Ona Część 57

Miesiąc później

 

— To już chyba ostatni — sapnęła Laura, odstawiając karton. — Resztę zabiorę sama.

Dwóch rosłych mężczyzn kończyło właśnie załadunek jej niewielkiego dobytku. Kilkanaście kartonów wypełnionych osobistymi rzeczami, dwa okazałe fotele, ozdobna, ażurowa lampa z salonu, kilka kwiatów w doniczkach i komoda z litego drewna stanowiły jedyne mienie, które postanowiła ze sobą zabrać. Nie miała zamiaru ogołacać domu. Spakowała tylko to, co sama kupiła, bądź należało do niej przed ślubem. Tak jak komoda, którą przywiozła ze sobą z Hajdun. Dostała ją od ciotki Aldony. Porządna, dębowa konstrukcja z trzema głębokimi szufladami miała dla niej wartość sentymentalną, gdyż należała wcześniej do babci Bąkowej. Dziadek, który był wziętym wiejskim stolarzem, zrobił ją dla żony na dwudziestą rocznicę ślubu. W rodzinie krążyła anegdota, jak to babcia ciosała dziadkowi kołki na głowie, że wszyscy w Hajdunach siedzą na stołkach zrobionych przez niego, a we własnej chałupie żadnego sprzętu z dziadkowej stolarni nie uświadczył. Dziadunio, który miał już dość babcinego gderania, postanowił sporządzić komódkę. Nie byle jaką, bo dębową, z kutymi uchwytami i toczonymi nóżkami. Laura do tej pory pamiętała zapach świeżo wykrochmalonej pościeli i odświętnych obrusów, który unosił się z szuflad. Jako dziecko często uchylała je w poszukiwaniu łakoci, które babcia skrzętnie chowała pod warstwą sztywnych poszew.

 

Kiedy samochód firmy transportowej zniknął za zakrętem, wróciła do domu i rozejrzała się wokół. Myślała, że będzie trudniej rozstać się z tym miejscem. W końcu mieszkała tu niemal dekadę. Jednak w świetle ostatnich wydarzeń straciła do niego cały sentyment. Obecnie kojarzył się jedynie z kłamstwami, cierpieniem i zawiedzionymi nadziejami. Wyszła na taras i po raz ostatni spojrzała na ogród. Spędziła tu wiele godzin. Dopiero niedawno zdała sobie sprawę, że pielęgnacja trawników, rabat i kwietnych grządek w pewnym momencie stała się substytutem jej prawdziwego życia. Ukryła się za bujną roślinnością niczym za tarczą, która miała chronić ją przed wewnętrznymi niepokojami. I często chroniła. Dawała odprężenie, pozwalała zapomnieć o przykrościach, których doznawała od męża. Właściwie ogród był jedyną składową domostwa, za którą mogłaby zatęsknić. Kwietniowy, ciepły poranek lśnił na młodych listkach i kolorowych krokusach, które dopiero niedawno wychyliły swoje kolorowe łebki spod ziemi. W głębi duszy miała nadzieję, że Adam i Natalia nie zaprzepaszczą pracy, jaką włożyła w budowanie ogrodowej przestrzeni. Westchnąwszy z rezygnacją, wróciła do środka i zerknęła na stos walizek w przedpokoju. Podniosła dwie z nich i ruszyła do samochodu. Po kilkunastu minutach cały bagażnik i tylna kanapa zapakowane były niemal pod sam sufit.

— Coś się kończy, coś się zaczyna — wymamrotała pod nosem, zamykając drzwi na klucz. Dwa dni temu Adam oświadczył, że Natalia chce wprowadzić się jak najszybciej i, że byłoby dobrze, gdyby Laura opuściła dom. Zupełnie nie krył się ze swoją nową miłością. Możliwe, że naprawdę się zakochał, ale dla niej nie miało to już żadnego znaczenia. Wsunęła klucze w umówione miejsce i wsiadła do samochodu.

 

Po drodze chciała jeszcze odwiedzić Zytę. Wydarzenia sprzed miesiąca oczywiście nie zrobiły na przyjaciółce najmniejszego wrażenia. Laura podejrzewała nawet, że faktycznie mogła dostać zbyt mocno w głowę, ale badania wykluczyły jakiekolwiek zmiany. Zyta zbagatelizowała całą sprawę i cały czas zaśmiewała się do rozpuku na wspomnienie wizyty Laury i Kajetana w klinice. Zjawili się z samego rana, by sprawdzić, jak się czuła. Nie dość, że Zyta szybko doszła do siebie, to jeszcze zdążyła zdobyć prywatny numer telefonu od lekarza prowadzącego. Kiedy weszli do sali, przywitała ich z uśmiechem, który jednak momentalnie zniknął z jej obolałej twarzy. Zyta podniosła się na łóżku i wlepiła zaskoczony wzrok w Kajetana. Zdezorientowana Laura spojrzała z troską na przyjaciółkę i spytała:

— Zytka, jak się czujesz? Lepiej?

— O tak! Teraz to dużo lepiej… — zaszczebiotała, nadal wpatrując się w mężczyznę. — Znowu się spotykamy, panie pomocny.

— Zyta, o czym ty mówisz? — zaniepokoiła się Laura. — Lekarz mówił, że może ci się wszystko jeszcze mieszać jakiś czas… A właśnie — dodała po chwili. — Wy się nie znacie. To jest…

— Ucieleśnienie kobiecych żądz… — dokończyła z błogim uśmiechem. — Wszędzie poznałabym te dłonie…

Laura wybałuszyła oczy i kompletnie zbita z tropu, starała się wyłuskać sens z usłyszanych właśnie słów. Dobrze pamiętała, kiedy i w jakich okolicznościach Zyta pierwszy raz użyła tego określenia, ale czemu akurat teraz sobie o tym przypomniała? Kajetan niezrażony dziwną atmosferą, która zawisła w powietrzu, podszedł do łóżka i odezwał się przyjaźnie:

— Kajetan. Miło mi. Jak się czujesz?

Zyta podskoczyła na łóżku i o mały włos nie wylądowała na podłodze.

— Ten Kajetan? — krzyknęła. — Ten z Bieszczad?

— Ten sam — odpowiedział z uśmiechem. — Coś nie tak?

Przyjaciółka Laury pokręciła z niedowierzaniem głową. Chwilę potem wybuchła histerycznym śmiechem. Opadła na łóżko zwinięta w kłębek i objąwszy się w pasie, usiłowała złapać oddech. Kiedy w końcu odzyskała głos, oznajmiła z udawanym wyrzutem.

— Podebrałaś mi mojego faceta, droga przyjaciółko!

— Co? — spytała skonfundowana Laura. — Zyta, ty chyba powinnaś jeszcze odpocząć…

Zyta usiadła na łóżku i siląc się na poważną minę, spytała:

— Kajetan, byłeś może na Mazurach w zeszłe wakacje?

— Zyta, co ty wygadujesz… — jęknęła Laura.

— Cicho! — upomniała. — Niech odpowie.

Kajetan usiadł na metalowym taborecie i spoglądając na zdezorientowaną Laurę, odparł.

— Byłem. W połowie sierpnia.

— Bingo! — Klasnęła w dłonie Zyta. — A pamiętasz dziewczynę z pomostu, której scyzorykiem pomogłeś otworzyć wino?

— Pamiętam — odpowiedział niepewnie. — Ale skąd ty…

— Skąd, skąd? — przedrzeźniała rozradowana Zyta. — Bo to mnie pomogłeś! I Laura też tam wtedy była!

— Co? — Tym razem to Laura wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia. — To Kajetan jest ucieleśnieniem kobiecych żądz? — spytała, usiłując powstrzymać śmiech.

Zyta spoważniała i poprawiwszy kołdrę, oznajmiła.

— Moi drodzy. Wygląda na to, że nie da uciec się przed przeznaczeniem. Wcześniej czy później i tak was dopadnie.

— Czyli chcesz mi powiedzieć, że te zataczające się laski w barze nad jeziorem to byłyście wy?

— Oj tam od razu zataczające — zaperzyła się Laura. — Byłyśmy… hmm… radosne!

— Tak, tak. Radosne — potwierdziła ochoczo Zyta.

 

Przeznaczenie. Może rzeczywiście ona i Kajetan to coś więcej niż tylko zbieg sprzyjających okoliczności? Pogrążona w rozmyślaniach nawet nie zauważyła, gdy po kilkunastu minutach zaparkowała pod blokiem Zyty. Przyjaciółka mieszkała na typowym miejskim blokowisku. Wokół wznosiły się wysokie na dwanaście pięter budynki z wielkiej płyty. Niewielkie skwerki z zielenią i placami zabaw kuliły się w cieniu ogromnych mrówkowców. Zwarta zabudowa sprawiała, że sąsiedzi niemal zaglądali sobie w okna. Oprócz tego, przyjaciółka nieraz ubolewała, że ściany były cienkie jak dykta. Kłótnie sąsiadów, płacz dzieci czy nocne igraszki niosły się echem po całym piętrze. Jednak Zyta lubiła swoje niewielkie mieszkanko. Odziedziczyła je po babci i za nic w świecie nie wyobrażała sobie przeprowadzki. Dwupokojowe lokum z kuchnią w zupełności zaspakajało jej bytowe potrzeby. Przebojowa singielka z dość bujnym życiem towarzyskim nie planowała zakładania rodziny. Dawniej Laura często wyrzucała jej egoizm i egocentryzm. Uważała, że świadome pozbawianie się szans na rodzinne ciepło było wyrazem emocjonalnej niedojrzałości. Jednak czas pokazał, że to Zyta obrała właściwy kierunek. Laura, która dążyła do stworzenia stałego, szczęśliwego związku była teraz poobijaną emocjonalnie rozwódką, a zdeklarowana panna wydawała się szczęśliwa jak nigdy.

Dotarłszy na piąte piętro, zapukała do drzwi i nie czekając na zaproszenie, weszła do środka. Ciasny przedpokój przywitał ją zapachem świeżo mielonej kawy. Z kuchni dochodziła głośna muzyka i pobrzękiwanie naczyń. Laura stanęła w progu i z rozbawieniem obserwowała taneczne pląsy przyjaciółki.

— Hej — zawołała, próbując przekrzyczeć muzykę. — Czy ja ci nie przeszkadzam? Widzę, że świetnie się bawisz!

Zyta odwróciła się gwałtownie i posłała jej promienny uśmiech. Po sporym siniaku na prawym policzku nie było już śladu.

— Hej — odkrzyknęła, ściszając muzykę. — Kawy?

— Poproszę.

Laura usiadła na taborecie pod oknem. Oparła łokcie na stole i przyglądała się przyjaciółce w milczeniu. Zyta włączyła ekspres, podstawiła kubek i czekała, aż maszyna przygotuje gorący, aromatyczny napój.

— To co… — zagadnęła. — Wyjeżdżasz w Bieszczady?

— Uhm — przytaknęła Laura. — Dziwnie się z tym czuję.

— Jak to? — spytała, poddając kubek z kawą. — Przecież często powtarzałaś, że chciałabyś tam wrócić.

— Wiem… — odparła niechętnie. — Kiedy zamykałam dziś dom, chyba w końcu do mnie dotarło, że pewien etap w moim życiu na dobre się zakończył.

Zyta usiadła naprzeciwko przyjaciółki i upiwszy łyk kawy, zapewniła z mocą:

— Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz. Nie powinnaś myśleć o tym, co było, a o tym, co cię jeszcze czeka. Masz siostrę, mamę, mnie… Kajetana.

— Kajetana? — rzuciła z powątpiewaniem. — On ma inne sprawy.

— Wiesz, myślałam o was ostatnio… — zaczęła Zyta. — Takie rzeczy się nie zdarzają. Takie przypadki. Wtedy na Mazurach byliście tak blisko spotkania. Przecież już wtedy pisałaś z nim na tym forum, prawda?

— Tak, ale nie chcę dobijać się rozmyślaniem nad tym, co by było gdyby. Trudno. Zbliża się lato, to może pomogę Ance w agroturystce, a później się coś wymyśli.

— No, no — zaśmiała się Zyta. — Laura bez planu na życie? A to ci dopiero rewolucja!

— Jak szaleć to szaleć —zawtórowała przyjaciółka. — A ty? Jak się czujesz?

— Dobrze. Umówiłam się z doktorkiem z kliniki — zachichotała. — Obłędnie całuje!

Laura uśmiechnęła się pod nosem. W kwestii relacji damsko-męskich przyjaciółka była niereformowalna.

— Czyli wszystko po staremu — stwierdzała zadowolona. — Będę uciekać. Chciałabym dojechać przed zmrokiem.

Zyta poderwała się od stołu i zniknęła w drugim pokoju. Po chwili wróciła z małym pudełkiem przewiązanym czerwoną wstążeczką.

— To dla ciebie — oznajmiła, podając pudełeczko. — Na nową drogę życia.

— Co to jest? Mam się bać? — spytała rozbawiona, usiłując rozsupłać kokardkę.

Kiedy w końcu uporała się z tasiemką, otworzyła wieczko i momentalnie spąsowiała.

— Zyta, czy to jest…?

Przyjaciółka roześmiała się na widok zakłopotanej miny Laury.

— Tak! — odparła z dumą. — Zobacz, jaki jest ładny, różowy. I ma nawet baterie w zestawie! W tych Bieszczadach musisz sobie jakoś radzić, no nie?

Laura pokręciła z niedowierzaniem głową. Cała Zyta — pomyślała, pakując prezent do torebki.

— Przyjedź do mnie, jak będziesz mieć jakiś wolniejszy czas — zaproponowała Laura, kiedy już stała w drzwiach. — Teraz pewnie rzadko będę tu przyjeżdżać.

Zyta machnęła ręką, ignorując żałosny ton przyjaciółki.

— No już przestań — upomniała. — Bo mi się tu zaraz rozpłaczesz. Nie wyjeżdżasz przecież na koniec świata!

— No wiem… To pa.

— Pa!

 

Laura zjechała windą na dół. Stary dźwig rzęził niemiłosiernie, jakby miał się zaraz rozpaść, albo utknąć między piętrami. Pomazane mazakami wnętrze sprawiało, że czuła się nieswojo. Pobieżnie prześledziła napisy na ścianach. Pod tablicą z wysłużonymi przyciskami ktoś nabazgrał: Love hurts. W rzeczy samej drogi autorze — zgodziła się w myślach, wyszła z bloku i udała na zalany słońcem parking.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (8)

  • rozwiazanie 4 miesiące temu
    Laura jedzie w Bieszczady i zacznie — To dla ciebie — oznajmiła, podając pudełeczko. — nową drogę życia. :))
  • Cicho_sza 4 miesiące temu
    Tajemniczy prezent, co? 😂 Ciekawe czy się jej przyda. Pozdrawiam
  • Dekaos Dondi 4 miesiące temu
    Cichonkowa😉↔Przeczytałem i czytać będę:)↔Fajnie też na początku, o pakowaniu i komodzie i o babci i dziadku.
    I zaś→ w szpitalu. Zyta zytowa cały czas... i na końcu "tajemny prezent"😉
    Nadal tak swojsko, ale "nie płytko"↔wszak czasami różne rozważania, też są.
    Ludzie tutaj tacy... nie "papierowi"↔cokolwiek czynią😉↔Pozdrawiam:)↔%
  • Cicho_sza 4 miesiące temu
    Nie są papierowi, o nie! 😉 Widzisz DeDo, coś się kończy, coś się zaczyna...
  • Dekaos Dondi 4 miesiące temu
    Cichoszka↔Jam szczyptę niecierpliwości wnoszę, chcąc czytać 58:)↔Lecz nie poganiam.
    Jakbym śmiał. To tylko... tak. Poczekam 😉:)
  • Cicho_sza 4 miesiące temu
    Dekaos Dondi będzie wieczorem. Kleje od kilku dni 😊 trochę mi covid szyki pomieszał, ale brnę. Tym razem będzie długo 🤣
  • Trzy Cztery 4 miesiące temu
    Zalany słońcem parking zwiastuje wielką odmianę losu. I fajnie. Fajnie też opisałaś wnętrze starej windy. Kilka słów i już widzi się to ciasne pudło z pobazgranymi ścianami. Dawno taką nie jeździłam.
  • Cicho_sza 4 miesiące temu
    Jak miło Cię znowu zobaczyć 😊 Dawno temu jeździłam taką windą. Była pobazgrana, skrzypiąca i wypędzała mnie w klaustrofobię, ale miała jakiś dziwny urok.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania