Pokaż listęUkryj listę

Demon - "Amator" - (SW)

(STARA WERSJA - NOWA WERSJA TO "DEMON ODRODZENIE")

Królestwo Tahganu

562 rok nowej ery – 1923 rok imperialny

30 kwietnia, wiosna

Miasto Xaster

36 dzień wojny

 

Wiosna to czas odrodzenia, nowego życia. Śniegi topnieją odsłaniając ziemię, która w zaledwie chwilę, budzi to co zasnęło pod śniegami. Bociany wracają z daleka by budować gniazda, kaczki i gęsi w majestatycznych szykach prują niebiosa. Żaby wyłaniają się z wody, rozpoczynając filharmonię na cześć nowego roku, kolejnego zatoczonego kręgu życia.

Lecz ten dzień, kiedy kwiaty rozkładały swe płatki na pobliskich polach, nadmorskie miasto Xasteru… stało w ogniu. Minął miesiąc od inwazji Imperium rozpoczęcia wojny. Miasto stało w oblężeniu od ponad tygodnia i wszystko zapowiadało że obrońcy nie utrzymają się już długo. Amunicja się kiedyś kończy, a ostrzał z lądu i wybrzeża nie pozwala spać. Mimo to żołnierze Tahganu nadal walczyli i niestety z ich punktu widzenia… mogli by tak walczyć aż nie dojdzie do walki na bagnety. Martwe truchła usiały więc całe miasto. Miasto które niegdyś lśniło swoim bogactwem. Tamtego dnia stało w ruinie i spływało krwią.

Przedmieścia zamieniły się w siedziby sztabów imperialnych oraz baraków dla żołnierzy którzy dzień po dniu szturmowali miejskie ulice. Świątynie zamieniły się w lazarety, lub punkty snajperskie. Fabryki które kiedyś wytwarzały konserwy i broń, szczycą się ponadprogramową produkcją zwłok. Doki zamieniły się w nieprzerwaną linię umocnień, gdzie sól i krew mają taką samą wartość. Centrum miasta stało się nieprzerwaną areną walk i starć, gdzie każdy dom przechodzi z rąk do rąk, w zależności jak mocno atakują to Imperialne wojska, to kontratakują obrońcy w pijanym szale. Ratusz miasta stał niemalże nietknięty w samym centrum tego szaleństwa i właśnie do tego centrum zbliżał się Francis Adler wraz z drużyną Wilków. Choć nie można było powiedzieć że była to miła wycieczka.

Pociski rozbiły się nad jego głową. Nie miał już amunicji do karabinu, odrzucił go więc na bok. Magazynek pistoletu też był już pusty. Adler syknął przeładowując broń.

- Naprawdę… miasto już dawno powinno paść, a ci nie mają zamiaru odpuścić.

- Trudno im się dziwić… - oznajmił Henrich Vac, znany jako Dwójka. – Walczą za ojczyznę.

- Wiem… wiem! – Odkrzyknął do Vaca chowającego się za osłoną z gruzów przed kolejną serią ciężkiego karabinu – Tylko skąd oni mają tyle amunicji?! Strzelają gdzie popadnie!

Wtem budynek na końcu ulicy eksplodował w odłamkach, rozszarpując kryjącą się tam drużynę imperialnej piechoty. Obrońcy zakrzyknęli radośnie jeszcze gęściej zasypując wroga ołowiem. Adler był na skraju wytrzymałości.

- Przeklęte działo! – Wrzasnął Czwórka siedzący przy dowódcy. – Robert! Dorwiesz je z tej swojej rusznicy!?

Szalony saper zerknął lekko znad osłony tylko po to by przypaść do ziemi, by uniknąć zabójczych kul.

- Nie ma mowy! Zbyt duży ostrzał małego kalibru, a samo działo obłożyli workami z piaskiem! Wzywamy lotnictwo?

- Są zbyt zajęci na głównej linii frontu, a wezwanie artylerii kiedy jesteśmy w takiej odległości od celu nie wchodzi w grę! – Odkrzyknął Adler.

Wychylił się i strzelił trzy razy. Trzy razy trafiając. Kolejne truchła dołączyły do rozłożonej po całym mieście mozaiki z mięsa i mundurów. Schował się ponownie kiedy kule rozbiły się o jego osłonę. Spojrzał na radiotelegrafistkę.

- Masz kontakt z oddziałem saperskim? !

- Jednym! Drugi pluton! – odkrzyknęła Szóstka chowając się wewnątrz ruin domu.

- Mają miotacz ognia?!

Chwila milczenia gdy sprawdzała informację.

- MAJĄ!

- W PODSKOKACH DO MNIE! – Rozkazał i spojrzał po podkomendnych. – OGIEŃ OSŁANIAJĄCY! NIE DAJCIE IM WYCHYLIĆ MORD ZZA OSŁONY!

Żołnierze wychylili się zza osłon odpowiadając zmasowanym ostrzałem. Jednemu nawet udało się ustawić CKM i zapewnić dodatkowy argument wrogim żołnierzom by nie wychylać głów. Jednak i jego ostrzał nie potrwał długo. Adler usłyszał świst i momentalnie głowa CKM’isty pękła jak arbuz. Adler schował się zza osłoną i ryknął do Szóstki.

- Mają snajpera! Niech Trójka go zdejmie!

- Rozkaz!

Kolejny raport wyruszył w niewidzialny eter. Adler miał nadzieję że wszystko się uda. Stracił już trzech pustych w czasie tej akcji. Stanowczo za dużo. Jednak wszystko wskazywało że w ratuszu są skryte tajne dokumenty wroga. Jeśli nie zostały zniszczone to burmistrz nadal będzie cennym nabytkiem. Szóstka krzyknęła nagle głośno.

- Snajper zdjęty!

W tym samym momencie pojawiła się drużyna sześciu żołnierzy. Jeden z nich miał miotacz ognia. Na twarzy Francisa Adlera znów pojawił się szeroki uśmiech. Ten sam co zwykle. Kpiący z życia i śmierci. Wstał i wskoczył na barykadę. Wszyscy tam obecni skamieniali na sekundę widząc ten szalony ruch. Demon wyszczerzył kły z błyskiem w oku i ryknął tak donośnie że nawet niekończąca się filharmonia bitwy nie była w stanie go zagłuszyć.

- OSŁANIAĆ MIOTACZ!

W lewej ręce ściskał pistolet strzelając raz za razem, w prawej ściskał granat. Żołnierze ryknęli zasypując wrogie pozycje ogniem karabinów. Adler zamachnął się i rzucił granat. Ten odbił się dwa razy i wylądował tuż za wrogą osłoną. BUM! W niebo poleciały porozrywane fragmenty ciała. Adler podbiegł do następnej osłony zwracając na siebie powszechną uwagę i strzelając do co bardziej odsłoniętych celów. Kiedy był już niebezpiecznie blisko rzucił się w bok, za osłonę z gruzów. Przetoczył się i wrzasnął.

- SPALIĆ ICH!

Na ten rozkaz, wraz z charakterystycznym syknięciem wystrzelił jęzor ognia. Rozbił się on o ruiny budynków, a następnie zalał pozycje obrońców. Wrzask jaki wydobył się z ich gardzieli był trudny do opisania. Wyskoczyli oni zza osłon, płonąc, prosto pod kule karabinów. Działo przeciwpancerne zajęło się ogniem i po chwili wybuchło. Widocznie jeden z pocisków był nieszczelny. Eksplozja rozerwała zarówno stalową broń, jak i stojący za nią budynek. Ci których ominął ogień rzucili się do ucieczki, jednak, nie było takiej możliwości. Puści otoczyli ocalałych. Wrodzy żołnierze, pozbawieni osłon, oraz artylerii rzucili broń i unieśli ręce błagając o litość.

Francis Adler podniósł się z ziemi i otrzepał z całego kurzu. Miał na sobie czarny mundur oraz lekki pancerz na piersi. Podstawowy ekwipunek frontowy. Przeładował pistolet i ruszył w stronę niedawnych obrońców. Kroczył powoli i spokojnie. Demon znów lśnił zębami z jego uśmiechu. Stanął i odetchnął głęboko.

- Uwielbiam zapach kapitulacji… szczególnie w smażonej formie.

Kilku żołnierzy wroga na te słowa skrzywiło przerażone oblicza. Zapach spalonego mięsa objął okolicę. Adler spojrzał na żołnierzy z piechoty imperium. Konkretnie na kapitana.

- Sierżancie von Richthofen!

Przystojny mężczyzna z idealnie ogoloną twarzą strzelił obcasami.

- Słucham poruczniku!

- Powierzam ci tych jeńców. Odeślijcie ich na tyły. Zajmijcie się też zabezpieczeniem naszej lewej i prawej flanki gdy zaszturmujemy ratusz.

- Oczywiście… - tu kapitan spojrzał na rannych wroga. – Co z nimi?

Adler spojrzał po jęczących nonszalancko. Wyciągnął pistolet i zastrzelił jednego na miejscu. Żołnierze Tahganu szarpnęli się w sobie widząc to bestialstwo, ale nie ruszyli się o krok. Adler zadowolony ich reakcją schował pistolet.

- Imperium nie może sobie pozwolić na leczenie wrogich jeńców. Zostawcie ich tu na łaskę kruków, lub dobijcie. Decyzję pozostawiam Panu….

- Oczywiście…

Richthofen zdjął swój półautomatyczny karabin i podał go Adlerowi wraz z ośmioma magazynkami. Adler uniósł brew zdziwiony.

- Przyda się Panu bardziej niż mnie.

Richthofen odebrał od jednego z podkomendnych karabinek maszynowy.

- Ja zadowolę się tym – odwrócił się i zakrzyknął. – Panowie mamy rozkazy!

Alder uśmiechnął się pod nosem. Jego podkomendny. Nie nadczłowiek, nie, ale z pewnością ma coś w sobie. Mógłby zostać twarzą plakatów werbunkowych. Może nawet uda się to załatwić… ale nie dzisiaj. Mocniej chwycił karabin, uśmiechnął się zabójczo.

- Numer 66 zabierz dwunastu pustych, zajmujesz się prawą stroną. Dwójka, weź pozostałych dziewięciu, bierzesz lewą. Cała reszta za mną w samo centrum. Pamiętajcie. Mamy rozkazy zabezpieczyć budynek oraz przedstawicieli miasta. Ostrożnie wybierać cele. Nie używać żadnego rodzaju ładunków wybuchowych. Kiedy po zabezpieczeniu budynku dla ustalonych grup są wyznaczone zadania. Grupa A, z Piątką na czele, budowa umocnień, grupa B z osłoną Trójki sprawdzacie przedpole, grupa C ze mną zajmuje się zabezpieczeniem dokumentów – kiwnął głową. – Ruszamy!

Wycieczka była kontynuowana.

Minęła zaledwie chwila zanim dotarli do ratusza. Był obstawiony workami z piaskiem, na rynku rozstawiono działka przeciwlotnicze, oraz działa przeciwpancerne. Zaledwie dwie sztuki, ale tyle wystarczy by narobić bałaganu. Jednak żołnierze byli spokojni, chodzili dookoła, nie rozglądając się. Adler zauważył nawet że jedno działko ma zasłonięte lufy. Obserwował ich z okna kamienicy. Straż przednia została już uciszona bagnetami i ostrzami noży. Gwardia ratusza nie spodziewała się ataku. Adler pokręcił głową z niedowierzaniem widząc takie rozprężenie w szeregach wroga, szczególnie w środku bitwy.

- Aż żal nie zasypać ich granatami… tak ładnie sobie chodzą… odsłonięci…

Jan Mart znany jako Siódemka prychnął.

- Mamy ich na celowniku. Rozwalimy połowę z nich zanim zareagują.

- Najważniejsze to nie pozwolić im dorwać się do działek i armat – zakomunikował Adler. – Jeśli obrócą te dwudziesto milimetrówki w naszą stronę, to po nas.

- Daria nas kryje. Nie pozwoli gadom dorwać się do uzbrojenia… a co ważniejsze… są otoczeni.

Adler znowu pokręcił głową.

- Nadal mi się to nie podoba. Cała sytuacja nie wchodzi w żaden schemat naszej armii. Co jest w tym ratuszu tak cennego, czego nie może zdobyć nasz wywiad? Nie mogę odgadnąć… Wojna już trwa w najlepsze. Jakie wartościowe informacje może mieć przygraniczne miasto?

- Cóż… z pewnością wkrótce się dowiemy… czekamy na twój sygnał.

Adler pokręcił głową i poprawił chwyt na karabinie.

- A miała to być przyjemna wycieczka…

Podniósł się z klęczek, wymierzył i strzelił.

Rozległ się dźwięk jakby ktoś uderzył łyżką w żeliwny garnek.

Chełm z dziurą na wylot podskoczył i zakręcił się radośnie w powietrzu, kiedy na ziemię upadało ciało z czymś co już nie przypominało głowy.

Ze wszystkich stron posypał się ostrzał. Obrońcy rzucili się za osłony, ale większość z nich padło martwych zanim zdążyli postąpić krok. Adler zakazał używania CKM, według rozkazów budynek nie powinien zostać zbytnio naruszony. Pozostały więc tylko karabiny…

Obrońcy odpowiedzieli ogniem, ale znikomym, bo atak z zaskoczenia momentalnie zasiał w nich strach. Wysunięcie głowy zza osłony kończyło się zwykle poważnym zatruciem ołowiem i natychmiastową śmiercią.

Adler zagryzł wargę zmieniając magazynek.

Nic ciekawego… Miałem nadzieję na ciekawszą potyczkę.

Nie wiedział jak szybko jego pragnienie się spełni. Całą strzelaninę przyćmił okrzyk.

- WSTRZYMAJCIE OGIEŃ BARBARZYŃSKIE PSY!

Adler słysząc to uniósł brwi i z czystej ciekawości nakazał przerwania ostrzału.

Jeśli krzykacz nie będzie zbyt przekonujący… po prostu wznowią ostrzał.

Z ratusza wyszedł… wysoki blondyn o błękitnych oczach… w stroju szlacheckim jak z XVIII wieku. Adler uniósł brwi jeszcze wyżej. Nie nosił nawet pistoletu, tylko szpadę.

Siódemka też nie krył swojego zaskoczenia.

- A ten z którego wieku się urwał?

- Nie wiem, ale podejrzewam że za chwilę się dowiemy.

Szlachcic bez strachu stanął na przedpolu i zakrzyknął.

- Nazywam się Adam Tayelland. Jestem synem burmistrza Xasteru Franciszka Tayellanda oraz wiernym sługą jego Wysokości Filipa XVI królestwa Tahganu. Wzywam waszego dowódcę!

Adler uśmiechnął się pod nosem.

- No i to Ja nazywam ciekawym urozmaiceniem!

Odłożył karabin i ruszył na dół po schodach. Żołnierze patrzyli na niego zaskoczeni. On uspokajał ich ruchem ręki. Jednym ruchem wykopał drzwi kamienicy i wyszedł na rynek. Szedł powoli. Czarny mundur i pancerz nadawały demonicznego wyglądu… szczególnie przez nieposiadanie hełmu.

Aż żal że nie mam ze sobą swojej szabli.

Szlachcic patrzył na niego nienawistnie. Adler natomiast z uśmiechem staną dokładnie naprzeciw niego i uśmiechnął się rozbrajająco.

- Wzwałeś?

- Nie jesteś z Imperium… oni noszą brązowe mundury.

- Jestem z Sił Specjalnych… my nosimy czarne… a teraz gadaj Tahgański pudlu… czego chcesz od Wilków Imperium?

Szlachcic aż poczerwieniał ze złości.

- Jak śmiesz odzywać się tak do szlachcica?!

Adler uśmiechnął się.

- Ojej… ale ja nie tylko się tak do nich odzywam… - Postąpił krok do przodu. – Ja ich torturuję… gwałcę ukochane na ich oczach… zarzynam ich jak świnie… wieszam… palę… rozstrzeliwuję… mój cięty język uznaj za łaskę… pudelku.

Szlachcic prawie nie dostał wścieklizny. Jednak opanował się i prychnął.

- Taki jesteś mocny? A blizna na twarzy to skąd? – Zaśmiał się. – Pewnie jakaś szlachetna dłoń ciachnęła się tam szablą.

Nie, to był odłamek z Varsiańskiej bomby, ale On nie musi tego wiedzieć.

Pomyślał Adler i spojrzał na szpadę szlachcica.

- A co chłopczyku? Chcesz mi dać nową tą swoją wykałaczką? – Wskazał na prawy policzek bez blizny. – Drugą bym wyglądał… jednolicie…?

Szlachcic był wściekły. Dokładnie tak jak Adler sobie życzył.

- Taki mam zamiar – oznajmił szlachcic. – Jak się zwiesz?

- Francis Adler.

- Francisie Adlerze… wyzywam cię na pojedynek na śmierć i życie. Jeśli zwyciężę, twoi ludzie pozwolą mojej rodzinie się ewakuować, jeśli przegram, ratusz się podda.

Adler nie mógł powstrzymać uśmiechu. To będzie zabawne!

- Stoi. Zgaduję że chcesz użyć tego swojego szpikulca. – Adler beznamiętnie odpiął pancerz który opadł na ziemię z brzękiem i wyciągnął swój nóż. – Ja użyję tego.

Szlachcic aż prychnął.

- Nie pokonasz mnie tak krótkim ostrzem.

- To się okaże.

Adler cofnął się o kilka kroków i chwycił nóż lewą dłonią, ostrzem do tyłu. Ustawił się prawą nogą do przodu, wystawiając ramię odsłonięte. Lekko ugiął kolana i czekał. Szlachcic prychał rozbawiony.

- Tak masz zamiar ze mną walczyć?

Adler uśmiechnął się rozbawiony.

- Nie… tak mam zamiar cię zabić.

Przeciwnik poczerwieniał ze złości. Wyciągnął szpadę i wycelował w Adlera.

- Zabiję cię jak psa którym jesteś…

- Ja nabiję cię na rożen jak świnkę…

Tayelland wymierzył w Adlera szpadą.

Wszystko umilkło.

Żołnierze z obu stron czekali na starcie ich dowódców. Każdy był pewny że to ich lider zwycięży… jednak tak szybkiego zakończenia nikt się nie spodziewał.

Adam Tayelland uderzył potężnym pchnięciem celując w odsłonięte prawe ramię Adlera.

Demon jednak tylko na to czekał. Prawą dłonią, nie, wierzchem dłoni zepchnął pchnięcie wroga z zaplanowanego toru. Ostrze trafiło w pustkę, a wróg stracił równowagę.

Wtedy Adler zamachnął się lewą ręką. Ostrze noża zaczęło zataczać krąg. Na jej drodze stanęło jednak gardło szlachcica.

Cięcie nie było bardzo głębokie, ale wystarczające.

Stal przecięła krtań.

Tayelland wypuścił szpadę z dłoni i padł na kolana chwytając się za krtań.

Adler stał nad nim z politowaniem. Patrzył spokojnie jak krew przesiąka przez zaciśnięte dłonie, a twarz przybiera kolor śniegu. Jakby w teatrze podniósł szpadę i stanął dokładnie przed klęczącym szlachcicem.

Tayelland uniósł wzrok, szary wzrok z którego uciekało życie. Otworzył usta, chcąc przekląć wroga, jednak z jego ust wydobył się tylko nic nie znaczący bulgot.

Demon prychnął. Unosząc szpadę.

- Amator.

Pchnął.

Ostrze szpady weszło dokładnie od góry, między dwa obojczyki. Weszło głęboko, przebijając serce i płuca wychodząc w dole ciała, tuż nad miednicą. Oczy Adama Tayellanda po raz ostatni błysnęły, a następnie jego głowa opadła na pierś, a ręce opadły bezwładnie do ziemi. Piękny ubiór został ostatecznie zalany karmazynową krwią.

Nadal panowała cisza.

Nikt nie spodziewał się że wszystko się zakończy na jednym ciosie.

Demon odwrócił się z uśmiechem w stronę ratusza. W lewej dłoni nadal trzymał zakrwawiony nóż. Odezwał się miękkim głosem, niczym wiosenny wiatr, lub śpiew słowika.

- Przyjmuję waszą kapitulację…

 

Była to piękna wiosna. Naprawdę piękna. Rozkwitały maki i bez. Śpiewały ptaki, a świerszcze grały swoją odwieczną orkiestrę. Bo przecież… kto powiedział że tak piękny dzień, nie może zapowiadać burzy?

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania