Poprzednie częściMatka  

Matka nie Matka

Na kanwie ''Skarpetki''→Adelajdy. Dzięki.

 

~~~//~~~

Coś z moim umysłem jest nie tak. Nie jestem już tą samą osobą co kiedyś. Byłam normalną kochającą matką, aż do tej przerażającej chwili, kiedy to ujrzałam przed sobą: dwie białe trumienki. Tam w środku, leżą moje dzieci. Chłopczyk i dziewczynka. Niewinne a jednak martwe. Pytam się; dlaczego?

Do momentu pogrzebu, jakoś to znosiłam. Teraz jest to ponad moje siły. Tyle się naklęczałam, namodliłam. Na nic to wszystko się zdało. Wszechmogący miał inne plany wobec mojej osoby. Odebrać mi to, co najbardziej kochałam. Pozbawić sensu i celu istnienia. Przeistoczyć miłość, w żal do całego świata.

Dwóch małych stworzeń, więcej lub mniej na tym świecie. Kto zauważy taką różnicę, wśród miliardów istnień? Czyż mogę narzekać? Mieć jakieś pretensje? Nie ja pierwsza i nie ostatnia.

Żeby ta szopka jak najszybciej się skończyła. Pragnę wrócić do domu. Tylko po co? Męża nie mam od dawna. Wrócę do pustych kątów, w których one biegały i gdzie je przytulałam. Nie wiem jak to wszystko przeżyję. Czy wystarczy mi sił, czy ulegnę pokusie i zmienię swoje życie, raz na zawsze. Pójdę za nimi, gdziekolwiek są.

 

Minęły dwa lata. Próżno mówić, w jaki sposób je przeżyłam. Słowami można jedynie poinformować o cierpieniu, ale nie sprawić, by drudzy to do końca zrozumieli. Tak czy inaczej, dotrwałam do dziś. Cała i w miarę zdrowa, by podjąć decyzję. Cały czas mam je w swoich myślach. Nigdy, przenigdy ich stamtąd nie wyrzucę. W takiej postaci, zostaną ze mną raz na zawsze.

 

Tak, to prawda. Po wielu perturbacjach, zaadoptowałam dwójkę dzieci. Dziewczynkę i chłopca. Ona ma na imię: Zuzia, a on: Wojtek. Zbieg okoliczności, ale moje miały takie same imiona. Może z racji sytuacji w której się znalazłam, dobrzy ludzie zechcieli mi pomóc, właśnie w ten sposób. Trudno było, ale jakoś przebrnęłam, przez te wszystkie wstrętne, biurokratyczne zawiłości. Tylko zawadzały mi na drodze. Miałam ochotę rozerwać je na strzępy.

 

Postanawiam przerzucić na te dzieci: miłość, którą obdarzałam swoje własne. Może się od nich odbije i chociaż większa cząstka, poszybuje do krainy, w której przebywają moje. Tylko czy to będzie ta sama miłość? Czy może jakaś inna? Tylko jej cień? W końcu to będą obce dzieci, tak na prawdę. Mam nadzieję, że wystarczy mi sił, żeby je kiedyś potraktować jak własne. Chcę wierzyć, że nie będą musiały długo na to czekać i wszystko przebiegnie zgodnie z moim planem. Są w końcu takie słodkie i kochane.

 

Rzeczywiście. Bardzo rozkoszne i grzeczne. Nie mam z nimi żadnego kłopotu. Dzisiaj mnie tylko Wojtek trochę zdenerwował. Znalazł skarpetkę mojej córeczki, którą schowała pod poduszką. Rzucił ją na podłogę i zaczął się śmiać, jakby zrobił jakąś niewinną psotę. Czyżby nie wiedział, do kogo ona należała. Nie wytrzymałam i uderzyłam go w twarz. Jak mogłam. Przecież to tylko niewinne dziecko. Rozpłakał się a po chwili, jego siostra, Zuzia. Nie mogłam tego wytrzymać. Tak samo płakały moje. Dzień przed swoją śmiercią. Nawet już zapomniałam, jak zginęły. Jak mogłam. Podbiegam do Zuzi i potrząsam drobnym ciałkiem, żeby wreszcie przestała. Wojtek już nie płacze. Jakby mu strach nie pozwalał. Co się ze mną dzieje? Cały czas mam je w głowie. Nigdy się ich nie wyrzeknę. Nie ma takiej opcji. Ale z drugiej strony, co winne te. które stoją przede mną. Gładzę je po policzkach, wilgotnych od łez.

– Mamusiu. Dlaczego uderzyłaś Wojtka?

– Nie jestem waszą mamusią. To znaczy jestem. Przepraszam.

– Jak tobie smutno, to ciebie przytulę rączką. Albo nawet jeszcze drugą, co mam. Chcesz?

– Ale Wojtek też.

– Dobrze mamo.

– Chodźcie do mnie.

 

Klęczę na podłodze. Ściskają mnie ze wszystkich stron. A we mnie serce się ściska, gdy przypomnę sobie, ile czasu spędziłam w takiej pozycji. I po co? Na co? Ktoś wiedział lepiej. Ktoś, kto wszystko może. I co z tego mam? Obściskują mnie jakieś obce bachory. Wstaję i wybiegam z pokoju, głośno szlochając.

 

Coś mnie budzi w nocy. Leżymy we trójkę, w podwójnym łóżku. Pod poduszką są znowu skarpetki. Świeżo przeze mnie wyprane. Dotykały je obce ręce. Między nami, leżą misie. Wojtek się nimi bawił. Dzieci śpią obok mnie. Słyszę to znowu. Jedynie tykanie zegara, lekko zagłusza te dziwne dźwięki. Drzwi są trochę uchylone. W przedpokoju jest trochę światła. Od przypodłogowej żarówki. Znowu to słyszę. Teraz już wiem, co to za dźwięki. To tuptanie małych bucików. Dostrzegam cienie, przez szparę w drzwiach. Ruszają się, a nawet biegają. Wstaję z łóżka i wchodzę do przedpokoju. Oczywiście nikogo nie ma. Tylko skarpetka leży na podłodze. Wojtek się budzi. Słyszę pytanie:

– Mamo. Dlaczego nie śpisz? Chodź do łóżka. Dziwnie mi tu. Jakby coś... ktoś... no nie wiem sam.

– Coś się tobie śniło. Śpij. Bo jeszcze Zuzię zbudzimy.

 

Dzisiaj miałam makabryczny sen. Leżę w łóżku, a dwójka moich nie żyjąch dzieci, podchodzi do mnie, trzymając w rękach pluszowe misie. Wtykają pluszaki prosto w moje usta. Zaczynam się dusić, lecz one nic sobie z tego nie robią. Kładą coraz głębiej. Nie puszczają mojej głowy. Szepcą wciąż te same słowa:

– Zdradziłaś nas do tych przybłędów. Musisz coś z tym zrobić. Kochałaś nas przecież. Czyżbyś zapomniała?

 

Zbudziłam się nagle, w ciszy nocy. Tuptania nie słyszałam.

Wiem, że sprawiam im przykrość. Gdziekolwiek są. Muszę to zmienić. Różne myśli, rozsadzają mi głowę.

 

– Mamo. Co mamy dzisiaj na obiad?

– No wiecie... nie mogę was przekarmiać, bo was brzuszki rozbolą.

– A co będziemy jeść?

– Wiecie co. Położę niebieskie talerzyki na podłogę i nakruszę wam trochę chlebka. Chlebek jest dobry. Wody też dostaniecie. Woda też dobra.

 

Podchodzę do nich i głaszczę po kochanych główkach. Przytulam nawet. Muszę to wszystko jakoś pogodzić.

 

Na stole obiad jak trzeba. Dużo różnych smakołyków. W osobnym pokoju. Siadam na krzesełku. Na przeciwko siedzą moje dzieci. Widzę je wyraźnie. Jest tak jak kiedyś. Dokładnie tak samo. Tamte się w tej chwili nie liczą. Dobrze, że sąsiadki w tych trudnych dla mnie chwilach, uśmiechały się do mnie. Dodawały otuchy. Teraz mogę te obce, obdarzać nie swoim uśmiechem. Moje się nie obrażą w zaświatach. Patrzę jak smacznie jedzą. Żeby tylko te pasożyty, te obce, nie pobrudziły zabawek w łóżku. Tam gdzie one spały.

Cholera jasna. Gdzie ja jestem? Jak mogę tak myśleć. Słyszę, że ktoś otwiera drzwi. Słyszę pytanie:

– Mamo. Dlaczego siedzisz sama, przy pustym stole? Przyjdź do nas.

 

Dzisiaj przeżywam prawdziwy koszmar. Cholerne bachory, znalazły szafę, gdzie trzymam ubranka moich pociech. Chcą je ubrać, ale wdzianka są za małe. Przedzierają niektóre zupełnie. Nie wytrzymuję. Chwytam pasek wiszący na krześle i uderzam je gdzie popadnie. Zasłużyły sobie na to jak najbardziej. Moje prawdziwe, stają wokół, dziwnie uśmiechnięte. Wyglądają na zadowolone. W końcu daję im do zrozumienia, jak bardzo je kocham. A te które dostają w skórę, tylko zawadzają tej miłości. Jak mogą tak chodzić po całym domu, jakby były u siebie. Po tych samych śladach i wspomnieniach. A jeżeli moje wrócą, to gdzie się podzieją. Jeszcze kilka uderzeń. Słyszę płacz. Bardzo głośny. Ręce mi cierpną o tego wymachiwania. Już pomału nie wiem, co robię. Czyżbym zmysły traciła? Tak ze mną źle? Padam na podłogę, zalana łzami bezsilności. Widzę mały bucik. Kopie mnie w twarz. Zalewam się krwią. Czuję powtórne uderzenie. Słyszę głos jak przez mgłę:

– Za mało ich biłaś. Nie zapamiętałaś naszych słów?

 

Leżę na podłodze. Otwieram oczy. Zuzia i Wojtek siedzą przy mnie. Znowu na policzkach widzę ślady od łez. Patrzą na mnie i nic nie mówią. Coś zaczynam sobie przypominać. Kojarzyć fakty. Widzę pasek. Trzyma go Zuzia. Nagle do mnie dociera, co zrobiłam. Całkiem spokojnie, mówię do niej:

– No uderz. Z całych sił. Kilka razy. Nieskończenie wiele razy. A później daj Wojtkowi. Niech też mnie zbije. Nie jestem waszą prawdziwą matką. Nie jestem żadną matką. Ta nazwa do mnie nie pasuje. Jestem małpią miłością. Cały czas myślałam tylko o mnie. Zresztą, co tu dużo tłumaczyć. To się może powtarzać. Przyjdą i was wezmą. I już takiej jak ja, nie oddadzą.

– Przepraszamy. Będziemy już grzeczne. Zobaczysz.

– Mocno was zbiłam?

– No wiesz mamo... z krzesełka wyszły sobie pakuły.

– Czyli... może to one mnie powstrzymały... jakoś. Pakuły? Co? Ależ nie... to co ja słyszałam?

– Mamo! Co tak myślisz?

– Myślę... kto mnie kopnął bucikiem w twarz? I to kilka razy.

 

Budzę się nad ranem. Zapomniałam powiedzieć, że mieszkamy blisko jeziora. Myślę sobie, że teraz będę zupełnie inną matką. Przecież one niczemu niewinne. Otoczę je prawdziwą miłością. Tylko dla nich ona będzie. Moje cierpienie ofiaruję właśnie w tym celu. Żebym nie zwątpiła.

Nagle znowu coś odczuwam. Nie potrafię określić, stan mojego umysłu. Widzę przed sobą ogromną skarpetkę. Wskazuje drzwi. To by było nawet śmieszne, ale nie w mojej sytuacji. Chcąc nie chcąc, wybiegam z pokoju, a za chwilę z domu. Biegnę co sił w nogach. Znowu słyszę te cholerne głosy. Właściwie nie cholerne. To moje dzieci. Przywołują mnie. Jestem blisko jeziora. Wbiegam na krótkie drewniane molo. Po chwili jestem na jego końcu. Słysze za sobą kroki. Patrzę w wodę. Zapraszają mnie. Nie muszą nic mówić. Pochłania mnie zimna, wilgotna ciemność. Lecz mimo tego, widzę na dnie znajome twarze. Nie martwcie się. Za chwilę będziemy razem. Tak jak dawniej.

A poza tym przestanę je krzywdzić.

Odgłos kroków jest coraz bliżej.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Justyska 2 tygodnie temu
    Oj mało mnie ostatnio na opowi, ale tu akurat trafiłam... aż zabolała ta opowieść. Nawet trudno mi powiedzieć, że się podobała. Smutej przebija się przez literki.
    Pięć oczywiście i pozdrowienia!
  • Dekaos Dondi 2 tygodnie temu
    Dzięki Justysko za zajrzenie. Pozdrawiam
  • Florian Konrad 2 tygodnie temu
    ,,Niewinne, a jednak martwe" - jakby jedno wykluczało drugie. To zdanie do zmiany.
  • Dekaos Dondi 2 tygodnie temu
    Dzięki za zerknięcie. Pozdrawiam
  • Aisak 2 tygodnie temu
    przeczytałam do trumienki, i nie mogę dalej, bo mi serce rozrywa.
  • Dekaos Dondi 2 tygodnie temu
    Dzięki Aisaczku, że chociaż zerkłaś ciut. Pozdrawiam
  • Adelajda 2 tygodnie temu
    Rzeczywiście inne spojrzenie. Takie rozwinięcie i przedstawienie jakiejś historii, jakże smutnej historii. Było chyba trochę niedociągnięć, ale sam punkt kulminacyjny i to, co się później dzieje tak pochłania, że reszta wydaje się być mniej ważna. (bo cały czas czułam niepokój, a napięcie wzrastało)
    Miło było przeczytać coś, co powstało z czegoś.
    Pozdrawiam :-)
  • Dekaos Dondi 2 tygodnie temu
    Dzięki Adelajdo - Żeby nie Twój tekst, nie napisałbym mojego. Pozdrawiam.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania