Ɓɑҍϲíɑ Տzօƙմjąϲɑ

Tekst z→18. 8 .2017→z drugiego dnia początku tu.

To przez AG →tak mnie napadło na powtórkę tych głupot:)

Trochę zmieniłem.

    

                                                   ––/?––

Dyrda babcia antyurodziwa, w gęstym, srogim buszu, koszyczek targając w jednej ręce a w drugiej parasol automatyczny. Zaiste to klimat wilgotny i wilgotne zwierzaki odpędzać trzeba. Spłoszona nieco, lecz wędruje hardo, bo w rzeczy samej, cel wzniosły i wspaniały kołacze zwiewnie pod srebrną plątaniną czegoś.

 

Wnuczka ukochana [nie wiadomo jak to możliwe] z chatką w gęstwinie zagubiona, leży na skromnym łożu udręki wszelakiej [tzn: pewności nie ma]. Głodna tak straszliwie, że zapewne kawał lasu by wmłóciła, gdyby był strawny, smaczny i z datą ważności na sośnie. [o zgrozo, tak niestety może nie być].

 

Z tej to przyczyny kochająca kobieta, o wnuczkę przeraźliwie dbając, biegnie do niej co sił we wszystkim, co biegać umie – jadło niosąc – odgarniając przy okazji wszelkie przeciwności – żywe, przed chwilą żywe i co popadnie.

Pochylmy głowy w żalu i złóżmy wyrazy współczucia wspomnianym przeciwnościom.

 

Wina w koszyku sam diabeł spragniony nie uświadczy, gdyż zaradna babcia, napój wspomagający wypiła, dla odwagi i za zdrowie krewniaczki. Śmiga więc chyżo niczym łania, a za nią nadzieja całą gębą zdyszana, bo ze słońca jasno wynika, że dobry kierunek obrała, niczym ziemniaki z mundurków do gołych pyrek w cieniu kartofli.

 

Nagle staje dęba przed nią wilk, co ma gdzieś wilgoć oraz drapieżne parasole{hmm} mówiąc do niej słodko:

 

–– Babciu, ale ty masz zadziorne złowieszcze zęby. A jakie straszne oczy i długaśne uszy. Nosa i pypcia nie wspomnę, gdyż trudno określić, co to właściwie jest. Patrząc w lustro, cierpisz zapewne katusze… nie wspomnę o biednym zwierciadle, co targać musi tak zacne odbicie... a łaj!!! →dostał wilk parasolem, ale nie uciekł → nie wiadomo czy z własnej woli, czy z racji odniesionych ran.

–– Chwileczkę wilku. Czy ja rozmawiam z wilkiem?

–– Tak –– stęka wilk. –– A co, nie może pani? [parasol]

–– Posłuchaj wilku. Wszystko mi jedno, że po mojemu gadasz. Nie takie dziwy w życiu widziałam. Przyznaję też, że urodziwa nie jestem. Nie za to dostałeś, tylko za to, że się nie przedstawiłeś. Lubię wiedzieć, z kim gadam.

– A co? Nie widać? No dobra, ok. Jestem wilk. Wilkiem mnie zwą.

– W porządku. A teraz posłuchaj: zęby mam straszne, bo mi strasznego męża los zgotował i musiałam swoją delikatnością, bronić cielesnych włości. Oczy mam jak każdy widzi, gdyż mój drugi mąż {już nie pierworodny} nie był lepszy od pierwszego i wypadało nicponia, groźnie wzrokiem płoszyć. Uszy mam długaśne z racji trzeciego męża, który okazał się chodzącym aniołem i w napadzie dobroci, za uszy mnie targał, niczym zająca na między. Do czasu.

–– A nos?

–– Nos? Taki mam od urodzenia.

–– Akurat –– pomyślał wilk –– a na głos zapytał: „ A co z tym trzecim”?

–– Już mówiłam. Na rękach powinnam go nosić. I nosiłam. Raz po raz wystawiałam jego członki nad przepaść, bo tak śmiesznie wierzgał. Mówię ci! Ubaw po pachy. A później, pewnego dnia, gdy śmiesznie spadał {wyślizgnął się nieborak} to mówię ci… boki zrywać!

Nie zmieniłam wyglądu przy nim wcale...

–– … da się zauważyć.

–– Milcz zarazo!

–– Właśnie milczę

–– … on był dusza człowiek. Wnuczka której szukam, właśnie od niego jakoś pochodzi. Wszystkie inne nie chciały mnie znać. Nie widziały mojego wnętrza. Nawet nie próbowały.

–– Ja chciałbym zobaczyć i spróbować –– ma nadzieje wilk… cholerna babo, bez przesady… w nos?

–– Zamilcz bestio –– wyje babcia. Do wnuczki mnie zaprowadzisz. Na pewno wiesz gdzie to jest, drapieżniku! Albo tak ci przywalę, pytając słodko:

–– Gdzie masz wilku straszne zęby? A gdzie uszy? I dlaczego pozostałe członki tak samopas tańcują? Rozumiesz!? Ty niedokończony psie!

–– Rozumiem –– zaszczekał przetańcowany wilk. –– Naprawdę.

–– No to prowadź. Dobry piesek.

 

Wilk będąc bystrym w tych wszystkich kniejach i kierunkach, wnet poczciwą babcię zaprowadza przed małą uroczą chatkę, gdzie głodna zapewne wnuczka znajduje spoczywanie i tak leżąc, leśniczego przez komórkę wzywa, żeby zdążył być w bajce.

 

–– Zapukaj wilku. Większą masz łapę.

–– Naturalnie –– przyznaje skwapliwie wilk. –– Pukam.

–– Naprawdę? Nie słyszę.

–– Ależ tak. Dzięcioł stracił przez to rytm. Stuka wnerwiony głośniej. Zagłusza mnie. Cóż poradzić.

–– To dlaczego mój skarbuś nie wyłazi? Jak tak dalej pójdzie, to słodycze w koszyku przeżyją inwazje pleśni. To ciebie nie martwi, wilku?

–– Mnie? A skąd. Zwisa mi to. Ja tu tylko pukam.

–– Chyba w pusty łeb, bo echo słyszę.

–– I sprzątam przy okazji. Takiej zapaskudzonej szyby w życiu nie widziałem.

–– Nie kłam mi tu. Przecież widzisz!

–– Ale nie szybę, tylko co na niej.

–– Bo przywalę.

–– Spoko. No dobra. Pochucham! {Wredne babsko →to pomyślał.}

–– Nie wychodzi dziewczę drogie sercu memu –– biadoli babcia. –– Może bym tak spojrzała… przez okno… do jej pokoju. Co mówisz, wilku?

–– Chcesz zaryzykować, kobieto?

–– No cóż… mogła mnie zapomnieć. Kuknij najpierw ty!

–– Mam lęk brudnych okien.

–– A ja mam parasol!

–– No dobra. Spojrzę.

 

Wilk rzeczywiście kuka. Widzi leżące dziewczę patrzące w sufit. Stuka w szybę. O wilk – pomyślała wnuczka widząc zwierzaka – by po chwili nadal patrzeć w sufit.

 

–– Co ona tam robi –– pyta babcia. –– Głodna?

–– Patrzy w sufit.

–– Pewnie z tęsknoty za mną fioła dostała, który rozum fiołkuje. Biedactwo. A co jest na suficie. Obiad?

–– A co ma być – komentuje bestia – Sufit.

–– Nieprzyzwoicie goły?

–– Nie. Dach założył.

–– Tak myślałam. Chyba jednak spojrzę, co?

–– Nie chciałbym pouczać mądrej kobiety, ale mądra kobieta powinna najpierw uprzedzić wnuczkę ... głosem... a nie widokiem. Tak na wszelki wypadek… rzecz jasna.

–– Co mi tu chrzanisz wilku? Ja ci dam wszelki wypadek, gdy parasolem dostaniesz, łachudro jedna. Szyby brudne. Chyba jednak spojrzę. Zobaczy jeno cień.

 

Po chwili wchodzi na drewnianą skrzynkę, by kuknąć w głąb pokoju, gdzie przebywa ukochane wnuczysko. Uśmiecha się całą twarzą, najlepiej jak umie.

 

–– Co to ma być! –– wrzeszczy dziewczę –– i ucieka z chatki.

–– Poznała... nie poznała –– rozważa ta co zerkła.

–– Może gdyby nie ten rodzinny uśmiech –– znajduje przyczynę przewodnik, a przewodnika wiadomy rekwizyt bajki.

–– Wilku, dostałeś za swoje. A skoro jesteśmy kwita, to teraz mnie poratuj. Musimy ją odnaleźć.

–– Wyrzuć parasol, babo tylko jedna {na szczęście} –– stawia na swoim wilk.

–– Co!? Ja na nim wyrosłam!

–– Właśnie to. To ci pomogę. Pomysł kołacze w gęstwinie sierści mej.

–– Wyrzucam dla dobra wnuczki. Ale obiecać nie mogę, że na zawsze.

–– Pragnąłbym zauważyć, że mógłbym się przebrać za babcię, a ty szanowna kobieto, zostań taką jaką jesteś i udawaj wilka.

–– To wspaniały pomysł. Chwileczkę wilku, chcesz powiedzieć, że twój wygląd, będzie bardziej zdyscyplinowany… a zresztą… może wywoła mniejszy popłoch od mojego. Załóż tylko moją kapotę i się ogól.

–– Ogolić? Durnaś zupełnie! Niby czym? A zresztą to nie jest potrzebne. Długo nie widziałaś swojej wnuczki. Przez ten czas mogłaś zarosnąć.

–– Masz racje wilku. Tylko kapotę załóż i skróć pysk.

To powiedziawszy, wilkiem o drzewo rzuca pyskiem do przodu.

– Tak będzie dobrze – mruczy do siebie. – Bardziej płaski.

 

Aż tu nagle, ni stąd ni zowąd, wyskakuje z gęstwiny swoich myśli, leśniczy strasznie zatroskany, o sercu wielce niespokojnym.

 

–– Kto wy? – dziwi się okropnie, gdyż wraca z niebieskich migdałów na ziemię. –– Aha, już wiem –– zupełnie wrócił.

–– Zobaczyła mnie –– rzecze babcia.

–– Dokładnie?

–– Tylko cień.

–– Dzięki Bogu!

–– Właśnie jej szukamy – odzywa się wilk przebrany.

–– No właśnie –– dodaje kobieta nieprzebrana, co na jedno wychodzi.

–– No tak, rzeczywiście. Wrzeszczała, że ujrzała wiedźmę lub coś gorszego i musiała uciekać.

–– Dlaczego mnie to nie dziwi –– wtrąca wilk.

–– Tyś wilku ją zjadł! –– domniema leśniczy, wskazując lufą oskarżonego. –– Przyznaj się, bo zastrzelę jak psa!

–– Kto? My? Nasz brzuszek jest pusty. Nie jedliśmy czegokolwiek.

–– Dziwnie gadasz… no tak, babcia stoi obok.

–– Obok stoi wilk – uświadamia leśniczego. – To tylko tak, dla niepoznaki. On przebrał się za mnie, a ja za niego nie musiałam.

–– Jak tylko pamiętam, to nigdy nie musiałaś. Na każdym balu.

–– Nie bijmy się w myślach nawet –– warczy wilk. –– Co z biedną wnuczką. Zapewne głodna i zbłąkana na rozdrożach życia wędruje.

–– Jestem tutaj –– kwili wnuczka –– z rozległą opaską na oczach. Usłyszałam głos wilka, leśniczego, tylko głos babci… i jakoś przyszłam. Wcale się nie bałam.

–– Wnuczko kochana, pójdź w ramiona stroskanej, szczęśliwej babci. Mam dla ciebie jadło wyśmienite i różne inne smakołyki. Głodnaś zapewne, co?

–– Opaski nie ściągnę. Jam nie głupia –– struchlało dziewczę.

–– Ależ dzieweczko –– odezwa się leśniczy –– to twoja rodzona babcia. Krew z twojej krwi. Tyle się biedna ciebie naszukała.

–– Krew? Gdzie? –– tęskni wilk. –– Przepraszam. Ale szkoda.

–– Zdejmij opaskę droga wnuczko. Nie do takich widoków może człek przywyknąć z biegiem lat. Widzisz przecież, że pan leśniczy i pan wilk wcale się nie boją –– mimo wszystko.

–– Po pierwsze babciu, nic nie widzę. Po drugie, pan leśniczy i pan wilk zapewne oczu nie mają, a nawet jeśli, to raczej odwracają wzrok. Po trzecie, możesz być brzuchomówcą i udawać wszystkich. To co miałam zjeść zjadłam. To co miałam powiedzieć powiedziałam. A teraz pozwólcie, że się pożegnam i pójdę precz. Pa!

 

Zawadza jednak o gałązkę i opaska twarzyczkę odsłania. Wtedy wszyscy uciekają, zostawiając ją samą w lesie. Ciekawe dlaczego? –– zapytał.

Być może za chwilę powrócą, żeby spróbować żyć długo i szczęśliwie, jak to w takich głupawych bajkach bywa.

 

A póki co, dręczy to serduszko słodkie, sumienie straszliwe. Pospiesza zatem nad brzeg sadzawki. Widzi w niej, nie tylko siebie, lecz także wizerunki drgające – babci, leśniczego, wilka, scenarzysty, reżysera, kompozytora muzyki… a przede wszystkim→producenta. Wcale nie są tacy przeraźliwi, w tej pojednawczej wodzie – smęci sama do siebie.

 

Biegnie spiesznie, by ich odszukać. Pochylonych nad tą samą sadzawką.

 

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Shogun miesiąc temu
    Według mnie bardzo dobry tekst. Również bardzo podoba mi się styl/ sposób w jaki jest napisany. Ciekawa wersja czerwonego kapturka, ze swoistą zmianą ról, jeśli można to tak nazwać :).
    Ode mnie zdecydowanie 5.
    Pozdrawiam :).
  • Dekaos Dondi miesiąc temu
    Shogunie↔Dzięki:)→Czasami lubię dziwnie pisać... lub częściej:))→Pozdrawiam:)
  • Antoni Grycuk miesiąc temu
    Niezłe, ale nie porwało mnie.Początek świetny z odwróceniem ról, ale już później trochę nijako. Zdaniem mym. Jeno końcówka dobra z przybliżeniem ekipy, tylko w takim wypadku nie dawałbym informacji o narratorze i innych tym podobnych wcześniej, aby to zaskoczeniem było.

    Pozdrawiam.
  • Dekaos Dondi miesiąc temu
    Antoniuszu→Dzięki:)→Już dekaos dostał od dondiego oremus, że się do pisarstwa nie przyłożył należycie.
    Same kłopoty z takimi:)→Pozdrawiam:)
  • Marian miesiąc temu
    "wyskakuje z gęstwiny swoich myśli' -> kupiłem na użytek własny.
    Zgadzam się z Antonim, końcówkę przekombinowałeś.
    Pozdrawiam.
  • Dekaos Dondi miesiąc temu
    Marianie→Dzięki:)→Czasami za bardzo mnie ponosi w... w pokręceniu tekstu.
    Ale zawsze czynię to świadomie:)→Może do tytułu chciałem dostosować:)→Pozdrawiam:)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania