Ona Część 5

Droga do firmy ciągnęła się niemiłosiernie. Poranny ruch był jeszcze większy niż zwykle. Sznur samochodów przemieszczał się w ślimaczym tempie, co nuż stając na kolejnych światłach. Czerwcowy poranek zapowiadał upalny dzień. Kajetan uchylił okno i przyglądał się ludziom, którzy zapewne wyruszyli do pracy. Na pobliskim przystanku kłębił się tłumek pasażerów czekających na autobus. Kolorowa masa twarzy mieszała się ze sobą, kiedy jedni wysiadali, a drudzy wsiadali do kolejno podjeżdżających MPK-ów. W głowie ciągle słyszał głos matki. Agnieszka. Szybkim ruchem dłoni przeczesał włosy, jakby chciał przegonić natrętne myśli. Myślał, że to minęło. Zamknięty rozdział. A wystarczyło, że tylko usłyszał jej imię i cały żal powrócił ze zdwojoną siłą. Żal i złość. Bezradność. Od ich rozstania minął już ponad rok. Dokładnie dwadzieścia pięć miesięcy i osiemnaście dni. Kajetan sam przed sobą wstydził się tych precyzyjnych obliczeń. Nigdy nie był zbyt sentymentalny. Choć musiał przyznać, że Agnieszka jak nikt potrafiła pobudzać jego czułe struny. Zawsze pamiętała o wszystkich rocznicach, urodzinach, ważnych datach. Uwielbiała sprawiać mu nietuzinkowe prezenty. Na dwudzieste szóste urodziny dała mu voucher na weekendową jazdę Ferrari F430. Kiedy w piątek po pracy wracał do domu, od razu zauważył pod blokiem czerwone Ferrari. Przystanął na chwilę, by nasycić oczy widokiem auta marzeń. W głowie niemalże słyszał przyjemne mruczenie czterolitrowego silnika. Parametry samochodu znał na pamięć. Trzysta piętnaście koni, cztery sekundy do setki. Z rozmarzonym wyrazem twarzy dotarł do domu, gdzie czekała na niego Agnieszka. Zachowywała się jakoś dziwnie. Przywitała go nader wylewnie i ciągle zerkała w okno. Po obiedzie w końcu nie wytrzymała i powiedziała:

— Kajtek – zaczęła. – W poniedziałek są twoje urodziny. Pomyślałam, że prezent ode mnie dostaniesz trochę wcześniej. – Mówiąc to, podsunęła mu małe, czarne etui. – Otwórz – poprosiła.

Kajetan sięgnął po pakunek i przyglądał mu się przez chwilę. Po czym wyciągnął z niego kluczyki z logo Ferrari. Z osłupieniem wpatrywał się w prezent, aż w końcu odzyskawszy głos, zapytał:

— Ferrari? Serio? – dopytywał z niedowierzaniem.

Agnieszka zaśmiała się i pociągnęła go w stronę okna. Wskazując na czerwone cudo przed blokiem, powiedziała:

— Jest twój do niedzieli wieczorem. Możesz zrobić z nim, co tylko chcesz. No, może poza rozbiciem – zażartowała. – Podoba ci się? – Spojrzała na niego wyczekująco.

— Czy mi się podoba? Aga! Jest mega. Dziękuję. – Kajetan cieszył się jak dziecko. – Ale skąd ty na to wzięłaś pieniądze? – zapytał.

— Nieważne skąd – odpowiedziała. – Ważne, że prezent się udał. A teraz może podziękujesz swojej dziewczynie, co? – Agnieszka spojrzała na niego przeciągle i pociągnęła w stronę sypialni.

Kajetan uśmiechnął się na to wspomnienie. Tak, to trzeba było Adze przyznać. Robiła świetne prezenty. Jak się później przekonał również te mniej przyjemne. Do warsztatu dotarł nieco spóźniony. Przed wejściem do biura czekał na niego Staszek. Kręcił się w kółko, wyglądał na zdenerwowanego.

— Siema Stachu – zawołał Kajetan. – Coś ty taki podminowany od rana?

— A weź, nawet mi nie mów. Młody darł się pół nocy, Kaśka od rana piany dostała. Ledwie z życiem uszedłem – wyjęczał Staszek. – Ja wiedziałem, że z małym dzieckiem to jest sajgon, ale nie myślałam, że aż taki! – Stanisław odpalił papierosa i zaciągając się mocno, kontynuował – Mówię ci, Henio ma dopiero trzy miesiące, a już postawił wszystko na głowie. Co będzie jak podrośnie?

— Przesadzasz – odezwał się Kajetan. – To wszystko minie. Jeszcze zatęsknisz za tym czasem.

— Nie sądzę – żachnął się Staszek. – Mówisz tak, bo sam dzieci nie masz i … —Urwał w pół zdania, gryząc się w język. – Sorry, stary. Wymsknęło mi się. – Przyjaciel starał się załagodzić sytuację.

— Nie masz za co przepraszać. Nie ja pierwszy i nie ostatni – odpowiedział spokojnie Kajetan, po czym wszedł do biura.

Biuro urządzone było w dość oszczędny sposób. Składało się z czterech pomieszczeń. Dwa z nich służyły jako gabinety Kajetana i Staszka. W kolejnym znajdowała się sala szkoleniowa, a ostatnie spełniało funkcję kuchni. W korytarzu ustawiono niewielką recepcję, gdzie obsługiwani byli klienci warsztatu. Całość sprawiała wrażenie miejsca przyjaznego i otwartego. W drzwiach mężczyźni zostali przywitani przez Sarę – nową recepcjonistkę na zastępstwie za Kaśkę.

— Dzień dobry panowie. Kawka jak co rano? – zapytała roześmiana dziewczyna.

— Poproszę – odpowiedział Kajetan. – Wiemy już coś w sprawie części do Dodge’a? – zagaił Staszek. – Trochę już za długo to trwa. Klient się niepokoi.

— Tak, tak. Dzwonili wczoraj, jak już panów nie było. Mają dosłać najpóźniej za dwa dni. – Sara wstała zza biurka i ruszyła w kierunku ekspresu. – Pocztę mają panowie na swoich biurkach. Zaraz przyniosę kawę.

Kajetan wszedł do gabinetu i usiadł w fotelu. Zaczął przeglądać zostawione przez Sarę listy. Kilka rachunków, faktury, zapytania o wycenę. Nic szczególnego. Nagle usłyszał dźwięk telefonu. Po dzwonku rozpoznał, że telefon o czymś usilnie przypomina. Ale o czym? „Szlag! Urodziny mamy w tę sobotę. Teraz to już na pewno nie wykręcę się od tego przeklętego ogródka” — pomyślał.

Dzień w pracy minął dość spokojne. Staszek pojechał do warsztatu na Cichej. Mieli jakieś problemy z podnośnikiem. Trzeba było zamówić serwis i wszystkiego dopilnować. Stach był mistrzem zbijania cen, więc sam chętnie podjął się negocjacji z serwisem. Kajetan w tym czasie miał spotkanie z nowym klientem, który był zainteresowany umową na serwis swoich firmowych samochodów. Klient próbował wynegocjować jak najlepsze dla siebie warunki, ale w ostatecznym rozrachunku z gabinetu Kajetana wyszedł zadowolony i co najważniejsze przekonany, że to właśnie on, a nie Kajetan, zrobił lepszy interes.

Do domu wrócił koło osiemnastej. Puste mieszkanie nie zachęcało, żeby w nim za długo przebywać. Kiedyś myślał o zakupie psa albo kota. Przynajmniej miałby się do kogo odezwać. Od kiedy został sam w mieszkaniu właściwie tylko spał. Większość czasu spędzał w pracy albo na wyjazdach. Zbyt dużo rzeczy przypominało mu o tym, że kiedyś był tu szczęśliwy. Z nią. Z każdego kąta wyglądały wspomnienia. Obrazy, które razem wieszali, zaśmiewając się do rozpuku. kiedy po kolejnej próbie wwiercenia się w ścianę, nadal wisiały krzywo. Teraz wszystkie patrzyły na niego smętnie jak wyrzut sumienia. Łózko w sypialni, na którym teraz spał samotnie, a które razem z Agą składali przez tydzień, bo w ferworze remontu zgubili instrukcję montażu. To prawdziwy cud, że jeszcze do tej pory się nie rozleciało. Dywanik z salonu przywieziony z wakacji w Turcji. To mieszkanie uwierało go jak kamień w bucie. Niby mógł w nim żyć, ale jednak wywoływało dyskomfort. Wiedział, że kiedyś je sprzeda i wyprowadzi się w jakieś emocjonalnie neutralne miejsce. Na razie miał inne zmartwienie na głowie – urodziny mamy. Nie lubił ani nie umiał kupować prezentów. Dotychczas zajmowała się tym Agnieszka. Niestety, teraz musiał poradzić się sam. Zegar wskazywał dwudziestą drugą, kiedy przekopał już chyba cały Internet w poszukiwaniu pomysłu na godny prezent. Zrezygnowany poczłapał do łazienki i wziął gorący prysznic. W łóżku przewertował kolejnych kilkanaście stron. I nic.

Nad ranem doznał olśnienia. Przecież mógł kupić matce jakąś roślinkę do nowego ogrodu! Ale jaką? Zerwał się z łóżka i włączył laptopa. „Jestem genialny” – pochwalił się w myślach. Wpisując w wyszukiwarkę frazę „ogród w stylu francuskim”, wyskoczyło kilkadziesiąt stron. Kajetan nie znał się zupełnie na roślinach. Z biedą potrafił odróżnić paproć od bluszczu, a co dopiero jakieś rośliny w stylu francuskim. Po paru minutach trafił na stronę forum dyskusyjnego o ogrodach i florystce. Niewiele myśląc, zalogował się i napisał post. Nakreślił, o co mu chodzi i, że oczekuje pomocy w wyborze odpowiedniej rośliny. Nie miał zbyt dużych nadziei na szybką odpowiedź, bo dochodziła dopiero piąta rano. Tymczasem po kilku minutach na ekranie pojawiła się odpowiedź.

 

Cześć,

To żaden wstyd, że nie znasz się na roślinach. Nie każdy musi. Ja nie mam pojęcia, jak działa samochód, a jakoś udaje mi się wprawić go w ruch, haha. Co do ogrodu to gratuluję mamie pomysłu, choć muszę uprzedzić, że to ciężka praca utrzymać taki francuski styl. Ogrody te są znane ze swojej chłodnej palety kolorów, głównie odcieni fioletu i różu, z dodatkiem białych i szafirowych akcentów. Dlatego polecałabym Ci coś w tych kolorach, np.: lawendę, kocimiętkę albo pysznogłówkę. Choć moim faworytem zawsze pozostanie glicynia – pnącze o naprawdę imponującym wyglądzie. Jeśli mama planuje pergolę albo altanę to sprawdzi się pierwszorzędnie. Gdybyś miał jakieś pytania, to służę pomocą.

Pozdrawiam

L

Średnia ocena: 4.4  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (9)

  • Pan Buczybór 7 miesięcy temu
    "nieco spóźniamy" - spóźniony
    "Dodga" - raczej Dodge'a, aczkolwiek nie jestem pewien
    "Wiedział, że kiedyś go" - je

    Rozdział dość neutralny, znaczy za dużo się nie dzieje, ale poziom utrzymany. Porządna lektura.
  • Raven18 7 miesięcy temu
    Przyjemnie się czyta o tych chwilach z Agnieszką, ciekawe co się właściwie posypało. Aż przykro. No ale chyba wszystko zmierza do nawiązania relacji z Laurą, więc też będzie interesująco
  • Cicho_sza 7 miesięcy temu
    Czytaj, czytaj. Jeszcze trzy części i się dowiesz 😂
  • Justyska 7 miesięcy temu
    Bardzo podobał mi się opis pustego mieszkania i te wszystkie wspomnienia. Ładnie zbudowałaś nastrój.
  • Cicho_sza 7 miesięcy temu
    Super, że Ci się podoba. Nadrabiasz zaległości w lekturze? Trochę się już tego uzbierało 🤣
  • Dekaos Dondi 5 miesięcy temu
    Cicho_sza↔No i się wydało, co to był za wpis i od kogo, o tych ogrodach. Jakby "rzeki z kilku źródeł" które się na siebie nałożą.
    Retrospekcje, też dodają, czego trzeba. Jak już rzekłem w tyle, niech czytelnik sobie poczeka, aż się wyjaśni, to czy tamto. Będzie bardziej czytać.O!↔Pozdrawiam:)↔%
  • Cicho_sza 5 miesięcy temu
    Ktoś mi kiedyś tu napisał (bodajże Garść), że głównym motorem napędzającym tę historię jest przypadek. I tak właśnie jest. Trochę po kawałku odsłania się tajemnica głównych bohaterów.
  • Dekaos Dondi 5 miesięcy temu
    Cicho_sza↔Tak jak na żywo, w życiu. Ile to ludzkich losów, by się zupełnie inaczej potoczyło, gdyby np: ktoś w danym miejscu,
    zaistniał by kilka chwil przed lub po. Jak z... wypadkiem w Twoim tekście. A może nie w każdym przypadku, rządzi przypadek, tylko to co się wydarzyło, miało się wydarzyć? Lecz tego nigdy się nie dowiemy:)
  • Cicho_sza 5 miesięcy temu
    To prawda. Ludzie spotykają się w różnych okolicznościach. Czasem zupełnie nieoczekiwanych. Lubię porównywać, że nasze życie jest jak linie równolegle w stosunku do życia innych. Jednak pod wpływem różnych zdarzeń czyjas linia staje się prostopadła i przecina się z tą nasza. I to jest piękne, niezbadane, prawdziwe.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania