Maria część 8

Właścicielce, a najbardziej jej mężowi bardzo spodobało się zachowanie Amerykanina mówiącego perfekcyjnie po włosku i był on pierwszym gościem, który ich zaciekawił. Pragnęli dowiedzieć się o nim jak najwięcej, więc właściciel zapytał.

 

- Ti piacerebbe fare una tipica colazione italiana con noi?

 

Kacper z ochotą przyjął zaproszenie na włoskie śniadanie, ponieważ w pokoju do jedzenia nic nie miał. Zamówić też nie mógł, ponieważ kuchnia dla gości jeszcze nie była czynna. Musiałby pójść do jakiegoś baru na posiłek, a miasto poznał w niewystarczający sposób, żeby zrobić rozeznanie, gdzie warto się stołować. Ponadto miał nadzieje, że od gospodarzy dowie się o historii Menaggio i najbliższej okolicy. Gdyby byli w stanie coś o jego rodzinie opowiedzieć albo dać jakiś adres, byłby im bardzo wdzięczny.

 

Podczas jedzenia śniadania prawie tylko on mówił, o ile nie liczyło się zadawanie pytań na jego temat. Swoją wypowiedz, ograniczył do krótkiej wzmianki o swojej włoskiej rodzinie i poinformował ich, że powodem przyjazdu jest chęć poznania swoich korzeni. Niestety właściciele niewiele mu mogli powiedzieć o miejscowości, ponieważ pochodzili z innego regionu Włoch i przyjechali tu czternaście lat wcześniej zarabiać pieniądze na turystach. W sezonie niewiele mają czasu, pracują od wczesnych godzin rannych do późnych wieczornych. Kiedy wczasowicze wracają do swoich domów, przez najmniej dwa tygodnie odpoczywają. Później często nie mają ochoty wyjścia, ponieważ w martwym sezonie miasteczko robi się senne i wyludnione. Bywają dni, że ulicą przed ich domem nikt nie przejdzie z trzech tysięcy mieszkańców, a w czynnych sklepach całymi godzinami jest tylko sama obsługa.

 

Kiedy się przysłuchiwał opowieściom swoich gospodarzy o Menaggio, odniósł wrażenie, że oni o ile nie będą uczestniczyć w życiu lokalnej społeczności, to równie dobrze mogą mieszkać nawet pięćdziesiąt lat i nie poznają nikogo.

 

Kacper, pijąc kawę po śniadaniu, spojrzał na szklaną ścianę, przez którą przedzierały się promienie słońca, oświetlając nawet najdalsze zakamarki rozległego salonu. Nagle coś, jakaś nieokreślona geometryczna bryła przykuła jego uwagę. Zafascynowany widokiem tego czegoś, wziął filiżankę z kawą i podszedł do oprawionej w plastik, imitujący drewnianą ramę, dużej tafli szkła będącą potężnym oknem na świat. Spojrzał i nie mógł uwierzyć, niedaleko niego na granitowym postumencie stał lśniący wykuty w brązowej skale, może i w marmurze, piękny koń. Widział jego tylko prawy profil i to od tyłu, lecz wrażenie robił niesamowite. Rumakowi tylko brakowało rozwianej grzywy i poczucia ruchu, żeby olśniewać. Swoją antycznością nie pasował do tego nowoczesnego miejsca pełnego kątów prostych, szkła, halogenowych lamp, klimatyzacji i aluminium.

 

- Ten koń to pozostałość z jakiegoś dawnego pomnika? – zapytał po dłuższym patrzeniu i przełknięciu ostatniego łyka mocnej aromatycznej kawy, której smak poznał dopiero we Włoszech.

 

- To jest nowoczesna rzeźba – odpowiedział właściciel.

 

Gość nie widział w niej nic z nowoczesności, do jakiej przyzwyczaił się, mieszkając w Nowym Jorku. Zawsze mu wmawiano, że zadaniem dzieł współczesnego artysty jest szokowanie, a nie uspokajanie widza i przekazywanie mu wartości piękna oraz harmonii, jaka występuje powszechnie w przyrodzie. Jedynie na aukcjach i w muzeach można było zobaczyć pracę starych mistrzów, którzy chcieli uwiecznić i odebrać matce naturze patent na cudowne widoki i doskonałe kształty. Współczesne środowisko artystyczne pozostawiło w spokoju niezniszczone przez cywilizację pejzaże i jedynie barwne fotografie wykonane przez zawodowców, dostały patent na ukazywanie artyzm natury, jaki ludzkości z zapałem niszczyła.

 

Amerykanin kiedyś często odwiedzał muzea, potrafił godzinami wędrować po wnętrzu i wpatrywać się w obrazy. Tylko tam mógł dostrzec miejsca i ludzi zaklętych w czasie. Zbyt późno uzmysłowił sobie, że powinien omijać galerie sztuki nowoczesnej, ponieważ tam spotykał osoby, które nie przychodzili tam dla sztuki, lecz by się zaprezentować, oraz oznajmić całemu światu, jacy oni są wrażliwi i złaknieni kulturalnego przekazu. W takich miejscach pierwszy raz spotkał swoje byłe żony i one mu uświadomiły, jak bardzo się myli, oceniając ludzi.

 

Kacper postanowił spojrzeć na rzeźbę z bliska, odstawił pustą filiżankę i wyszedł na zewnątrz. Kiedy podchodził z tyłu od prawej strony do kamiennego konia, dostrzegł początkowo w nim niewielkie zmiany, lecz z każdym kolejnym krokiem stawały się one bardziej wyraźne. Piękno widziane z daleka, powoli zamierało i przeistaczało się w coś, co do końca nie rozumiał, zanim nie stanął od czoła. Widok, jaki ujrzał, był zaskakujący i jednocześnie szokujący. W czaszce dostrzegł głęboką ranę zadawaną siekierą, świadczyły o tym kilkakrotne ślady po uderzeniu ostrza, przesunięte miedzy sobą. Ciosy nie były precyzyjne, a mimo to osiągnęły efekt, rozcinając nie tylko kość, ale i mózg zwierzęcia. Głęboka rana musiała być śmiertelna, skoro spowodowała, wypłyniecie lewego oka i nie był to koniec niespodzianek. Sam kamień idealnie w połowie konia przeobraził się i po lewej stronie był matowo szary, jakby ta część w przeciwieństwie do drugiej była martwa od dawna. Przeszedł w pobliże wysokiego kamiennego ogrodzenia i z tej perspektywy, widział lewą stronę. Koń z tej perspektywy wyglądał jak wierzchowiec jeźdźca z apokalipsy, szykujący się do galopu. Nienaturalna jego chudość spowodowało, że żebra mu wystawały przez popękaną skórę. Dalej wyraźnie odznaczały się zżerane przez wielkie robaki kości nóg i miednicy.

 

Dobry humor, jaki go opanował po wspaniałym włoskim śniadaniu, prysł jak bańka mydlana i to tak gwałtownie jakby ktoś wyssał mu szpik z kości, a w zamian poczuł wyraźnie chłód, zamiast wcześniejszego ciepła. Widok był tak przygnębiający, że w pospiechu graniczącym z paniką powrócił do gospodarzy. Musiał napić się czegoś mocniejszego, inaczej nie był w stanie powrócić do równowagi psychicznej. Właściciel, widząc go w takim stanie, sam domyślił się, co mu potrzeba i nalał prawie pełny kieliszek koniaku. Kacper nigdy w ten sposób w siebie nie wlewał alkoholu, lecz tym razem wypił za jednym razem i wystawił rękę po następną porcję. Kiedy się uspokoił, zapytał.

 

- Skąd jest ta rzeźba i kto jest jej autorem?

 

Właścicielka jako pierwsza odpowiedziała.

 

- Questa scultura è opera della nostra artista locale Maria e ce l'ha donata.

 

Czyżby to ta Maria, którą wczoraj poznał, podarowała im rzeźbę? – zadał sobie pytanie i analizował – przecież sam unikatowy kamień na nią musiał kosztować fortunę, a co dopiero takie wspaniałe dzieło. Ono z pewnością zaszokowałoby tysiące ludzi odwiedzających galerię, w jakiej byłoby wystawione, a prasa rozpisałaby się o niezwykle utalentowanej polskiej artystce. Zrezygnowała ze sławy? Tylko po to, żeby wstawić rzeźbę w jakiś zapyziały kąt, w którym niewiele osób go dostrzeże. Bardzo chciał poznać prawdę, dlatego zapytał.

 

- Mają państwo na myśli Marię rzeźbiarkę, która mieszka w Menaggio?

 

Kiedy potwierdzili, zadał kolejne.

 

- Ona jest państwa dobrą znajomą?

 

- Tutaj wszyscy stali mieszkańcy ją znają, a jej dzieła powoli zdobywają międzynarodowe uznanie. Dostaliśmy ją za to, że kiedyś mieliśmy gości z północy, którzy byli jej dobrymi znajomymi. Przez cały ich pobyt przychodziła w odwiedziny. Bardzo chcieliśmy pokazać przyjezdnym, jak bardzo ją cenimy i zorganizowaliśmy wieczorem w ogrodzie na dzień przed ich powrotem małe przyjęcie i na nim była Maria. Wszyscy doskonale się bawiliśmy i humory nam dopisywały, oprócz niej. Nasza artystka, zanim w tamto miejsce przyszła, gdzie teraz stoi rzeźba, była w doskonałym nastroju. Śmiała się, żartowała, lecz gdy tam usiadła, radość ją opuściła. Niespodziewanie, zaskakując wszystkich, przeprosiła, że jest zmuszona odejść i obiecała swoim znajomym pożegnanie się z nimi przed samym wyjazdem. Niecodzienne zachowanie nie uszło uwadze jej przyjaciółce i nakłoniła, a właściwie zmusiła ją do wyjawienia prawdziwego powodu i nam o nim pomimo wyraźnego sprzeciwu bezzwłocznie powiedziała.

 

Zdaniem Marii, tym miejscu, w którym siedzieliśmy, przed wieloma latami funkcjonowała ubojnia koni. Zabito setki, a może tysiące tych wspaniałych zwierząt i ona pomimo bariery czasu słyszała ich rżenie, po zadaniu ciosu siekierą. Oczywiście nie uwierzyliśmy w dziwną opowieść, lecz dla świętego spokoju przenieśliśmy imprezę na druga stronę budynku. Tam nic już nie czuła i razem z pozostałymi świetnie się bawiła prawie do świtu.

 

Incydent ten nie dawał nam spokoju i postanowiliśmy dowiedzieć się prawdy, co w tamtym miejscu kiedyś było. Rzeczywistość nas zaskoczyła, gdy dwie osoby w starszym wieku nie znając nawzajem siebie, potwierdziły, że jeszcze dwadzieścia lat wcześniej, zanim kupiliśmy tę ziemię, była tu końska rzeźnia. Dlatego nie zdziwiliśmy się, gdy po niespełna roku Maria zaproponowała nam postawienie swojej rzeźby w tamtym miejscu. Obydwoje jesteśmy miłośnikami koni i zgodziliśmy się na jej ustawienie ładniejszą stroną, na jaką patrzymy z okien części budynku, zajmowanego jedynie przez nas.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • pasja 4 miesiące temu
    Niesamowite umiejętności Marii. Wiele miejsc ma swoje ciemne strony i chyba emanują jakimś doznanie. Tylko niewielu ludzi ma tę zaletę aby to odczuwać. Wiara chyba tez ma swoje znaczenie.

    Pozdrawiam

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania