnych. Widoczna jest szczególnie w części wybrzeża jeziora, gdzie mocno rozbudowana jest baza turystyczna. Nawet tam gdzie wcześniej były mniejsze miejscowości i wsie granice między nimi zostały zatarte. Gęsta zabudowa wprowadza w błąd każdego przybysza i nie czuje on zmian obszarów administracyjnych przy ich przekraczaniu. Obecnie nigdzie nie dostrzega się biedy, która zmusiła dziadków Kacpra do powojennej emigracji. Równie dobrze mogli przeczekać złe czasy i poczekać na prosperitę, lecz wybrali inne wyjście i w konsekwencji ich działań narodził się on.

 

Kacper wędrował bez wyraźnego celu po ulicach Menaggio i najbardziej spodobały mu się malownicze odcinki ciągnące wzdłuż zachodniego wybrzeża Como. Gdy jego wzrok zatrzymał się na jakimś charakterystycznym obiekcie, albo szczególnie pięknym miejscu, przychodziły mu na myśli słowa dziadka. On zawsze po kolacji, kiedy byli sami, z sentymentem wspominał znane miejsca ze swojej młodości. Mówił wtedy z takim zapamiętaniem, jakby to, co opisywał, widział zaledwie wczoraj. Jego wnuk, wtedy zastanawiał się, czy przypadkiem jego dziadunio nie zwariował, ponieważ dla niego opisywane miejsca były, egzotyczne i całkowicie obce. Prawdę mówiąc, do końca nie wierzył w ich autentyczność. Gdy zapuszczał się w malownicze wąskie uliczki otoczone starymi budynkami, musiał przyznać rację tym, co określali tę turystyczną miejscowość, jako najładniejsze miasteczko na zachodnim brzegu jeziora Como. Szczególnie urokliwe było jego serce Piazza Garibaldi, otoczone dziewiętnastowiecznymi kamienicami wybudowanymi we włoskim, alpejskim stylu. Niedaleko niego znajdował się port z promenadą obsadzoną zielenią i świeżymi wiosennymi kwiatami. Obecnie miasto jest popularnym kurortem wakacyjnym, lecz tuż przed sezonem panuje mały ruch. Z tego powodu nie wszystkie sklepy, restauracje i kawiarnie nie są otwarte, a te czynne mają niewiele gości.

Zbyt mocno pochłonęło go podziwianie starej i nowej architektury, z tego powodu nie zauważył kobiety stojącej przy stoisku z rybami. Uderzył ją w plecy, innej wytracił reklamówkę z owocami i warzywami. Sytuacja wymknęła się z pod kontroli, zaczął niezdarnie przepraszać, a sytuacja zamiast się ustabilizować, jeszcze bardziej stała się dziwna. Potrącona skrytykowała posłużenie się przez niego hiszpańskim i na dodatek chciała mu sprzedać rzeźbę, którą ponoć sama wykonała.

Musiało minąć sporo minut zanim ochłonął po incydencie. Zbliżało się południe i jedna z mijanych kawiarni, z której tarasu był doskonały widok na jezioro i pobliską Szwajcarię, wydała się doskonałym miejscem na chwilowy odpoczynek i na napicie się słynnej włoskiej kawy. Kacper zajął miejsce przy jednym z wolnych stolików i poprosił o dużą kawę, do jakiej był przyzwyczajony w Stanach. Kelnerka zaproponowała, prawdopodobnie podobnie jak wszystkim innym, ich sławne espresso, lecz on zdecydowanie odmówił i czekał na swoje zamówienie. Razem z wielką filiżanką kawy amerykana dostał do niej gratisowe ciasteczko, jakie jest podawane przy takich okazjach na całym świecie. Kiedy ściągał ze smakołyku foliowe opakowanie, był zmuszony odłożyć wcześniej zakupiony folder turystyczny. Wydanie pełne kolorowych map z wytyczonymi szlakami turystycznymi i trasami rowerowymi zachęcało do zwiedzania całego Lago di Como. Otwarty prospekt z rozprostowanymi stronami, położył przed sobą na pustym stoliku. Niespodziewany silny podmuch wiatru porwał broszurę, która pociągnęła za sobą do połowy opróżnioną filiżankę i uderzyła w kobietę siedzącą samotnię przy sąsiednim stoliku. Zanim zareagował, pochłonięty zmaganiem z ciastkiem, usłyszał brzęk tłuczonej porcelany i rozrywanie kartek papieru. Odruchowo nie wiedząc jeszcze w pełni, co się stało, zaczął przepraszać tym razem po włosku za zaistniałą sytuację. Pokrzywdzona w tym incydencie, w zdenerwowaniu zaczęła besztać go po polsku.

 

- Przepraszam ponownie panią za poniesione szkody, lecz nie spodziewałem się, aż takich silnych podmuchów wiatru. Dlatego odpowiednio nie zabezpieczyłem folderu turystycznego, gdy go odkładałem na stolik. Jestem gotowy pokryć wszystkie szkody – powiedział Kacper, wstając.

 

Nieznajoma była zaskoczona jego akcentem i swobodą, z jaką mówił po polsku. Natychmiast przerwała swój monolog i spojrzała mu w oczy.

 

- Pan jest Włochem, Polakiem, Hiszpanem? – zapytała.

 

- Nie Amerykaninem z Nowego Jorku, pozwoli pani, że się przedstawię, jestem Kacper Rossi.

 

- Maria – przedstawiła się.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • Bożena Joanna pół roku temu
    Polaków można odnaleźć prawie wszędzie w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Fajna historia.
    Jeszcze proszę o wybaczenie, zamiast piątki wyszła czwórka, stary lap-top, więc zbyt lekko naciskam klawisze. Serdecznie pozdrawiam!
  • Keraj pół roku temu
    Góra z górą się nie zejdzie, a Polaków na świecie wszędzie
  • pasja pół roku temu
    Bardzo fajne opowiadanie o przemijaniu, o pochodzeniu i przodkach. Koligacje rodzinne i narodościowe możemy odnaleźć wszędzie. Polacy jako naród swoją przeszłość ma wpisaną w wojny i migrację na cały świat.
    Świetne opisy pozwalają czytelnikowi poznać urocze włoskie zakątki.
    Pozdrawiam

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania