Ona Część 58

Z ogrodu dochodziły radosne piski Stefana. Zaraz po przebudzeniu wyciągnął Bożenę na dwór. Odkąd zrobiło się cieplej, chłopiec całe dnie spędzał na podwórku. Jeszcze w zimie Kajetan zamówił dla niego porządny, drewniany domek, w którym Stefek urządził prawdziwą fortecę. W rogu ustawił pokaźny zbiór różnej wielkości kołków i patyków, które dumie nazywał mieczami. Pod oknem stał stary taboret przystrojony czerwonym, pluszowym materiałem z niegdysiejszych zasłon z gościnnego pokoju, a który teraz służył za rycerski tron. W małym domku zmieścił się też stolik zrobiony ze skrzynki po jabłkach i dodatkowy stołeczek dla ewentualnych gości. Obok Stefkowej fortecy powstała niewielka, kwadratowa piaskownica. Chłopiec uwielbiał grzebać się w piachu. Budował zamki, kopał tunele i podkopy. Tworzył place budowy, na których pracowały wszystkie dostępne zabawkowe wywrotki, koparki i dźwigi. Kajetan lubił obserwować go podczas zabawy. Siadywał na huśtawce i przyglądał mu się z uśmiechem. Stefan niepostrzeżenie stał się nieodzownym elementem jego życia. Już nie wyobrażał sobie, że mógłby go stracić. Jednocześnie podczas takich chwil oswajał się z myślą, że niedługo zostaną sami.

 

Zdawało się, że ten moment zbliżał się znacznie szybciej, niżby tego oczekiwał. Ostatnie dni były naprawdę ciężkie. Lekarz z hospicjum domowego twierdził, że powinni powoli przygotować się na najgorsze. Agnieszka przesypiała całe dnie. Nie miała siły wstać z łóżka. Prawie nic nie jadła. Lekarz zadecydował o założeniu sondy do żołądka. Aga była tak słaba, że nawet nie jęknęła, gdy medyk wprowadzał rurkę przez nos do przełyku. Od tej pory matka zajęła się przygotowywaniem zupek, które później blendowała i strzykawką podawała przez sondę. Kajetan zauważył, że chyba nawet ona pogodziła się z losem swojej ulubienicy. Przestała lamentować i złorzeczyć na okrutny los, a z oddaniem zajęła się opieką nad synową. Czasami widywał ją wieczorami, wpatrzoną w kuchenne okno, szepczącą bezgłośne modlitwy. Nigdy nie pytał, w jakiej intencji zanosiła te wszystkie pacierze, ale przeczuwał, że nie o cud uzdrowienia jej chodziło, a o szybką i bezbolesną śmierć dla Agnieszki.

 

Kajetan spojrzał przez okno i zabrawszy plecak, wyszedł do ogrodu. Matka bujała Stefana na swojej wymarzonej białej huśtawce, a ten piszczał jak szalony. Kiedy zauważyli zbliżającego się mężczyznę, Stefan poprosił, aby zatrzymać huśtawkę. Gdy tylko Bożena zdołała wyhamować rozbujaną konstrukcję, malec zeskoczył z ławeczki i podbiegł do ojczyma.

— Gdzie jedziesz? — spytał, wdrapując mu się na ręce.

Kajetan przytulił mocno pasierba i odpowiedział:

— Mam sprawę do załatwienia. Muszę dopilnować budowy domu. Mówiłem ci o tym. Pamiętasz?

Stefan zafrasował się i jeszcze mocniej wtulił w ramię opiekuna.

— Ja też chcę budować dom! — oznajmił stanowczo. — Ja chcę jechać z tatą!

Mówiąc to, spojrzał błagalnym wzrokiem na Bożenę. Pomimo swoich trzech lat doskonale orientował się w słabościach swojej przyszywanej babci. Jedną z nich była nieumiejętność odmawiania mu czegokolwiek.

— Stefciu… — zaczęła. — Tata nie będzie miał czasu, żeby się tobą zajmować. Zostań w domu. Pobawimy się w piasku, co?

— Nie chcę! — zaoponował. — Będę grzeczny!

Kajetan odstawił malca na ziemię i rozłożył bezradnie ręce.

— I co ja mam z tobą zrobić, hę? — spytał. — Chyba muszę cię zabrać. Biegnij po pana Tulisia, a babcia spakuje ci jakieś ubrania.

Kiedy uradowany Stefek pobiegł do domu, Bożena pokręciła głową z dezaprobatą i powiedziała:

— Nie potrzebnie go zabierasz. Jeszcze mu się coś stanie na tej budowie.

— Co ma mu się stać? — spytał kpiącym tonem. — Będzie ze mną! Spokojnie. Przyda ci się chwila ciszy. Poza tym Aga też potrzebuje spokoju. Miej ją na oku. Dziwne sny miałem dzisiaj…

— Tak? — zaciekawiła się matka. — Jakie?

— Nie wiem. Nie pamiętam — skłamał. — Idź już, spakuj mu coś na zmianę. Zaraz muszę wyjeżdżać. Będziemy wieczorem.

 

Starsza kobieta podreptała w stronę domu, a Kajetan usiadł na tarasie. Oparł głowę o ścianę i przymknąwszy oczy po raz kolejny dzisiejszego poranka, odtworzył w głowie swój ostatni sen. Śnił mu się ślub. Agnieszka ubrana w piękną, białą suknię z welonem zakrywającym twarz stała przed ołtarzem. Choć nie widział jej twarzy, miał głębokie przekonanie, że to właśnie ona czeka na niego pośrodku głównej nawy. Wokół kręciło się pełno nieznanych mu osób. Z trudem przedarł się przez tłum, by w końcu stanąć przed kobietą w bieli. Kiedy podniósł tiulową woalkę, z przerażeniem odkrył, że kobieta nie miała twarzy. Welon i wianek z niebieskich astrów tkwiły na kościstej czaszce, a z pustych oczodołów wypełzały wijące się robaki. Tabunami spadały na śnieżnobiałą suknię i w jednej chwili zapełniły całą przestrzeń wokół młodej pary. Grube, obślizgłe larwy zaczęły oblepiać również Kajetana. Z całych sił usiłował pozbyć się robactwa, ale jego wszystkie wysiłki okazywały się daremne. W ferworze walki nie zauważył, że kościół zupełnie opustoszał i został sam. Oparł się o jakiś przedmiot stojący tuż przed nim. Dyszał ciężko i usiłując złapać oddech, przymknął oczy. Dopiero po chwili dotarło do niego, że wspierał się na trumnie. Odskoczył przerażony, by zaraz zauważyć, że świątynia znów wypełniła się ludźmi. Tym razem ubrani na czarno żałobnicy siedzieli karnie w ławkach, patrząc na niego nieobecnym wzrokiem. Wyglądali jak posągi wyrzeźbione z czarnego marmuru. Nagle wieko trumny uchyliło się i wyszła z niej Laura ubrana w zwiewną, kwiecistą sukienkę do kolan. Rozpuszczone włosy otulały jej zarumienioną twarz. Uśmiechnęła się do niego serdecznie i ruszyła wzdłuż głównej nawy, kierując się do wyjścia. Chciał za nią pobiec, ale nie mógł zrobić kroku. Wtedy się obudził. Od razu pobiegł do pokoju Agi, sprawdzić, czy oddycha. Nie wierzył w prorocze sny, ale ten był tak przerażająco realistyczny, że do tej pory czuł ciarki na plecach. Może to podświadomość płatała mu figle?

 

— Jedziemy? — Głos Stefana wyrwał go z zadumy. — Mam wszystko!

— Jedziemy — przytaknął. — Skoro pan Tuliś jest na miejscu, to możemy ruszać!

Po niespełna trzech godzinach byli już na miejscu. Stefan przespał większość trasy. Obudził się tuż przed zjazdem na wyboistą drogę do Hajdun. Kwiecień w Bieszczadach dopiero nieśmiało zielenił się na drzewach. W lasach wciąż jeszcze dominował soczysty szmaragd świerków i jodeł, które odznaczały się na tle pozbawionych listowia towarzyszy. We wsi widać było pierwsze oznaki wiosny. W przydomowych ogródkach kwitły już żółte krzaki forsycji. Ludzi krzątali się w obejściach. Krowy Wacków opuściły obory i z lubością skubały pierwsze, soczyste kępki trawy. Stefan zafascynowany przyglądał się rogatemu stadu. Do tej pory bydło widywał tylko na obrazkach w swoich książeczkach. Nie mógł wyjść z podziwu, że zwierzęta były takie duże. Na kartach książek wyglądały na całkiem małe.

— Kupisz mi krowę? — spytał, wlepiając wzrok w pasące się bydło. — Ja chcę krowę!

Kajetan zaśmiał się i odparł:

— Przecież nie mamy obory. Gdzie będzie mieszkać?

Stefan niezrażony brakiem lokum dla nowej pupilki ciągnął:

— To zrobimy! I konia i kurę też chcę!

— Stefciu, babcia by chyba dostała zawału, gdybyśmy z krową wrócili — odpowiedział rozbawiony. — Ale jeśli będziemy mieć czas, to przyjedziemy tu jeszcze i pooglądamy krowy z bliska, co?

— Dobra — zgodził się niechętnie Stefan.

 

Po kilku minutach Kajetan zatrzymał samochód na działce pod lasem. Dom rósł w oczach. Jeszcze niedawno teren przypominał istne gruzowisko, a teraz wszystko nabierało realnych kształtów. Firma, którą zatrudnił, znała się na rzeczy. Dotrzymywała terminów, a pracownicy wykonywali wszystko zgodnie z ustaleniami. Ściany z bali pięły się ku górze i według harmonogramu niedługo powinni zaczynać budowę więźby dachowej. Rapacki nie mógł pilnować budowy non stop, dlatego poprosił Marka o pomoc. Szwagier Laury chętnie zgodził się na doglądanie robotników, choć sam miał sporo pracy w agroturystce. Kajetan zdawał sobie z tego sprawę i momentami miał wyrzuty sumienia, że zbyt obciąża i tak bardzo zajętego przyjaciela. Marek zawsze bagatelizował jego rozterki i uważał, że ludziom należy pomagać, bo dobra karma zawsze wraca.

— A któż to do nas przyjechał? — zawołał Marek na widok Stefana. — Nowy budowlaniec?

Chłopiec uśmiechnął się nieco speszony, ale po chwili oznajmił pewnie:

— Tak! Będę budował dom z tatą!

— To super! — skwitował z uznaniem, a potem zwróciwszy się do Kajetana, spytał. — Czyli zostałeś już oficjalnie tatą? Nie tylko na papierze?

— Na to wygląda — odparł, patrząc z czułością na zaaferowanego budową pasierba. — Jak idzie?

— W porządku. Dziś dowieźli ostatnią partię bali. Pod koniec tygodnia ruszają z dachem.

— Mhm. Pójdę, pogadać z kierownikiem.

— Słuchaj… — zaczął Marek. — Może zabiorę Stefana do nas. Dzieciaki się ucieszą. Pobawią się trochę. A ty tu na spokojnie wszystkiego dopilnujesz, a potem przyjedziesz po niego. Anka upichci coś dobrego…

Kajetan wahał się przez moment. Stefan nie miał kontaktu z innymi dziećmi, głównie ze względu na Agnieszkę i jej obniżoną odporność. Razem z matką bardzo pilnowali, żeby chłopiec nie chorował i nie narażał Agi na infekcję. Nawet zwykłe przeziębienie mogłoby skończyć się dla niej tragicznie.

— No nie wiem… — zastanawiał się. — Nie zna cię, może nie będzie chciał pojechać.

— Stefek — zagadnął chłopca Marek. — Chciałbyś pojechać ze mną do dzieci? Pobawicie się, mamy dużo zabawek i zjeżdżalnię z huśtawkami. Tata tutaj zostanie, bo musi porozmawiać z budowlańcami, a jak skończy, to przyjedzie po ciebie. Co ty na to?

Stefan spojrzał na Marka niepewnie, nadal trzymając rękę Kajetana.

— A masz konia? — spytał po chwili.

— A mam! — uśmiechnął się triumfalnie mężczyzna. — I nie jednego, a osiem!

Maluch wytrzeszczył oczy i odparł z niedowierzaniem:

— Osiem? To dużo paluszków!

— To co? Pojedziesz z wujkiem? — zapytał Kajetan. — Osiem koni to nie byle co. Sam chciałbym je zobaczyć.

— Jedziemy! — zawołał Stefan i chwyciwszy Marka za rękę, ruszył z nim do starego jeepa.

 

Około szesnastej ekipa odjechała z placu budowy. Słońce zniżało się już nad horyzontem, choć do zachodu zostały jeszcze ponad dwie godziny. Kiedy budowlańcy zniknęli za zakrętem, Kajetan jeszcze jakiś czas przypatrywał się drewnianej konstrukcji. Oczami wyobraźni widział duży taras od południa, dwuspadowy dach pokryty antracytową dachówką i duże, widne okna połaciowe na poddaszu. Z tarasu zaplanował zejście do ogrodu, w którym Stefan będzie miał swoje królestwo — drewniany domek ze zjeżdżalnią i huśtawką oraz piaskownicę. Trzeba wracać — pomyślał niechętnie, zerkając na zegarek. Dochodziła szesnasta trzydzieści Wsiadł do samochodu i ruszył w kierunku gospodarstwa agroturystycznego Anki i Marka. Po drodze minął niewielki kościołek na wzniesieniu. Uśmiechnął się na wspomnienie tamtego wigilijnego wieczoru, kiedy o mały włos nie rozjechał Laury, a ta, by ratować się przed niechybną śmiercią pod kołami samochodu, dała nura do przyrożnego rowu. Doskonale pamiętał, co wydarzyło się potem i z jakim ciężkim sercem wracał do Agnieszki i Stefana. Pogrążony w myślach, nawet nie spostrzegł, kiedy dotarł na miejsce. Od razu zauważył vovlo Laury. Stało zaparkowane obok rozklekotanego jeepa Marka. Kajetan wysiadł z samochodu i rozglądając po podwórku, kierował się w stronę głównego wejścia. Nagle, tuż za plecami usłyszał radosne wołanie:

— Tata!

Odwrócił się i zobaczył rozradowanego Stefana, który właśnie wybiegł ze stajni. Laura starała się dotrzymać mu kroku, ale maluch puścił się pędem i dogoniła go, dopiero, kiedy zatrzymał się przy ojczymie.

— Tata! — krzyknął podekscytowany. — Razem z ciocią karmiłem konia!

Kajetan zerknął na Laurę i uśmiechnął się z wdzięcznością. Potem zwrócił się do malca:

— Karmiłeś konie, tak? Widzę. Masz siano we włosach.

Laura odruchowo sięgnęła po źdźbło, które zaplątało się w kędzierzawe włosy chłopca.

— Ale z nas gapy, co Stefciu? — zagadnęła. — Biegnij do dzieci i pamiętaj o umyciu rączek! Pamiętasz, gdzie jest łazienka?

Stefek kiwnął głową i wdrapawszy się na schody, pobiegł do domu. Obydwoje obserwowali go z nieodgadnionym wyrazem twarzy, bo przecież…

— Dziękuję, że się nim zajęłaś… — zaczął nieco speszony Kajetan. — Marek nalegał, żeby go zabrać do dzieci…

— To super dzieciak — odparła zamyślona. — To nie był kłopot, a czysta przyjemność.

— Stefan to niezły czaruś — stwierdził ze śmiechem. — Kiedyś będzie łamał niewieście serca.

— Oby nie… — rzuciła i ruszyła w stronę domu.

— Zaczekaj… — poprosił. — Co z Zytą? Po tym wszystkim. No wiesz…

Laura przewróciła oczami i prychnęła z dezaprobatą.

— U Zyty? Wszystko w porządku. Zachowuje się, jakby nic się nie stało. Czasem myślę, że ona naprawdę jest nie do zdarcia. Zawsze spada na cztery łapy.

— To chyba dobrze — odparł po namyśle. — A ty? Jak się czujesz?

Kobieta przysiadła na schodach i spoglądając na stojącego przed nią mężczyznę, stwierdziła krótko:

— W końcu jestem w domu.

— Nie rozumiem. Co masz na myśli?

— Wróciłam — oznajmiła. — Mieszkam teraz z mamą. Mogę widywać dzieciaki, Ankę i Marka. Nigdy nie powinnam była stąd wyjeżdżać…

Kajetan usiadł obok niej lekko oszołomiony wiadomościami, które mu przekazała.

— Czyli kiedyś będziemy sąsiadami — skwitował z łobuzerskim uśmieszkiem. — I jeszcze coś — dodał, zbliżając się. — Ty też masz siano we włosach.

Mówiąc to, sięgnął po wysuszoną łodyżkę i nachyliwszy się, dotknął jej warg. Nie planował tego pocałunku. Zadziałał instynktownie. Nie zawiódł się, gdyż Laura z ochotą poddała się tej ulotnej, skradzionej chwili szczęścia.

— Jak dobrze, że tu jesteś — szepnął, kiedy z trudem oderwał się od jej ust. — Od razu wszystko wygląda lepiej…

— Wiem — odpowiedziała cicho. — Teraz już wiesz, gdzie mnie szukać. A teraz chodźmy do środka, zanim Stefan nas przyłapie.

 

W środku unosił się zapach tostów. Anka właśnie kończyła szykować kolejną porcję chrupiących przysmaków. Bliźnięta, Julek i Stefan siedzieli przy stole w jadalni i pałaszowali tosty z serem i szynką. Radosny dziecięcy szczebiot roznosił się po całym domu. Sonia i Rafał bardzo przejęli się rolą starszych opiekunów Stefanka i co rusz podsuwali mu nowe zabawki i książeczki, tak, że maluch nie miał nawet czasu zjeść w spokoju kolacji. Kajetan dawno nie widział go tak przejętego. Z zaskoczeniem zauważył nawet, że chłopiec zupełnie nie zawracał na niego uwagi całkowicie pochłonięty zabawą z dziećmi Ślusarzów. Kiedy skończyli posiłek, cała ferajna pobiegła do dziecięcego pokoju i tyle ich widziano.

— Julek jest zachwycony — odezwała się Anka, stawiając na stole wazę z zupą. — W końcu nie jest najmłodszy.

— To prawda — zawtórował jej mąż. — Nie odstępują Stefanka nawet na krok. Powinieneś częściej go przywozić!

Kajetan usiadł za stołem i rzucił okiem w stronę pokoju, skąd dochodziły głośne okrzyki całej czwórki. W duszy cieszył się, że chłopiec poczuł się tu swobodnie. Zupełnie tak samo, jak on, kiedy pojawił się w tym domu po raz pierwszy.

— Koniecznie — odparł rozbawiony. — Stefanowi brakuje kontaktu z innymi dziećmi.

Laura siedziała w milczeniu, wpatrując się w pusty talerz. Nie miała pojęcia, ze spotka dziś Kajetana, ale to nie on wywarł na niej największe wrażenie. Widok Stefana, jego smutna historia i bezgraniczna miłość, jaką ujrzała w jego oczach, kiedy zobaczył Kajetana, sprawiły, że odezwały się w niej dawne tęsknoty. Myślała, że już zdążyła pogodzić się z faktem, że nigdy nie zostanie matką. Nie poczuje pod sercem pierwszych ruchów dziecka, ani nie przytuli pachnącego oliwką noworodka. Jednak teraz, gdy obserwowała silną więź Stefka z ojczymem, zdała sobie sprawę, że pragnień o macierzyństwie nigdy się nie pozbędzie.

— Halo, Laura! — Głos siostry natychmiast przywołał ją do rzeczywistości. — Jesteś tu?

— Tak, tak — rzuciła speszona. — Zamyśliłam się. Co tam?

Anka spojrzała na nią badawczo, ale nie powtórzyła pytania. Dobrze znała siostrę i podejrzewała, z jakiego powodu mogła popaść w ten stan. Odkąd Marek przewiózł do nich Stefana, Laura nie odstępowała go nawet na krok. Oprowadziła go po całym gospodarstwie, pokazała kury, króliki i konie. Widziała, jak cały czas zerka na niego ukradkiem. Niby przypadkiem poprawia zmierzwione przez wiatr włosy.

— Jak się trzymasz? — spytał przyjaciela Marek. — Jak się czuje Agnieszka?

Kajetan wyprostował się i momentalnie posmutniał. Nie miał ochoty opowiadać o szczegółach życia z umierającą żoną. Nie był to temat na pogawędki przy kolacji, ale z drugiej strony znajdował się wśród życzliwych mu osób. Nie musiał niczego udawać.

— Jest kiepsko — odezwał się po dłuższej chwili milczenia. — Aga miała lepszy okres, ale ostatnio jest coraz gorzej… Moja matka też nie najlepiej to znosi. Czasem sobie myślę, że za dużo na siebie wziąłem…

— Nie mów tak — przerwała mu Anka. — Nie znam nikogo, kto zachowałby się tak, jak ty. I co stałoby się ze Stefanem, gdybyś nie zdecydował się na taki krok?

— A czy Stefan wie, że Aga… umrze? — zapytała cicho Laura.

Kajetan uśmiechnął się blado i zamyślony spojrzał w kierunku pokoju, gdzie bawił się jego syn.

— Wie. I myślę, że Aga dobrze go na wszystko przygotowała. Zresztą…

Rapacki przerwał w pół słowa i sięgnął po dzwoniący telefon. Wstał od stołu i wyszedł do kuchni. Pozostali zajęli się kolacją. Milczeli, bo cóż można by powiedzieć po takiej rozmowie? Po zaledwie kilku chwilach Kajetan wrócił do pokoju, ale nie usiadł przy stole, tylko stanął w progu. Laura od razu zauważyła, że usiłuje opanować emocje, ale z marnym skutkiem.

— Dzwoniła matka — odezwał się w końcu. — Agnieszka jest w szpitalu. Musimy wracać.

Anka pobiegła do pokoju dzieci, ale wróciła po chwili z wiadomością, że Stefan z Julkiem zasnęli na dywanie podczas budowania zamku z klocków.

— To może niech zostanie u nas — zaproponowała nieśmiało. — Jak się wszystkiego dowiesz, to jutro po niego przyjedziesz.

— No nie wiem… — wahał się. — Nigdy nie zostawał na noc w obcym domu.

— Zajmę się nim — obiecała Laura. — Nic mu się nie stanie.

— Dziękuję wam — westchnął ciężko Kajetan. — No to jadę.

Laura odprowadziła go do samochodu. Kiedy stanęli przed starym Land Roverem, Kajetan objął ją i przyciągnął do siebie. Trwali tak jakiś czas, milcząc i dodając sobie nawzajem otuchy.

— Uważaj na siebie — szepnęła. — Daj znać, co z Agą.

— Dobrze — obiecał, sięgając po coś na tylne siedzenie. — Pan Tuliś. Dobrze, gdyby miał coś znajomego, gdyby obudził się w nocy.

Podał Laurze maskotkę, wsiadł do samochodu i odjechał w ciemność.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (8)

  • Dekaos Dondi 5 miesięcy temu
    Cichońka😉↔Jam bardzo na tak, nadal. Tekst ma kilka jakby etapów i każdy inny. Najpierw sielsko anielsko w ogrodzie, jak to Stefanek sobie radzi, zaś trochę inaczej. Sprawa Agnieszki. I jeszcze ów sen, bardzo wizyjny. Później wyjazd. Laura. I nagły powrót. A wszystko odpowiednio napisane. Wiadomo, jak:)↔Będę czytać następne:)↔%😉
  • Cicho_sza 5 miesięcy temu
    Mieć takiego wiernego czytelnika to skarb! No tak dużo się działo. I nie ukrywam, że nie bez powodu XD
    Zresztą niedługo sam zobaczysz :)
  • Trzy Cztery 5 miesięcy temu
    Cicho_sza, też czytam wszystkie części, i myślę sobie, że dobrze to wszystko prowadzisz. Ciekawie, bogato. Język dzieciaka jest prawdziwy, nie wydumany, tak samo jak przedstawione dziecięce reakcje, zachowania.
    Ale przecież jesteś mamą, i to uważną. Nie ma co się dziwić.

    Stefan ma dobrze, że może zobaczyć żywą krowę, konia, kurę. Słyszałam o dzieciaku, który zapytał swoją mamę podczas oglądania książeczki ze zwierzętami: "Mamo, a świnki to wymarły, jak dinozaury?". Dzieciak nigdy nie widział żywej świni. Tylko...parówki.
  • Cicho_sza 5 miesięcy temu
    Trzy Cztery, Twoja obecność też jest mi ogromnie miła. Tak samo jak cenne uwagi, które czasem tu zostawiasz. Autorkę niekiedy emocje ponoszą, to przydaje się jej takie trzezwiejsze spojrzenie 🤭

    Dziękuję, za uważna matkę 😊 Fajnie, że w tekście czasem widać moje osobiste obserwacje względem dzieci. Pewnych rzeczy nie da się uniknąć, tym bardziej, że Ona też w pewnym sensie jest o silnej potrzebie macierzynstwa.
  • Dekaos Dondi 5 miesięcy temu
    Cichosia↔Jam jeno tak... tego tam... no... hmm... no wiesz... no... :)😂
  • Cicho_sza 5 miesięcy temu
    Dekaos Dondi no wiem 😉
  • rozwiazanie 5 miesięcy temu
    Cicho_sza, dobrze prowadzisz akcję i dajesz szansę czytelnikowi na  uruchomienie wyobraźni.😊 5.
  • Cicho_sza 5 miesięcy temu
    Dzięki 😊

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania